6,713,697,984 Terrorystów

Na Trygława i Swaroga!

Odwiedziłem wczoraj blog Jacka Sierpińskiego, w celu zrobienia sobie quizu, który pokaże mi do której religii mi najbliżej. Okazało się, że najbliżej mi do neopogaństwa. Drugie i trzecie miejsce na podium zajęły kolejno: coś co się zowie ‘unitarian universalism’ i ‘new age’ (nowy wiek?). Nie wiem co to za sekty, ale pogaństwo mi się podoba. Już wyrysowałem symbole na chodniku przed domem, wokół których będę o północy tańczył na golasa wychwalając imię mojego nowego opiekuna ogniska domowego – Opoja.

A teraz przejdźmy do dzisiejszego tematu. Siedziałem sobie rano w pociągu do roboty, myśląc jakie dzisiaj wydam prikazy moim podwładnym. Miałem zamiar pójść po drodze po stadniny koni i wypożyczyć dla wszytkich rosłe wierzchowce. Plan na dzisiaj był taki, że każden na koń wsiędzie i zawojujemy świat! Niestety, ponieważ moja władza w firmie jest ograniczona w czasie a wypożyczenie koni kosztuje, postanowiłem że na razie powściągnę się w moich zamiarach. Sięgnąłem więc po poranną prasę. Najciekawszą wiadomością, jaką wyczytałem, była historia pewnej brytyjskiej niewiasty, której policyja wparowała do chaty, z podejrzeniem, że kobitka hoduje gandzię. Cały artykuł napisany w krotochwilnym tonie ‘myślałam, że chłopcy wpadli na kawę’, jednakże po chwilowym zastanowieniu się nad jego treścią kilka ostatnich włosów (na głowie) stanęło mi dęba.
Otóż okazuje się, że nad naszymi głowami latają hordy drabów (policyjantów różnych, żandarmów, konstabów) i termicznymi kamerami zaglądają nam do domów. Widzą w ten sposób kto co robi w swoim przybytku i wyłapują tych co robią coś niewłaściwego. Kobitka z naszego artykułu miała tego pecha, że izolacja jej chałupy była wadliwa. Musiała przeto grzać na potęgę, co z kolei wzbudziło podejrzenia policyjanta w helikopterze. Na zamieszczonym w gazecie zdjęciu dom wręcz świecił w porównaniu z domami sąsiadów. Ponieważ hodowla konopii wymaga dużych nakładów energii cieplnej, konstaby uznały, że Swarożycowi ducha winna białogłowa jest podłą handlarką narkotyków i wparowali bez ceregieli dokonując przeszukania całego domu. Na szczęście dla kobitki, nie miała w domu nic, co mogłoby ją pognębić.
Nie wiem jak Ty, szanowny czytelniku, ale ja nie czuję się komfortowo wiedząc, że w każdej chwili ktoś może mnie podglądać. Jakbym ja komuś stał pod oknem i zaglądał do środka wtrąciliby mnie do lochu i zakazaliby mi zbliżania się do miejsca zbrodni. Państwo nie tylko może mnie podglądać w moim domu ale może też wpaść z wizytą i przetrzepać mi klamoty w poszukiwaniu narzędzia zbrodni (a jak wiadomo ‘nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani’).
Jeśli już jesteśmy przy temacie podglądania to ostatnio policja w jakimś angielskim mieście ogłosiła, że poszukuje woluntariuszy do podglądania ludzi na ulicach, bo nie starcza jej funkcjonariuszy. No super duper! Jeszcze tego brakowało, żeby oprócz mundurowych podglądali mnie jacyś zboczeńcy, albo sąsiad, z którym mam na pieńku.

Kolejna wiadomość, jaką wyczyta
łem już w pracy smefując po internecie, też nie poprawiła mi humoru. Od stycznia na lotniskach Wlk. Brytanii będą pobierane odciski palców od wszystkich podróżnych. Przy okazji tej informacji, przypomniało mi się, że jakiś rok temu czytałem o wielkim planie rządu o kryptonimie ‘Fortress Britain’ (forteca brytyjska), który obejmował obowiązkowe dowody osobiste, kontrolowane przed wejściem na najbardziej zaludnione stacje metra, kolei, lotniska itd. Ponadto, tak jak na lotniskach, na głównych stacjach w kraju, służby bezpieczeństwa miałyby kontrolować pasażerów (przejdź przez wykrywacz metali – buty i toboły do prześwietlenia). Już teraz po stacjach Londynu kursują lotne brygady policji ustawiając wykrywacze metali i wyrywkowo kontrolując podróżnych (w większości tych o ciemniejszym od mojego kolorze skóry). Ostatnio złapali dziadka, który miał w kieszeni scyzoryk i aresztowali go za posiadanie BRONI OFENSYWNEJ!!!! Na nic zdały się tłumaczenia starca, że scyzoryk nosi od czterdziestu lat kiedy to dostał go od ojca i głównie używa go do strugania wariata. Nie! Mundurowi przedstawiciele państwa cywilizowanego, tolerancjyjnego i wolnego zatrzymali dziadygę a potem puścili go dając mu ostrzeżenie.

Zapytasz pewnie, szanowny czytelniku, co Cię obchodzi Wlk. Brytania? Może nic. Opisuję to co widzę wokół siebie. Ale jest rzeczą oczywistą, że są to trendy występujące na całym świecie. Coraz więcej państw zacieśnia pętlę na naszych szyjach w imię naszego bezpieczeństwa. W imię walki z terroryzmem wszystkich nas trakuje się jak potencjalnych terrorystów. Ludzie inwigiliowani są w Stanach, Kanadzie, Europie, Chinach (o! o tych ostatnio był artykuł w Daily Telegraph że  wprowadzają coraz więcej ograniczeń tłumacząc się zapobieganiem terroryzmowi na olimpiadzie). W całej najjaśniejszej UE mają niedługo wejść paszporty z mikroczipami, odciskiem palucha i czym tam jeszcze (nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać, bo się zdeneruję, czy nie wspominano też o skanowaniu siatkówki oka na lotniskach). W Niemczech policja przesyła ludziom trojany, czyli wirusy pozwalające jej obserwować co kto robi na swoim komputerze.
Doszło do tego, że za napisanie np. ‘dojdzie wkótce do tego, że państwa, w których żyjemy staną się dla nas bardziej niebezpieczne niż terroryści’ grozi mi w Wlk. Brytanii (kraju wolności s
łowa) miesięczny areszt bez wyroku sądowego i seria przesłuchań. Kto wie, może darmowa wycieczka do jednego z zaprzyjaźnionych państw na bliskim lub dalekim wschodzie albo na Kubę w celu przekonania mnie siłą, żebym przyznał się do gloryfikowania terroryzmu. Gdybym na moje nieszczęście mieszkał w krainie wolności, ‘dziu ar e donki’ Mr Bush mógłby zgodzić się na poddanie mnie torturom w majestacie prawa.

Traktowanie wszystkich ludzi jak potencjalnych terrorystów i tak nic nie da. Ludzka pomysłowowść jest nieograniczona. Co z tego, że będę podglądany w domu, a nasze państwa oraz ich największe węzły komunikacyjne zamienią się w fortece? Jak terrorysta będzie chcia
ł to wysadzi hipermarket nie dla idiotów podczas wyprzedaży, rozsypie coś nad Bałtykiem w sezonie ogórkowym, albo  ukradnie tira wypełnionego niebezpieczną substancją i spowoduje karambol na autostradzie (ha ha! kupiłem nam trochę czasu – teraz niech szuka tej autostrady!!!). Possibilities are endless! Nawet jeśli rządy wyżej wymienionych zachodnich i wschodnich państw powodowane byłyby szczerą chęcią ochrony naszego bezpieczeństwa (w co wątpię – moim zdaniem chodzi o władze i pieniądze) to nie zabezpieczą nas przed wszystkimi możliwościami, które są wręcz nieskończone (tak jak nieskończona jest ludzka głupota).

Jakoś tak coraz bardziej niekomfortowo czuję się w ‘wolnym świecie’. Nie godzę się na to, żeby zamykano mnie w wielkim więzieniu (czy jak kto chce – fortecy), w którym strażnik (urzędnik) dla mojego bezpieczeństwa będzie mnie obserwował 24 godziny na dobę. Cytując klasyka – ‘człowiek wolny nigdy nie jest bezpieczny, przecież najbezpieczniejsi są ludzie w więzieniu.’ Ja chcę być człowiekiem wolnym, a Ty, szanowny czytelniku?
Ok! Idę czcić mojego nowego bożka (Opoja) żołądkową gorzką. Dobranoc!

Na koniec muzyczka łagodząca obyczaje:  http://www.youtube.com/watch?v=gnwWia9qmC0

Złapał Kozak Karadzicia

Uffff! Co za dzień, od kilku dni czasowo pełnię funkcję zarządcy w firmie, więc zarządzam. Ale ludzie mnie nie słuchają. Wysyłam ich do pobliskich kamieniołomów po budulec a oni pytają po co? Mówię im, że postawimy przed budynkiem firmy wysoką kolumnę, a na niej mój pomnik, a oni pukają się w głowę. Mówię Ci, szanowny czytelniku, ludzie nie wiedzą co piękne i ponadczasowe. Bo co tak naprawdę przetrwa dłużej – informacja udzielona klientowi, raport na jakiś nudny temat, czy kolumna z moim pomnikiem? Jasne, że kolumna. Klient o informacji zapomni a raportem podetrze sobie… brodę po lanczu. A kolumna może stać się atrakcją turystyczną i zapewnić ludziom godny zarobek. A przy okazji polepszyć moje sampoczucie! Ale nie! Oczywiście to ja jestem stuknięty, to ja mam głupie pomysły! Grrr! Jeszcze im kiedyś pokażę.

Ale to w niedalekiej przyszłości. Na razie wszyscy debatują nad złapaniem niejakiego Karadzicia. Wszystkie media pokazują przy tym fotki świętego Mikołaja. Nie rozumiem jak można tak robić ludzi w balona i ich ogłupiać. W każdym razie nie ze mną te numery! Ja swoje wiem i zaprawdę powiadam Ci, czytelniku, szóstego grudnia nie będzie prezentów pod choinką, będzie za to, wielokrotnie już na łamach tego bloga wpominany, płacz i zgrzytanie zębów.

Załóżmy jednak, że jakimś cudem to ja nie mam racji i święty Mikołaj naprawdę jest Karadziciem. Jeśli tak, to zostanie on poddany osądowi przez międzynarodowy trybunał i skazany za zbrodnię ludobójstwa (tak się dziwnie składa, że mam co do tego pewność mimo starego zabobonu, że człowiek jest niewinny dopóki nie udowodni mu się winy). Bójstwo ludu jest jedną z najgorszych zbrodni jakich może się dopuścić człek. Chodzi w niej o zabijanie ludzi w hurtowych ilościach. Zazwyczaj wiąże się ona z pogardą i uznawaniem zabijanych za jakiś podgatunek, który można wybić jak wybija się foki w Kanadzie.

Kiedyś za ludobójstwo, tak samo jak za morderstwo (czyli zabijanie ludzi w ilościach detalicznych) człowiekowi groził stryczek. Obecnie człowiekowi grozi co najwyżej pobyt w zamknętym osiedlu (teraz moda na zamknięte osiędla), bez prawa wyjścia poza ogrodzenie (a kto by chciał wyłazić – na zewnątrz niebezpiecznie).
Jak pisze Le Figaro, pan Karadzić po osadzeniu w Scheveningen będzie sobie mieszkał całkiem całkiem. Do jego dyspozycji będzie pojedyńcza cela (15m2), łóżko (nie prycza – porządne łóżko!), biurko, telewizor (z programami w języku Serbskim), kibel, interkom do kontaktu ze strażnikami (gdzie te czasy kiedy waliło się kubkiem w kraty wrzeszcząc ‘klawisz!’?).
Pokoje zamykane są na noc, ale w dzień pensjonariusze mogą chodzić sobie po piętrze a na polu czekają ich rózne zajęcia rekreacyjne, siłownia, lekcje angielskiego, kursy komputerowe, piłkarzyki, a nawet zajęcia z garncarstwa (sic!). Nie wspomnę już o przyjęciach urodzinowych i innych świętach oraz celi z widokiem na morze, bo tego byłoby już za dużo i pewnie byś mnie, szanowny czytelniku, okrzykną
ł podłym kłamcą.

Wychodzi na to, że babinie sprzedającej ‘nielegalnie’ oscypki w Zakopanem grozi gorsza kara niż ludobójcy osadzonemu w Hadze (co prawda Karadzić jest dopiero podejrzany, ale w Scheveningen siedzą już i tacy chłopcy radarowcy, którym udowodniono winę i odczytano wyroki).
Jeśli tak mają wyglądać warunki w jakich przetrzymuje się zbrodniarzy, to ja już wolę, żeby ich nie łapano. Zaoszczędzimy kosztów i hipokryzji.

Obecnie jedni ludobójcy zapraszani są na salony tzw. cywilizowanego świata (dupeczki, rauty wódeczka, i gadka szmatka o ostatecznym rozwiązaniu kwestii czeczeńskiej (czy kurdyjskiej, irackiej, burskiej czy jakiej tam chcesz, szanowny czytelniku)), a inni potępiani, ścigani listami gończymi, poszukiwani latami, a jak już się ich złapie – osadza się ich w luksusowych warunkach. Ja za moją kanciapę płacę 500 ciężko zapracowanych funtów i nie mam zajęć z garncarstwa!!! Co prawda mam siłownię, ale siłownia to umartwianie ciała a ja nie mam powodu żeby się umartwiać… natomiast garcarstwem zawsze się pasjonowałem… no, może nie zawsze, ale od czasu przeczytania omawianego artykułu.

Ech, zajechało dzisiaj demagogią. Ale cóż zrobić? Człowiek mordował się od dawien dawna, i od dawien dawna jednych się za to gloryfikowało (zazwyczaj zwycięzców) a drugich potępiano i karciło (zazwyczaj przegranych). Bardzo dobrze podsumował do pewnien dzielny wojak z ‘sensu życia wg Mothy Pythona’ po bitwie z Zulusami – ‘zabiłem 14 tych skurwieli – w domu by mnie powiesili a tu dadzą mi kurwa medal’. Różnica między dzisiejszymi czasami a przeszłością jest taka, że w dawnych czasach ci przegrani ludobójcy dyndali na stryczkach (ewentualnie, w rzadkich przypadkach, gnili w lochu) i tak, przynajmniej częściowo, sprawiedliwości stawało się za dość. Obecnie nagradza się ich dożywotnim utrzymaniem i kursami z garnarstwa czy zajęciami rekreacyjnymi. Można by powiedzieć – zbrodniarz to ma klawe życie.

Howgh!

A na koniec Jugosłowiańki hit: http://www.youtube.com/watch?v=C_rb40S5M9Y&feature=related

Dyskryminacja w kroku na każdym kroku

Eh! Franca eleganca, jak to mówią. Wino lało się strumieniami, śmierdzący ser śmierdział, kiełbacha się kiełbasiła, a ja żarłem, żarłem i jeszcze raz żarłem… i piłem, ma się rozumieć. W związku z tym w pięć dni znacząco przybrałem na wadze… ewentualnie zaszedłem w ciążę.

Sarkozy’ego oczywiście nie zastałem – gdzieś wyjechał z Carlą. Na szczęście zawsze mogę liczyć na przyjaciół, więc wskoczyliśmy z żoną do TGV i sru do Vendome.
Niestety, jak się człowiek dobrze bawi to czas mu szybko leci. Znów żem jest nazad, ale wciąż w nastroju wakacyjnym, co odbija się na jakości mojej ciężkiej pracy i denerwuje szefa. Ale kij mu w oko! Bezwstydny wyzyskiwacz! Jak długo udaje, że mi płaci, tak długo ja będę udawał, że pracuję.

Przez te pięć dni nie wszedłem ani razu na żadne serwisy informacyjne a telewizor włączałem tylko do gry na Nintendo Wii. Dobrze jest se czasem odpocząć od wszystkiego i pozabijać kilka pozostałych szarych komórek hektolitrami dobrej jakości wina (trzeba korzystać zanim zakażą picia alkoholu- na marginesie, nie wierzcie smakoszom win, mówiącym że nie można kupić dobrego wina za mniej niż 30 złotych).

Wracając do rzeczywistości, na stacji Eurostaru, sięgłem po Le Figaro i przeżyłem swego rodzaju szok kulturowy. Ile to absurdów może wymyślić człowiek przez pięć dni? A Le Figaro nie jest przecież obszerną gazetą. Pewnie nieskonczoną ilość w myśl zasady że ludzka głupota i wszechświat są nieskończone, choć w kwestii wszechświata nie ma zgody w środowisku naukowym.

Tematów na wpisy znów w brud ale ponieważ mózg wciąż działa na zwolnionych obrotach, przybrawszy czerwony odcień lokalnego wina oraz swojski smrodek koziego sera pleśniowego, proponuję zająć się tematem lekkim, łatwym, przyjemnym a zarazem krotochwilnym.

Jedziemy!
Pani Cynthia Good, redaktorka pewnego magazynu dla kobiet (PINK Magazine) poczuła się strasznie dyskryminowana znakami ‘men at work’ i ‘men working ahead’ (tłumacząc dosłownie ‘mężczyźni w pracy’ i ‘mężczyźni pracują na drodze’ czyli po prostu ‘roboty drogowe’). Otóż wg. pani Good to, że ‘mężczyźni pracują’ obraża kobiety. Wystąpiła więc do władz Atlanty o zmianę znaków na ‘workers ahead’ (czyli ‘robotnicy/robotnice na drodze’). Oczywiście władze Atlanty ze zrozumeniem pochyliły się nad niedolą kobiet i postanowiły zmienić znaki na niedyskryminujące. Koszt wymiany takiego znaku szacuje się na $22 w przypadku przemalowania i $144 w przypadku kupna nowego znaku (ciekaw jestem co się bardziej władzom opłaci – czyt. która opcja bardziej nabije im kabzy). Pani Good zapowiedziała, że następnym krokiem jest rozszerzenie kampanii na całe Stany Zjednoczone.
Zatrwożyłem się strasznie, bo nie zdawałem sobie sprawy że taka błahostka może aż tak bardzo razić przedstawicielki płci pięknej. Ba, zawsze myślałem, że jak faceci pracują to dobrze. Ja się zawsze cieszę jak ktoś na mnie (lub za mnie) pracuje a ja odnoszę z tego korzyść. Robotnik na drodze, piekarz w piekarni, masarz w masarni, krawiec co to kraje jak mu staje, pracują przecież, żeby zaspokoić moje potrzeby a nie żeby mnie perfidnie dyskryminować. Przynajmniej tak mi się zawsze wydawało.

Cóż. Ja mam mentalność troglodyty – zawsze myślałem, że jak kupię żonie zmywarkę to raczej jej pomogę niż ją zdyskryminuję. Nie zdawałem sobie sprawy, że kiedy używam pralki, dyskryminuję miliony praczek na świecie a kiedy zapalam światło w nocy, szydzę sobię z ciężkiej pracy robaczków świętojańskich. Bo tak właśnie rozumiem istotę problemu. Jeśli panią Good dyskryminuje znak oznajmiający jej, że faceci pracują na drodze, żeby w przyszłości nie wpadła w dziurę swoim Chryslerem, czy co tam ona ma, to w takim razie wszystko co robimy w jakiś sposób kogoś dyskryminuje. Weźmy na ten przykład moją podróż do Francji – jak na prymitywa przystało stwierdziłem, że moja żona jest ode mnie słabsza i targałem przez całą drogę torbę z naszymi rzeczami. Czyli facet (ja) pracował (dźwigał torbę). Dobrze, że żona też ma reakcyjną mentalność, bo nie oburzyła się na ten jawny przejaw dyskryminacji… Na tą brutalną demonstrację prymitywnej męskiej siły. Uznała rzecz za najnormalniejszą w świecie. Bogu niech będą dzięki, że nie było tam pani Good, która w imię równouprawnienia kazałaby mojej żonie dźwigać torbę przez pół drogi.

Ja sam ostatnio zorientowałem się, że dyskryminują mnie producenci szamponów do włosów. Nie dość, że ich produkty są dla mnie bezużyteczne, to jeszcze ich reklamy przedstawiają postaci z bujnymi grzywami, puszystymi włosami, wywijającymi kudłami na prawo i lewo. Dla osoby o lekko cofniętej lini włosów (czyli dla łysego, jak bez ogródek określa mnie moja żona) jest to poniżające i bolesne doświadczenie. Płaczę w duchu za każdym razem jak mi oznajmiają jakie to właściwości ma Head & Shoulders czy Vidal Sasun łosz end goł! I co ja biedny mam zrobić?

Człowiek człowiekowi dyskryminatorem. Światła na skrzyżowaniach i znaki drogowe w Szwecji dyskryminują kobiety bo wydaje im się, że przedstawiają tylko mężczyzn (tak jakby kobieta nie mogłaby nosić spodni), brytyjski rząd wprowadza prawo, na podstawie którego biali mężczyźni mogą być dyskryminowani przez pracodawców w celu ‘zdywersyfikowania’ płciowego i etnicznego siły roboczej, piosenka ‘iść ciągle iść w stronę słońca’ dyskryminuje ludzi na wózkach inwalidzkich a znaki ‘roboty drogowe’ dyskryminują ludzkość, bo przecież robot to nie człowiek! Apokalipsa!

Tylko czekać kiedy w ślad za panią Good raban podniosą bezrobotni. Wszak na drogach widuje się nie tylko robotników czy robotniczki ale także bezrobotnych (no chyba że w Atlancie bezrobotnych ni ma – ale jakby nie było to trzeba by wprowadzić, w celu zdywersyfikowania struktury społecznej i zatrudnienia). Znak ‘robotnicy/robotnice na drodze’ może ich bardzo zranić, poniżyć i upodlić. To tylko kwestia czasu kiedy rząd pochyli się z troską nad ich niedolą.
 
Zawsze znajdzie się jakiś idiota, którego urazi byle co – daltonista, którego urazi natura ze swoją zielonością, inwalida, którego urazi stwierdzenie ‘dał bym sobie rękę uciąć’ (autentyczny przypadek z Wlk. Brytanii!), czy taka pani Good.

Zwykły człowiek o takich rzeczach dowiaduje się za późno (bo mało kto interesuje się idiotami) a rząd wykorzystuje sytuację, żeby się pochylić z troską i zedrzeć z nas więcej pieniędzy na walkę z niedolą, dyskryminacją, płaczem i zgrzytaniem zębów. Dyskryminacja była, jest i będzie, tak długo jak istnieje życie na ziemi. Sama natura dyskryminuje słabsze jednostki nie mając dla nich żadnej litości. Walka z dyskryminacją to kopalnia złota dla wszelkiej maści polityków. Ale w każdej kopalni zdarzają sie od czasu do czasu katastrofy. Mam nadzieję, że szyb tej zawali się lada chwila zasypując politycznych pasożytów i ich pożytecznych idiotów i idiotki. Może na jakiś czas wrócimy do normalności.

Na koniec – dla wszystkich Pań czytających tego bloga ze specjalną dedykacją -Men at work: http://youtube.com/watch?v=DNT7uZf7lew

Zakaz palenia, zakaz picia, zakaz wszystkiego

‘Cmok cmok!’ cmoknęła ukontentowana pani z telewizora, ‘Polska dołącza do krajów cywilizowanych! Nie będzie można palić to tu to tam to siam…’. Pani reprezenterka promieniała z radości. W końcu będziemy ‘ą ę’ i creme de la creme, w śmietance krajów kultury zachodu. Palacz będzie mógł palić tylko na balkonie, a najlepiej jakby dokonał samospalenia i już więcej nie smrodził.

Kolejny zakaz wprowadzany przez liberalny rząd.
 
Bycie cywilizowanym europejczykiem zobowiązuje, skoro kraje zachodnie zakazują to my ‘nie możemy zostawać w tyle’. Z wiadomości dowiedziałem się również, że projekt ma poparcie większości parlamentarnej, więc na pewno przejdzie. Kolejna utrata wolności.

Jak to mówią – historia kołem się toczy. Bardzo często zdarza się, że kołem historii łamane są pewne grupy (zazwyczaj mniejszościowe). Kiedy statek Kolumba po odkryciu Indii zawinął nazad do Palos, z pokładu Santa Marii wyskoczył na ląd szatan we własnej osobie. Był brudny, nieogolony, przebrany za marynarza. Gawiedź jednak poznała się kto zacz bo z  paszczy wystawał mu jakiś dymiący ogon. Woń piekieł rozniosła się po całym porcie wiercąc ludziom w nozdrzach i całkowicie zabijając swojski zapach nadpsutych ryb i świeżego gnoju.

W porcie zapanowało oburzenie a zarazem i przerażenie! Na szczęście zza winkla wyskoczyła hiszpańska inkwizycja.
‘Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji!’ krzyknęła, ‘Nasza główna metoda to zaskoczenie. Zaskoczenie i strach. To dwie metody. Strach, zaskoczenie i bezwzględna skuteczność – trzy metody. Strach, zaskoczenie, bezwzględna skuteczność i niemalże fanatyczne oddanie papieżowi. Cztery.. Nie! Wśród naszych metod… Wśród naszych metod są takie elementy jak strach, zaskoczenie… Wejdziemy jeszcze raz.’

Szczerze pisząc nie spodziewałem się na tym blogu hiszpańskiej inkwizycji, a ty, szanowny czytelniku?

‘HAAA!!! Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji! Wśród naszych metod są tak różne elementy jak strach, zaskoczenie, bezwzględna skuteczność i niemalże fanatyczne oddanie papieżowi oraz piękne czerwone mundurki. Psiakrew! Nie umiem tego powiedzieć, ty spróbuj.’

Długo by tu opowiadać, więc żeby nie tracić czasu – po kilku nieudanych wejściach hiszpańska inkwizycja wzięła palącego szatana na spytki. Po poddaniu go wyrafinowanym metodom przesłuchań (tortura miękkich poduszeczek i wygodnego fotela), szatan przyznał się do podwójnej herezji – myślą, słowem i czynem… to potrójna herezja… zaraz zaraz… nieważne.

Tym szatanem był marynarz Kolumba i zarazem pierwszy europejski palacz. Skończył na  stosie w myśl zasady ‘nie ma dymu bez ognia’.

Wróćmy do naszych czasów. Obecnie palacze traktowani są jak podludzie. W krajach aktywnie walczących z paleniem oskarżani są o obciążanie budżetu (choć z najnowszych danych wynika, że podatnik wydaje mniej na leczenie palacza niż na leczenie dlugowiecznego abstynenta), trucie i smrodzenie.

Jeśli chodzi o ‘obciążanie budżetu’ – tutaj akurat rozwiązanie jest proste – niech każdy leczy się sam i tyle.
W poniedziałek w Daily Telegraph ukazał się artykuł o 100-letnim dziadku, który palił od 9-go roku życia, popijał też whisky. Palił średnio 40 papierosów dziennie ale w wieku 60 lat przerzucił się cygara (bo usłyszał, że są zdrowsze) i wypalał 9 dziennie. I zdrów jak ryba. Płuca ze stali. I taki palacz nie dość że jest niesłusznie szykanowany to jeszcze dzień po artykule podniosła się dyskusja, że ‘takie wiadomości tylko zachęcą ludzi do palenia i picia’. A niech zachęcają! Rany boskie! Chcącemu nie dzieje się krzywda. Dziadek nie wydał ani pensa na leczenie chorób spowodowanych paleniem. Żył jak chciał. Nie państwu decydować jak człowiek ma żyć i czym ma się truć. Ja np. nie palę, ale kieliszeczek na żołądeczek już lubię sobie golnąć. I co? Mają mi tego zakazać, bo co roku w Wlk. Brytanii 800,000 ludzi trafia do szpitala z związku z chorobami spowodowanymi piciem alkoholu? Jeśli argumentem za zakazem jest zmuszanie człowieka do tego, żeby był zdrowy to tak. I Alkohol też zostanie wkrótce zakazany. Że co? Że nie przejdzie? W kulturze Islamu zakazano picia alkoholu i muzułmanie jakoś z tym żyją. Nam też się uda. Wystarczy tylko wprowadzić odpowiedni system kontroli.

Kolejnym argumentem jest to, że ludzie niepalący są zmuszani do wdychania dymu. No to już jest argument za zakazem wszystkiego. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby zamknąć wszystkie kopalnie i elektrownie węglowe na Ślunsku, zakazać ruchu samochodowego, zamnkąć zakłady MittalSteel w Krakowie itd. Że co? Że to potrzebne do funkcjonowania państwa? Eee gdzie tam? Kopalnie w zagłębiu Ruhry czy na północy Francji zamknięto i państwa te funkcjonują (a wielu ekonomistów z Polski i nie tylko uważa, że polskie kopalnie powinny pojść w ślady tych z zagłębia Ruhry czy z Francji bo przynoszą tylko straty). Że co? Że nie będzie prądu? Ile lat mieliśmy na budowę atomówki? Elektrowni wodnych czy nawet tych zwanych ekologicznymi? Kupujmy od Ruskich, od Niemców i od Czechów do czasu aż sami sobie nie wybuduemy (jestem pewien, że kupowianie prądu z różnych konkurujących miedzy sobą źródeł wyszłoby taniej niż obecnie płacimy). Transport samochodowy? Ciężarówki na koleje, a ludzie do tramwajów czy na rowery. Można ewentualnie nakazać ludziom używania samochodów na prąd. Tak tak, drogi czytelniku, jeśli zakładamy, że wszystko można regulować zakazami i nakazami, to pewnego dnia dojdziemy do takich absurdów. A co ja gadam!?! Gdzie tam ‘pewnego dnia’!?! Już doszliśmy, bo zakaz palenia (obok wielu innych zakazów i nakazów) jest właśnie takim absurdem. Nie wiem jak Ty, szanowny czytelniku, ale ja nie palę i nikt mnie do wdychania dymu nigdy nie zmuszał. Na ulicy mogę ominąć palacza szerszym łukiem, a do knajpy czy restauracji nie muszę chodzić a jeśli już to dla niepalących (choć mi tam dym w knajpie nie przeszkadza, bo jak już idę truć się alkoholem to podtruwanie dymem mnie nie razi).

Jeśli nie chcę, żeby ktoś palił w mojej obecności to poprostu komunikuję to danej osobie za pomocą jamy ustnej w następujący sposób -‘przepraszam, czy mógłby pan tu nie palić?’. I tyle. Jak ktoś jest dobrze wychowany to zgasi papierosa, jak ktoś jest chamem to mu to oznajmie i sobie pójdę. Nie chcę uruchamiać machiny państwowo-polityczno-urzędniczej do załatwiania tak prostych spraw (nie chcę jej też uruchamiać do załatwiania spraw trudnych).
Jak myślisz, czytelniku, po co naprawdę wprowadzany jest ten zakaz? Dla naszego dobra? Buehehehehe! Oczywiście że dla pieniędzy. Kolejna okazja do wlepienia mandatu, kolejne stanowiska dla urzędasów pilnujących porządku, inspektorów kontrolujących knajpy i restauracje, czy decydentów wydających pozwolenia (bo założę się, że ustawa zezwoli na pewne licencjonowane wyjątki).

Na tym zakończę ten wątek dedykując ten kawałek wszystkim przeciwnikom zakazu:

http://youtube.com/watch?v=wBJbBD9jVCA 

PS. Kiedy wszelkiej maści wolnościowcy, konserwatyści i liberałowie siedzą nad morzem i dyskutują o dupie marynie, ja postanowiłem działać. Sarkozy najwyraźniej nie wyciągnął pełnych wniosków z lektury mojego bloga (ale chociaż trochę zrozumiał i zmitygował się trochę podczas wizyty w Irlandii). Dlatego jutro wybieram się do Francji pogrozić mu pięścią przed oknami pałacu. Wracam w poniedziałek, późną nocą więc masz, szanowny czytelniku, tydzień spokoju ode mnie. Au revoir!

PS2. Acha! Zapomniałem! Wszyscy się dzisiaj podniecają, że schwytani Radowana Karadzicia ale w artykułach pokazują zdjęcia świętego Mikołaja. Jak można się tak pomylić?

Ci straszliwi rodzice i ich okropne narzędzia tortur

Czytałem kiedyś reportaż z podróży po Korei Północej… chyba w wybiórczej, ale nie pomnę. Autor reportażu opowiadał jak Kim Dzong Il (I’m so ronery, so ronery…) reguluje stosunki między rodzicami i ich dziećmi. Było tam o odbierniu dzicka rodzicom, którzy mają prawo odwiedzin raz w tygodniu, było też o karach, jakie może nałożyć państwo na rodzinę jeśli wychowa małego urwisa, który nie daj Boże coś zbroi (np. może przymusowo i natychmiastowo rozwieść rodziców,  nakazać wykonanie jakieś bezsensownej pracy czy wysłać do obozu koncenr… to znaczy oczywiście na rodzinne wakacje – zazwyczaj dożywotnie).

Ostatnio zauważyłem, że nasza cywilizacja zaczyna podążać drogą pionierów doktryny dżucze. Ponieważ jednak kraje zachodnie lubią nazywać się ‘wolnym światem’, idee Kim Dzong Ila wprowadzają wolno.

Co wspólne dla Korei Północnej i ‘wolnego świata’ (czyt. Zachodu – ile ja mam zachodu z tym Zachodem), to podejście do rodzica. Rodzic jest dla państwa złem koniecznym. Niestety (tzn. dla nas stety a dla państwa niestety) nie osiągnęliśmy jeszcze takiego rozwoju technologicznego, żeby człowieka masowo produkować w fabrykach, dlatego bez rodziców się nie obejdzie.

Jednakże, mój Boże, taki rodzic może sprowadzić dziecko na złe tory, sprawić że pójdzie w ślady ojca stolarza a nie zostanie magistrem czy inżynierem. Może też wychować dziecko na rasistę (bo np. nie będzie mu smakować curry czy nazwie Afro-polaka ‘Murzynem’). Rodzic niewątpliwie ogranicza wolność własnego dziecka, a co najgorsze, dyskryminuje inne dzieci kosztem swego (np. posyła na korepetycje czy dodatkowe kursy, zeby było lepsze od innych, albo uczy grać na pianinie nie mając litości dla malutkich paluszków męczonego dziecka). Tak, rodzice potrafią być okrutni dla swoich dzieci. Co tam rodzice! Cała rodzinna poddaje biedne dziecko presji otoczenia, nie dając mu się rozwijać tak jakby chciało. Dlatego państwo musi zmuszać tych wsteczniaków do oddawania dziecka do obowiązkowej nauki, gdzie nauczyciele oprócz wpajania użyteczniej wiedzy (z programu układanego przez państwo, ma się rozumieć) odkęcają zabobony wyniesione z domu. Np. taki zabobon, że należy słuchać rodziców.

Oczywiście nauka nauką, okręcanie zabobonów, odkręcaniem, ale rodzice dysponują wobec bezbronnego dziecka najokrutniejszym z okrutnych narzędzi tortur – ręką!
Ręka to bardzo mądre narzędzie. Np. potrafi umyć drugą rękę (stąd powiedzonko ‘ręka rękę myje’), potrafi wyciągnąć wosk z ucha czy wyd
łubać cokolwiek co nam przeszkadza w nosie. W rękach dorastającego chłopaka ręka może być substytutem kochanki (albo kochanka).
W rękach rodzica ręka jest narzędziem poniżenia, psychicznych i fizycznych cierpień i wogóle wszyskiej nędzy, niedoli i udręki. Ha! Właśnie dokonałem wiekopomnego odkrycia – udęka pochodzi od ręki – ud-ręka!  Cierpienia zadawane dzieciom przez rodziców za pomocą ręki są udręką. Tak – ręka rodzica = klaps! Klaps = cierpienie, poniżenie, p
łacz i zgrzytanie zębów. Przynajmniej w oczach państwa.

Dlatego też wiele państw zachodnich zakazało stosowania tej okrutnej metody wychowawczej. Jeśli o mnie chodzi ni mnie to ziębi ni chłodzi co się wyrabia w innych krajach, ale ostatnio nasz płemieł przyznał się że niczym gestapowiec torturował swojego biednego synka klapsami i dlatego chce ich zakazać. W sumie nie ma się co dziwić, skoro miał babcię w Luftwaffe to mógł klapsać syna, wszak niedaleko pada jabłko od jabłonki (oj! miałam ci jabłonkę!). Ja się tylko zastanawiam na jakiego zwyrodnialca musiał wyrosnąć syn płemieła skoro ten doszedł do wniosku że źle go wychował i postanowił zakazać wszystkim, na terenie całego kraju, stosowania podobnych metod.

Kolejny liberalny pomysł partii uchodzącej za liberalną?

Pewnego dnia chciałbym usiąść sobie przed domem, wystawić kości do słońca i popijając żimne piwko u boku żony obserwować gromadkę wesołych dziatków bawiących się z moim owczarkiem niemieckim (z Wehrmachtu?). Moich dziatków oczywiście! Nie wiem czy będę dobrym rodzicem, nie wiem jak dobrze wychować dziecko – nie znalazłem żadnej instrukcji ani w internecie ani w księgozbiorach biblioteki Jagiellońskiej. Rzeczywistość może spłatać różne figle tak więc trzeba przewidywać różne metody wychowawcze. Nie wiem czy będę musiał kiedyś wymierzyć klapsa czy nie. Natomiast nie życzę sobie, żeby pan Tusk ani żaden inny polityk czy urzędnik państwowy mówił mi jak wychować moje dzieci. Skoro Tusk bił swojego syna, znaczy to, że nawet najważniejsi ludzie (ba! elyta!) mojego kraju nie potrafia się obejść bez zastosowania kar cielesnych. A co dopiero taki prosty człek z gminu jak ja?
Różne mądre głowy wypisują głupoty, że klaps to porażka rodzica, dowód na jego bezsilnośc (a co? czy młody człowiek nie ma prawa być bezsilnym?), że klaps to poniżenie i uraz psychiczny (nie wiem dla kogo, chyba dla psychola).
Państwo wmawia nam, że dziecko musi cieszyć się takimi samymi prawami jak dorosły, że jak uderzę dorosłego to też będę podlegał odpowiedzialności karnej. To akurat jest dowód na to, że to dorosłych trakuje się jak dzieci. Czasem nawet dorośli ludzie muszą dać sobie ‘po razie’. Zdarzyło mi się to dwa razy w życiu i świat się od tego nie zawalił i nikt policji nie wzywał. Zresztą jeśli ktoś zachowywałby się obraźliwie w stosunku do moich najbliższych to zarobiłby ode mnie fangę w nos i basta!

Jeśli państwo chce traktować dzieci jak dorosłego człowieka, to musi uznać pełną zdolność dziecka do czynności cywilno-prawnych. Nie może mu zabraniać kupna papierosów, alkoholu, zawrzeć umowy o pracę czy zaciągnięcia pożyczki w banku. Jeśli tego nie uznaje, poniża w ten sposób młodego człowieka, uznając, że nie jest on zdolny decydować za siebie.

Dlaczego tylko państwo może stosować metody poniżające i bolesne? Jesli np. kibice demolują stadion czy miasto, państwo nie wysyła na nich psychologów, którzy będą starali się dotrzeć do rozwydrzonej młodzieży, tylko oddziały prewencji, które leją na potęgę (a przecież wśród kiboli są często 12-14 letnie dzieci!) Dlaczego państwo może się zachowywać jak ‘zwyrodnialec’ a ja w trosce o moje dziecko nie mógłbym klpasnąć (nawet jeśli będzie to moment mojej bezsilności). Przecież klaps na pupę jest jednak mniej bolesny i poniżający niż policyjna pała na łbie. I ja się nie pomylę i nie będę strzelał do mojego dziecka z ostrej amunicji (jak się zdarzyło policji w trakcie pacyfikacji łódzkich juwenaliów, kiedy to rozstrzelała kilku studenciaków). Zawsze też mogę przeprosić za niesłusznego klapsa – państwo do błędów się nie przyznaje (trzeba kierować sprawy do Strasburga).

Czemu o tym piszę? Dzisiaj w koszernej był artykuł o parze imigrantów z Polski, której odebrano dzieci, bo chłopak powiedział w szkole, że czasem rodzice dają mu klapsy. Jak ktoś jedzie do takiego kraju to sam sobie winien (jedyne co mogę poradzić to odbicie dzieci i ucieczkę na teren ambasady polskiej, lub jakiegoś normalnego kraju i prośba o azyl), ale jak chore przepisy wprowadzane są w ojczyźnie moich przodków to zaczynam nabierać obaw, że nie będzie już ona ojczyzną moich tyłków.

Zastanów się chwilę, szanowny czytelniku, czy dostałeś kiedyś klapsa od rodziców? Czy w zwiażku z tym uważasz, że państwo powinno Cię było zabrać z domu i wsadzić do sierocińca, wzlędnie do rodziny zastępczej? Byłbyś szczęśliwy? Chciałbyś tego tylko dlatego że dostałeś klapsa? Czy twoi rodzice mimo niektórych błędów nie starali się Ciebie wychować jak najlepiej?

Ja wiem jedno, jeśli ktoś będzie mi chciał odebrać dzieci pod jakimkolwiek pozorem, bedę do niego walił z ostrej amunicji.

Na koniec, płemiełowi ku rozwadze cytat z Jasienicy:

‘Nieustannie wszak snują się po tym padole przejęci pogardą dla jego nielogicznych urządzeń teoretycy, posiadacze nieomylnych recept zbawienia. Ta właśnie skłonność ludzka – zabawna, dopóki się przejawia w piwiaraniach lub w klubach towarzyskich, w czytelniach bibliotek, niekiedy irytująca – staje się śmiertelnie niebezpieczna, gdy kapryśny zaiste bieg dziejów chociażby przypadkiem odda prorokowi lub całej grupie wizjonerów – władzę. Najpierw służy ona do narzucania programu przemocą, w krótkim czasie zajmuje po prostu jego miejsce. Człowiek bywa najczęściej bezbronny wobec własnego przywileju. Nie może być przywileju wiekszego niż moc absolutnego podporządkowywania sobie innych ludzi, zadawania im cierpień.
Wybityny rosyjski mąż stanu, hrabia Sergiusz Witte, napisał w pamiętniku, że każdemu politycznemu nieukowi wszystko zawsze się wydaje proste i jasne. Niebezpieczeństwo przymusowego zbawiania jest tym większe im kultura niższa. Zapoznaje ona przecież z pojęciem względności spraw ludzkich.’

I tradycyjnie muzyczka – Deep Purple – Dziecko w Czasie 😛
http://youtube.com/watch?v=FDskym_V1GI

Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. I

Weekend – odpoczywamy od polityki i problemów dnia powszedniego.

Dzisiaj postanowiłem zabrać Cię, szanowny czytelniku w podróż po Kolumbii, kraju, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Muszę Cię jednak ostrzec, że nie prowadzę szczgólowych zapisków (ani nieszczególowych) z moich podróży, nie pamiętam wielu nazw miejscowości, które odwiedzałem, a niektóre pamiętam tylko z brzmienia, więc mogę zmasakrować ich pisownię. Jeśli więc jesteś pedantem, i musisz wiedzieć wszystko ze szczegółami (np. na jakiej szerokości geograficznej ugryzł mnie komar, o której godzinie spanikowałem, że umrę na malarię, czy poinformował Cię kto jest burmistrzem Villavincencio) to lepiej nie czytaj dalej. Ja się wolę skupić na moich odczuciach, obserwacjach i przemyśleniach. Zapewne też nie uda mi się wszystkiego opisać za jednym zamachem, więc rozłożę moją opowieść na kilka odcinków, które pojawiać się będą w ramach odpoczynku od polityki.

A zaczęło się tak…

Początki mojej fascynacji Nowym Światem datowane są na początek lat 90-tych, kiedy to dostaliśmy od rodziców Amigę!!! To własnie z gier komputerowych czerpałem moją wiedzę o świecie. Kiedy np. grałem w North & South starałem się dowiedzieć czegoś więcej o tej wojnie (w latach późniejszych zagrywając w Gettysburg starałem się powielać taktyki z prawdziwej bitwy, czytałem różne książki związane z tematem itd. itp.). Pewnego razu w moje ręce wpadła gra Pirates! (a potem Pirates! Gold). Och! Co to była za gra! Pływałem statkiem po Karaibach, zbierając załogę dzielnych zawadiaków, atakowałem statki tych zdradzieckich Hiszpanów, Holendrów a przede wszystkiem Francuzów (pewnie dlatego Sarkozy teraz tak mi działa na nerwy! Mści się za Pirates!). Nie ma osady na Karaibach, której bym nie złupił! Nie straszne mi były forty Cartageny czy Panamy, działa Caracas czy karczmy Tortugi. Jestem pewnien że do dziś tamtejsi starcy opowiadają przerażające historie o strasznym kapitanie Anarchu i jego załodze, a córka gubernatora Campeche do dziś wypatruje białych żagli na horyzoncie.
Czarna Perła i kapitan Jack to przedszolaki w porównaniu ze mną. I to ja usiekłem Davy’ego Jonesa a nie jakiś smark, który mi do pięt nie dorasta!

Nadszedł niestestety ten dzień, w którym musiałem rozstać się z karierą korsarza i pójść po naukę, zdać maturę i zająć się innymi błachymi sprawami (bez których jednak nie mógłbym finansować moich przyszłych wypraw). Ale poprzysięgłem sobie, że jeszcze kiedyś wrócę na Karaiby. Wrócę i się zemszczę (nie pamiętam za co ale na pewno musiałem mieć dobry powód). W miarę dorastania i poszerzania horyzontów, zdecydowałem, że nie będę się ograniczał tylko do basenu morza karaibskiego i rozszerzę moje plany na całą Amerykę Łacińską.

Nie miałem jeszcze wtedy skonkretyzowanego celu. Myślałem o Nikaragui, Panamie, Wenezueli czy Paragwaju.

Ceniąc swoją prywatność nie będę się tutaj wdawał w zbyt szczegółowe opisy więc w krótkim skrócie napiszę tylko że pewnego razu w pewnym sabaudzkim miasteczku ubzdryngoliłem się z pewnym góralem w, jak mi się wtedy wydawało, mieszkaniu, które wynajmował. Nagle zaskoczyło mnie wejście pewnej Szwedki i Kolumbijki do mieszkania i wyproszenie nas stamtąd. Kolega zachował się trochę jak świnia i musiałem go wyprowadzić. Szwedki, oczywiście nie było mi żal – ‘to za Potop!’ krzyknąłem na odchodne. Natomiast do Kolumbijczyków nigdy nie żywiłem negatywnych uczuć więc jąłem przepraszać Kolumbiję aż do skutki. A skutek był taki, że mam teraz rodzinę po obu stronach Atlantyku i to musi Ci, szanowny czytelniku wystarczyć.

Podróż

Tak się jakoś złożyło, że moja pierwsza podróż do Kolumbii, była za razem moją pierwszą za ocean i drugą samolotem (pierwszy w życiu lot długodystansowy). Na stronach internetowych pewnej firmy, która obecnie notowana jest na giełdzie papierów wartościowych w Warschau, znalazłem bilety po 2,400 złotych (nowych). Porównując z obecnymi cenami była to nie lada okazja. Lot miałem z Wiednia, duPa ryża, z Paryża do Caracas i z Caracas do Bogoty (były loty bezpośrednie Paryż – Bogota, ale ponieważ w ostatniej chwili zmieniłem datę wylotu, nie było już miejsc na lot bezpośredni).
Obecnie bilety do Kolumbii można kupić za około 3,500zł ale wszystko zależy od tego kiedy się leci i z jakim wyprzedzeniem się kupuje.
Lot do Paryża był krótki i w wiekszości przespany przeze mnie. Lot do Caracas był już troszkę dłuższy ale z racji nowego doświadczenia nie nudziłem się wcale. W każdym foteliku zamontowany był telewizorek na którym mogłem podziwiać położenie samolotu, słuchać muzyki, oglądać filmy czy wiadomości. Pan steward co chwilę pytał czy chcę się czegoś napić a ja nie odmawiałem.
Jeśli będziesz kiedyś, szanowny czytelniku, leciał Air Francem do Caracas, pójdź to trzeciej toalety po prawej. Napisałem tam ‘głupi KA-owiec… i Sarkozy też’ a poniżej ‘dziu ar e donki Mr Chavez’.
Około godz. 14.00 wylądowałem w Caracas. powróciły dawne wspomnienia z pirackich czasów. Na szczęście nikt mnie nie rozpoznał więc mogłem w spokoju podziwiać lotnisko. Miałem cztery godziny do nastepnego lotu i myślałem o wyjściu na miasto i szybkim tour po Caracas ale zostało mi to odradzone. Na odprawę musiałbym się stawić dwie godziny przed lotem więc nie miałbym zbyt dużo czasu. Wymieniłem więc parę dolarów na boliwary i poszedłem do kafejki. Zamówiłem piwko i tosty z serem. Kelner coś tam do mnie mówił a ja go nie mogłem zrozumieć. Na szczęscie przyniósł to co zamówiłem. Szczerze pisząc byłem trochę zdziwiony że kelner nie mówił po angielsku bo wyglądał dokładnie jak major domus z angielskiego serialu ‘Pan wzywał Milordzie?’. Był tylko troszku bardziej opalony – tak na granicy brązu i czerni. Inna ciekawa obserwacja – w kawiarni było pełno Niemców.
Tak więc siedziałem sobie w kafejce popijając piwko za piwkiem, jedząc tosta za tostem, powabne seniority próbowały mi co chwila sprzedać karty telefoniczne, kiedy zorientowałem się, że czas na mój odlot. Muszę się tutaj przyznać że w kafejce postanowiłem się trochę ubzdryngolić dla uspokojenia nerwów. Z Caracas do Bogoty leciałem Aviancą – linią kolumbijską, o której wcześniej nigdy nie słyszałem. Gdybym nie zasnął w samolocie, pewnie bym się przekonał, że nie było się czego obawiać.
Obudził mnie komunikat po hiszpańsku, którego nie zrozumiałem, ale wykoncypowałem, że skoro zapaliła się kontrolka ‘zapiąć pasy’ albo wpadniemy w turbulencje, albo podchodzimy do lądowania. Na szczęście była to ta druga opcja.
Mój pierszy przylot do Bogoty miał miejsce po zmroku. Kiedy wyjrzałem przez okno samolotu, zobaczyłem morze świateł. To dziewięciomilionowe miasto błyska w nocy jak choinka na święta. Samolot schodził coraz niżej i niżej, aż zagłebił się w tym morzu świateł (lotnisko el dorado w położone jest w środku Bogoty, w nocy się nie zorientowałem, dopiero podczas późniejszego lądowania w dzień omal nie zrobiłem w gacie, widząc budynki zaraz koło naszych skrzydeł).
I nagle łup! Samolot wylądował a ja poczułem że muszę do łazienki.

Kibel

Może to śmieszne, że akurat moje pierwsze nowe doświadczenie związane jest z tym temtem, ale nic na to nie poradzę. Przed wyjściem z lotniska i pokazaniem się Nowemu Światu, postanowiłem się trochę odświeżyć, a także odbyć dłuższe posiedzenie w kibelku. Tak więc wpadam do pomieszczenia oznaczonego stojącym caballero, otwieram drzwi pierwszej toalety – Cholera! zatkana!, wpadam do drugiej – Cholera! zatkana!… ‘Do trzech razy sztuka’ pomyślałem… CHOLERA! ZATKANA!!! ‘To jest kurna niepojęte’ oburzyłem się. No dobra, postanowiłem, że sytuacja nie jest jeszcze tak krytyczna, z posiedzeniem poczekam aż będę w domu. Odświeżyłem się, skorzystałem z pisuaru, i udałem się do inmigracion.  
O powitaniu i pierwszym przejeździe przez miasto opowiem innym razem, co ważne w temacie kibla jest to, że przybywszy do domu, pognałem do toalety… ‘Na rany Chrystusa!’ zakrzyknąłem niczym Kmicic! ‘Dlaczego mnie tak torturują!? Czyżby ten kibel też był zatkany?’. Nie, to nie możliwe. Cztery kible pod rząd nie mogą być zatkane. Nikt nie może mieć takiego pecha.
Na lotnisku za bardzo się nad tym nie zastanawiałem. Tym razem postanowiłem zaryzykować i dokładnie zlustrować sytuację. Gazeta wybiórcza za oceanem, może się nie dowie i nie skrytykuje. Ostrożnie spuściłem wodę, która w całości i bezproblemowo spłynęła wgłąb muszli. Good job! Ukontentowany usiadłem na desce klozetowej, kiedy, ku mojemu przerażeniu, kibel znów zaczął wypełniać się wodą do połowy i wyżej. Tak się zestresowałem, że po moim pierszym, traumatycznym razie, przez tydzień nie chodziłem na dłuższe posiedzenia
(powiniennem napisać o tym do Bravo!)… Choć  oprócz traumy pewnie miała też na to wpływ odmienna dieta (ale o jedzeniu porozmawiamy innym razem, nie w kiblu).
Jak się okazuje, wszystkie kible w Kolumbii wypełnione są do połowy
(albo do trzech-czwartych) muszli wodą. Jest to dosyć niewygodne, a dlaczego to chyba się, szanowny czytelniku, orientujesz. Tylko czekasz na to traumatyczne ‘plum’!
Inna sprawa, że papieru toaletowego nie wrzuca się, tak jak u nas, prosto do muszli. O nie! Trzeba było Anarcha jeszcze bardziej pognębić i sprawić że kilkakrotnie zatka kibel. Zużyty papier wrzuca się w Kolumbii do śmietniczka postawionego obok kilba. Wylot z muszli jest bardzo wąski i łatwo go zatkać. Oczywiście będąc prymitywem odruchowo wrzucałem wszystko do kibla z tragicznym skutkiem, przez co po jakichs dwóch tygodniach gosposia, zajmująca się domem, patrzyła na mnie jak na jakiegoś niedorozwoja, albo co gorsza, troglodytę, który nie wie jak używać toalety.
Tak więc przestrzegam Cię czytelniku, nie ignoruj tematu wypróżniania. W Nowym Świecie obowiązuje inna etykieta i jeśli nie chcesz przeżywać tych samych perypetii co ja, jeśli nie chcesz traumy i wrogich spojrzeń gosposi – pomnij me słowa – papier wywalamy do śmietniczka obok a najlepiej to leźć w krzaki!

I tym śmierdzącym morałem zakończę pierwszy cykl moich wspomnien z kraju, którego ludzie są na trzecim miejscu w rankingu najszczęśliwszych ludzi na świecie.

Y na koniec coś kolumbijskiego: 

http://youtube.com/watch?v=tVEIgQKe6C4

Narcos? Si!

Siedzę sobie wczoraj w pociągu, który co rano radośnie zabiera mnie do roboty, i czytam gazetkę, a tam na pierwszej stronie napisane, że naukowcy odkryli, że maryśka pomaga w walce z rakiem. ‘Jaka maryśka?’ Myślę se. Czytam dalej, a tam jak byk stoi ze maryśka to gandzia albo jakiś kanabis? ‘Boze przenajświętszy?’ zatrwożyłem się ‘Kanabis??? To nie ten co zjada ludzi???’. Ze stacji czym prędzej pognałem do pracy i zapodałem słownik wyrazów obcych. Wyszła na jaw moga ignorancja – otóż okazało się, że kanabis to nie człowiek jedzący innych ludzi (ten się zwie kanibalem), tylko rodzaj narkotyku. Ufff! Gloryfikacji kanibalizmu bym nie przeżył. Ale potem pomyślałem sobie… Jak narkotyk – ‘wymysl szatana’ może pomagać w walce z chorobą? Otóż według naukowców, substancja aktywna (THC) osłabia komórki rakowe i wzmacnia działanie chemioterapii.

‘Fiu fiu!’ pomyślałem, ładnie ładnie. Szkoda, że trawka jest powszechnie zakazana. W oczach państwa każdy kto ją pali jest kryminalistą i stanowi zagrożenie. Dlatego każdy palacz gandzi (jak i każdy inny użytkownik innych środków uznawanych za narkotyki) jest szykanowany i ścigany jak ostatni bandzior.

Naukowcy co chwila odkrywaja różne rzeczy. Ja tam w wiele ich odkryć nie wierzę. Na ten przykład nie wierzę w bakterie – nie widziałem to nie wierzę, a nawet jakby istniały to nie wyobrażam sobie jak coś tak małego mogłoby mi zrobić krzywdę :P. Albo w ewolucję – może małpa w czerwonym pochodzi od małpy i z tego powodu ma tak rozdęte ego, ale ja na pewno nie. Wiem, bo mam udokumentowany rodowód i wszycy moi przodkowie to ludzie z krwi i kości. Czasem jednak naukowcy odrywają cos pożytecznego (jak np. drapaczkę do plecow, koło, dyliżans, Hulka, czy fazery – nastawione na zabijanie, ma się rozumieć… no i jak fazery to trzeba też wspomnieć o statku Enterprise – cudo techniki, może osiągnąć prędkość Warp-5).

Jakoś miesiąc temu w dużym formacie koszernej, był fascynujący artykuł o odkrywcy LSD. Były tam super opisy jego pierwszych odlotów po naćpaniu się tym środkiem (napierw przez przypadek, potem świadomie pod obserwacją asystenta). Jak się okazuje, testy kliniczne wykazały, że LSD może mieć pozytywny wpływ na ludzi cierpiąych na natręctwa i depresję. W grudniu 2007 Szwajcaria zdecydowała się rozluźnić zakazy i wznowić badania kliniczne nad tym narkotykiem.
Z tekstu w wybiórczej dowiadujemy się również, że nie tylko muzycy i aryści brali, ale też najwięksi śwatowi wynalazcy i naukowcy starali się przekraczać granice swojego umysłu w poszukiwaniu wiedzy, doświadczeń itd.

Po co ja o tym wszystkim piszę? Nie wiem, może żeby oddemonizować trochę pojęcie narkotyku. Wg. mnie narkotyk nie jest złem samym w sobie. Zależy co się z nim robi. Podobnie jak z  alkoholem, czy papierosami.

Ale nie ważne. Wyznaję zasadę, że dorosły człowiek nie powinien być karany za branie czegokolwiek. Nawet jakby dana substancja niszczyla mu organizm na potęgę. Volenti non fit iniuria. Nie rozumiem jak ktoś może pójść do więzienia za oddawanie się przyjemności, halucynacjom czy relaksacji. Równie dobrze państwo mogłoby nas karać za masturbację czy seks (za seks nawet karze, jeśli za niego płacimy). Z masturbacją co prawda miałoby pewien problem – tego towaru nie trzeba od nikogo kupować, więc nie ma jak łapać masturbantów.

Proszę mi wytłumaczyć, jak człowiek może być penalizowany za to, co się dzieje w jego umyśle lub za to, co w danej chwili odczuwa. Poddaje się działaniu danej substancji, wywołuje reakcję swojego własnego ciała. I tyle! Nie oddziałuje tym w żaden sposób na mnie ani na Ciebie, szanowny czytelniku. Jak zobaczy złe mzimu i zrobi w gacie, czy będzie sobie pływał w chmurach to jego i tylko jego przeżycie. I jego sprawa. Nie moja, nie Twoja a już na pewno nie państwa.

Delegalizacja narkotyków powoduje wyszukiwanie różnych środków zastępczych, odurzających w sposób silnejszy, wyniszczających organizm jeszcze bardziej niż tradycyjne narkotyki. Najśmieszniejsze jest to, że te substytuty uzyskiwane są ze środków ogólnodostępnych i ani policja ani państwo nic tutaj zdziałać nie sa w stanie.
Natomiast jak ktoś chce brać te ‘zdrowsze narkotyki’ naraża się na szykany ze strony państwa.

Ponadto, ponieważ handel dragami musiał zejść do podziemia, i tkwi w nim od dziesięcioleci, wszyscy cierpimy z tego powodu. Niewinni ludzie giną w wojnach gangów, uczciwi ludzie, jak ja czy Ty, szanowny czytelniku, rewidowani są na lotniskach jak rasowi przestępcy (a tymczasem wielki handel idzie za naszymi plecami). Przypomina mi to sytuację z czasów prohibicji w ‘ojczyźnie wolności’, kiedy to zakazano picia alkoholu (patrz no czytelniku – w Ameryce zakazali picia, w Europie palenia). Alkohol i tak był ogólnodostepny. Kogo było stać jechał do Kanady (lub Meksyku) na zakupy, kto był mniej zamożny – zaopatrywał się u gangsterów, kto klepał biedę – szukał substytutów (i ryzykował utratę wzroku lub nawet życia). Gangsterzy walczyli tymczasem o wpływy a policja walczyła z gangsterami. Jucha lała się strumieniami, flaki latały nad głowami a najbardziej na tym cierpiał przeciętny konsument co sobie chciał piwko do kotlecika, czy kieliszeczek na żołądeczek. Podobnie jest teraz narkotykami – kto ma brać ten bierze, dostęp do nich jest łatwy. Ba! Nawet nasz płemieł brał jak był młody. A ten Garbryel Janowski co to nażarł się cukru i skalał po korytarzach sejmu? Tak więc kto chce ten bierze a gangsterzy się między sobą porachunkowują często zabijając niewinnych ludzi, którzy sie napatoczą. Policja jest bezradna i jak zwykle łapie przeciętnych konsumentów co to chcą sobie przypalić do piwka czy przywołać muzę i stworzyć wiekopomne dzieło.

Kiedy w ojczyźnie wolności wróciła względna normalność i znów można było legalnie pić i sprzedawać alkohol, przestępczość związana z tym biznesem spadła do zera. Gangsterzy przerzucili się na kasyna i narkotyki. Jak myślisz, szanowny czytelniku? Czy powinniśmy wyciągnąć wnioski z historii (ponoć historia magistra wita, ale nawet jak go nie wita to przecież może nas czegoś nauczyć)? Ja uważam, że historia powtórzy się w przypadku narkotyków, i ich legalizacja  wyjdzie nam wszystkim na dobre. A przy okazji przywróci wolność w tej kwestii.

Na kuniec, jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądają łodzie podwodne, którymigangsterzy przemycają narcos przez morze karaibskie do Stanów:

http://cosmos.bcst.yahoo.com/up/player/popup/index.php?cl=8862912&lang=esa

A jeśli chcesz se posłuchać dzieł użytkowników tego, o czym dzisiaj była mowato zapraszam tutaj:

Na początek EricClapton: http://www.youtube.com/watch?v=vBzY7F2lMNo
 

A na deser JimiHendrix: http://www.youtube.com/watch?v=cnFSaqFzSO8

Zwiazek Radziecki en Français

Ostatnio przejechałem się na monsieur Sarkozym jak na starej kobyle w kontekście jego rasizmu i ksenofobii (patrz wpis ‘Nielegalni Imigranci’). Myślałem, że po przeczytaniu mojego tekstu prezydent Francji się opamięta, ale widać było mu mało. No trudno, skoro tak bardzo chce, to ja już szablę w dłoni mam, biorę dupę w troki i jazda!

Nie tak dawno monsieur Sarkozy oskarżył naszego (powstan!) prezydenta (siadaj!), że ten nie ma cojones, bo podobno coś tam wynegocjował a teraz nie chce podpisać i blokuje. Oczywiście nie będę się tutaj rozwodził, który z tych panow ma wieksze jaja, bo politycy poprostu ich nie mają i basta!. Lubią tylko o nich gadać. Nie mają też kregosłupa. Polityk to zwykły mięczak, ewentualnie jamochłon. Zdarzają się co prawda wyjątki, np. taka baronessa Thatcher miała nie tylko kręgosłup ale też más grandes cojones en el mundo politico, ale skoro w gazetach czytam, ze facet zaszedł w ciąże i urodził dziecko, to nic mnie już nie zdziwi, nawet kobieta z jajami.

W każdym razie, dwóch smarkaczy pokłóciło się o wielkość czegoś co mnie nie interesuje więc na tym poprzestanę. Zresztą i tak potem jednemu to coś o co się kłócili zmiękło i się poddał.

Co ważne w tym wszystkim to to, że monsieur Sarkozy, paplał coś tam o odwadze, a sam boi się wszystkiego co obce (czyt. nie francuskie) i przywraca choć pozory wolności w świecie. Znów wpadł mi w ręce FT. Jest tam dosyć ciekawy artykuł o tym, jak w Genewie zebrały się tęgie głowy z Komisji Europejskiej, Światowej Organizacji Handlu, oraz ministrowie wielu ale to wielu krajów z Afryki, Azji, Europy, i obu Hameryk.
Mędrcy debatują nad liberalizacją światowego handlu, a przede wszystkim nad otwarciem rynków państw rozwiniętych dla produktów z państw niedorozwiniętych. Powstrzymam się w tym miejscu od kometarza bo skończyłoby się na żołdackich grubiaństwach, a muszę trzymać poziom, powiem więc tylko, że uwolnienie handlu jest naprawdę bardzo proste i śmieszy mnie jak to tęgie głowy się trudzą i debatują w pocie czoła… pobierając przy tym niezliczoną ilość mieszków złota, ewentualnie papierków nazywanych przez niektórych wywrotowców pieniędzmi.

Przy okazji tej debaty monsieur Sarkozy oburzył się okrutnie i zbeształ pana Peter’a Mendelsona, europejskiego komisarza ds. handlu, za wystawianie ludu na pastwę globalizacji. Nasz węgierski żabojad rozpostarł przed nami apokaliptyczną wizję utraty 100,000 miejsc pracy i spadku europejskiej produkcji rolnej o 20% podczas gdy, jak się wyraził ‘na świecie co 30 sekund umiera z głodu dziecko’! Prezydent Francji powiedział stanowcze ‘NIE!’ poświęcaniu interesów europejskich rolników. EuroLepper? Ja się tylko zastanawiam, czy interes europejskiego rolnika idzie w parze z interesem dziecka umierającego z głodu co 30 sekund? Śmiem wątpić.

Pamiętam jak swego czasu miłościwie nam panujący PiS – co to bojkotuje TVN i TVN24 (i dobrze, jakby reszta naszego politycznego półświatka zbojkotowała te stacje, może zacząłbym je oglądać) a jej prezes dodatkowo bojkotuje jeszcze kobiety (albo to one go bojkotują) – chciał uzyskać kontrolę nad NBP, żeby kontrolować kurs złotego (patrz – doprowadzić, do spadku jego wartości, żebyś sobie, szanowny czytelniku nie mógł za wiele kupić). Pamiętam to oburzenie w mediach. Oczywiście, też się oburzam i potępiam (chociaż nie czytałem). Potepiam więc też monsieur Sarkozyego, który ostatnio skarcił słownie Europejski Bank Centralny za podniesienie stóp. Jak wiadomo biurokraci siedzą za biurkami i pracują w pocie czoła i stóp, więc jak je podniosą, rozchodzi się smród, który atakuje wrażliwe nozdrza Sarko.

Kiedy Francja obejmowała prezydencję WE, jej węgierski prezio urządził sobie ekspoze w TV. Przemówił w nim do ‘narodu europejskiego’ przedstawiając program ‘Europy, która chroni’. Zapewnił, że lud Europy (i ten pracujący i ten pobierający zasiłki) domaga się protekcji przed negatywnymi skutkami globalizacji, i że on z troską się pochyli i nas ochroni.

Powiedzcie mi kiedy się będzie pochylał to ja go zdradziecko zajdę od tyłu i kopnę z całej siły w el doopę!

Howgh!

Enfin, ze specjalną dedykacją dla ‘Smarko’ – Beatelsi: Spowrotem w ZSRR:

http://www.youtube.com/watch?v=4-2LQGigK-0&feature=related


A! To korzystając z okazji pocieszmy jeszcze Yarka co bojkotuje TVN i kobiałki. Specjalnie z dedykacją:

http://www.youtube.com/watch?v=2I-67U93xMU&feature=related

Naród przeklęty – czyli o urzędnikach

Już żem jest nazad!

Krótka wizyta w ojczyźnie przysporzyła mi wiele pomysłów na kolejne wpisy. Wmojej głowie zapanowała prawdziwa anarchia! Chaos totalny, tematy na wpisywalczą ze sobą o pierwszeństwo pojawiania się na blogu, każdy chce być sławny,każdy chce mieć swoje pięć lub dziesięć minut (zależy jak szybko czytasz,szanowny czytelniku). Oczywiście cieszy mnie taki stan rzeczy. Wszakwszechświat powstał właśnie z chaosu, czyli anarchii. Bardzo możliwe, że wwyniku tej kotłowaniny, wkrótce zrodzi się w mym pustym łbie cudowne uniwesrsumna skutek czego przejdę na czwarty stopień wtajemniczenia i poznam tajemnicębursztynowej komnaty co jest przedostatnim krokiem na drodze do wiecznejnirwany i jedności z kosmosem.
Niestety, na razie z tego całego wszechświata mam jeno czarną dziurę. Co prawdazawsze to lepsze od czerwonego karła (albo od małpy w czeronym, która ciaglegnębi pytaniami Jacka… albo Placka – nigdy nie mogę ich odróżnić).
No, skoro czarna dziura to musi być o temacie pokrewnym czyli o urzędnikach.Wybacz czytelnku, że dzisiaj zarzucę Cię serią banałów, znanych każdemu średniorozgarniętemu człowiekowi, ale i mnie czasem żyłka pęka i muszę się wyszumieć!A że nie mieszkam w Alabamie i nie mam przy sobie nielegalnej broni, to chywamza klawiaturę. Co prawda sławy tym nie zdobędę, ale ja tam sławy nie szukam.

Przejdźmy do rzeczy.

Trochę Cię czytelniku oszukałem pisząc o moim przekonaniu, że człowiek niepowinien być ograniczany wizami i pozwoleniami na pracę. Jest pewna grupaludzi, których ograniczałbym bez litości. Mianowicie urzędnicy.
Urzednicy to dla mnie odrebny gatunek czlowieka. Odrębny naród nawet! Jakwiadomo na naród składają się między innymi: wspólna kultura, język, religia,historia, pochodzenie oraz postrzeganie siebie jako odmienny naród. Oczywiścienie wszystkie te czynniki muszą współistnieć żeby daną grupę uznać za naród.Żeby Cię tu czytelniku nie zanudzać debatą o tym co stanowi naród a co nie, boto nie temat tego wrpisu, powiem tylko, że wg. mnie ‘naród urzędniczy’ posiadaco najmniej cztery z wyżej wymienionych czynników nardowotórczych (1. historiabiurokracji jest dłuższa niż każdego z obecnie istniejących państw i narodów;2. urzędnicy mają pewną wspólną kulturę postępowania wobec nie-urzędników ipostrzegają nas w pewien wspólny dla siebie sposób; 3. język urzędniczy jestspecyficzny i często niezrozumiały dla nie-urzędnika; 4. Religia – dlaurzędnika bogiem jest paragraf. Ksiądz powołuje się na Boga – urzednik naparagrafy).

Dla tego jednego jedynego narodu zrobiłbym wyjątek i nie tylko wprowadziłbymdla nich wizy wjazdowe (a w zasadzie zakaz wjazdu) i zakaz pracy, aledeportowałbym ich na księżyc lub na Marsa. Tam mogliby badać przepisowośćkraterów, sprawdzić czy ewentualna woda występuje tam zgodnie z prawem i czyspełnia wymogi sanitarne. Na księżycu nawet mogliby wlepić madat łazikowi,ktorego NASA tam nielegalnie zaparkowała. Wyobraź sobie, szanowny czytelniku,NASA wznawia program Apollo, Neil Armstrong Junior ląduje na księżycu,podchodzi do łazika a tam urzęnicy go cap! i ‘płać pan madat i zaległe odetkizgodnie z art. 4 paragraf 5 ustęp 7 podpunkt a) ustawy o ogólnych zasadachparkowania łazików na księżycu’.

Tak, człowiecze! Wobec paragrafu jesteś niczym. Nie tak dawno temu przeglądałemstare gazety, żeby sobie przypomnieć po co je trzymam (okazało się, że poprostu się nazbierało,bo jestem zbyt leniwy, żeby przejść dwa metry do kosza ije wywalić). W jednej z nich (Dziennik Polski) znalazłem artykuł o facecie,który stracił rękę w wypadku. Przyznano mu rętę, ale co roku musi przychodzićdo kontroli, żeby urzędnicy sprawdzili, czy mu przypadkiem nie odrosła.Oczywiście wszystko zgodnie z paragrafem. O tym, jak takie traktowanie jestponżające nikt nie pomyśli. Bóg – paragraf potrzebuje ofiary. Podobnych przypadkówjest wiele. Niemal codziennie można przeczytać o ludzkiej chorobie i wojnie zparagrafami. I to nie tylko w Polsce, oczywiście. Urzędnicy to naród, któryrozplenił się po całym świecie. Weźmy choćby przykład z Anglii – ostatnio,zanim poszedłem siusiu paciorek i spać, oglądałem reportaż o kobiecie, któramusi otrzymać jakiś lek, który jest tutaj nielegalny (czyt. nie zatwierdzonyprzez odpowieni urząd). Ma czas do października, potem może się żegać zeświatem. A co urzędnicy na to? Proces zatwierdzania leku, jeśli ten oczywiściebędzie pozytywnie rozpatrzony, powinien zakończyć się na początku przyszłegoroku a co do kobiety to i tak nie ma gwarancji że lek by jej pomógł.
No wyszedłem z nerw i nie mogłem zasnąć!

Urzędnicy to naród wybitnie usportowiony. Uwielbiają statystyki i rozgrywkimiędzyurzędowe. Problem w tym, że to właśnie taki petent jak ja czy ty, biednyczytelniku, jesteśmy narzędziem do poprawiania satystyk i zdobywania cennychpunktów. Jeśli urzędnika najdzie ochota na małą sportową rozgrywkę, zacznie nassobie odbijać między innymi urzędami, taki urzędniczy ping-pong albo nawet graw dziada (zależy ile urzędów partycypuje w rozgrywce). Problem w tym, że choćjestem miłośnikiem sportu, bo to zdrowe i dobre na spalanie sadła, nie bardzo uśmiechami się rola piłeczki. Szczególnie, że niektórzy potrafią nieźle przykopać.Ostatnio wybiórcza opisywała perypetie pewnego młodego Niemca z podwójnymobywatelstwem, który nie mógł sobie załatwić praktyk, bo nie był zameldowany,nie miał książeczki wojskowej i czegoś tam jeszcze. Chłopak ganiał jak głupi odurzedu do urzedu, aż w końcu skończył się termin i przepadły mu praktyki.Efektem ubocznym było zainteresowanie się wojska jego osobą i próby powołaniado służby czynnej (i kolejne latanie z zaświadczeniami, tym razem o odbyciusłużby zastępczej w Niemczech, czyli w zasadzie już nie walka o praktyki alepraktycznie o życie, bo wojsko może je poważnie skrzywić). Pomyślisz sobie,czytelniku, że to może tylko taka zemsta za nasze cierpienia w poprzenim wieku,może nawet za rozbiory czy dziadka w Wehrmachcie… ale ale! czy nigdy nieprzytrafiło Ci się gonić z papierkami, przynosić w zębach kolejnych zaświadczeńczy dokumentów? Mnie się zdarzyło nie raz, a jestem przecież czystej krwirasowym Polakiem z rodowodem i zadbaną sierścią, więc któż by się miał na mniemścić? Chyba jedynie ludzie zazdrośni o urodę 😛 

Urzędnicy, kapłani paragrafów, sami często odgrywają rolę bogów zakazując namuczciwego życia. Tworzą pajęczynę przepisów i łapią najczęściej bogu duchawinnych ludzi (‘prawo jest jak pajęczyna: bąk się przebije, a na muchę wina’).W moim rodzinnym mieście strasznie gnębią babcie, sprzedające ciuchy i inneszmatki pod Lot-em przy ul Basztowej. Nie ma dnia, żeby babcie nie byłyszykanowane przez straż miejską, jedną z wielu zbrojnych macek biurokratycznejośmiornicy. Babcie na szczęscie są twarde i dają odpór (zresztą za okupacji apotem za komuny były tak samo zwalczane, więc mają wprawę). Podobnie było zpewną gaździną w Zakopanem – handlowała oscypkami na krupówkach do czasu kiedynie dostała wezwania do odsiedzenia wyroku za madaty, które jej się nazbierały(bo oczywiście handlowała nielegalnie!). Wyszło na to, że kobita chcąca zarobićna życie uczciwą sprzedażą swoich wyrobów dostała perę miesięcy odsiadki apierwszy lepszy złodziej, czy huligan dostają wyroki w zawieszeniu (no chyba żemamy do czynienia z niską szkodliwością społeczną, wtedy nic a nic im niegrozi). Jeśli by to ode mnie zależało, to dałbym tej gaździenie i tym babciomorder za walke o wolność. Dałbym order każdemu, kto robi cokolwiek igdziekolwiek bez zgody i wbrew zakazom urzędowym. 

Bo czy czy człowiek musi mieć pozwolenie na handel? Czy musi mieć pozwolenie,żeby zasiać trawę na trawniku przed domem? Czy musi sie prosić urzędnika owycięcie drzewa na rosnącego na jego ziemii lub o pozwolenia na budowęewentualnie remont swojego domu? Widząc kto i za co jest szykanowany,wnioskuję, że urzednicy i ich zbrojne organy zostawiają w spokoju jedynieżebraków, bezdomnych i pijaków. Osoby przejawiące choć trochę inicjatywy, choćtrochę indywidualizmu i obrotności, bardzo irytują urzędnika. Bo tacy ludziewykraczają poza ramy paragrafów i nie mieszczą się w urzędniczym schemacie.Tacy ludzie to heretycy!

Urzędników najbardziej irytują wszelkie przejawy wolności iindywidualizmu. Dlatego w walce z tymi ‘przekleństwami’ wolnego świata zasypują nas zakazami i nakazami, zmuszając nas do koncentrowania naszejenergii na tym jak je zinterpretować, zastosować lub ominąć. Po takiej zabawiemamy już mniej czasu i sił, żeby zająć się pożyteczną pracą czy innymisposobami osiągania celów życiowych. Działania te mają oczywiście pokazać nam,jacy to urzędnicy są potrzebni. Każdy przepis jest logicznie wytłumaczony. Tenchroni nas przed oszustami, ten przed katastrofą budowlaną, tamten przednieuczciwą konkurencją a siamten przed nami samymi (dla urzędnika każdy jestpodejrzany). Wszystko dla naszego dobra i bezpieczeństwa. Tylko czy my chcemytakiego bezpieczeństwa? 

Jak powiedział ktoś mądrzejszy ode mnie – człowiek wolny nigdy nie jestbezpieczny, przecież najbezpieczniejsi są ludzie w więzieniu. 

Człowiek wolny nie potrzebuje urzędnika, żeby mu zezwalał na takie czy innezachowanie. Dlatego z wolnego kraju urzędnicy powinni zostać wydaleni, ichurzędy zburzone a ziemia, na której były zbudowane powinna zostać zaorana solą,żeby nic już na niej nie wyrosło.

Ufff. Ulżyło mi. Na koniec coś, co wyraża idealnie mojeodczucia wobec urzędników: Duran Duran – View to Kill http://www.youtube.com/watch?v=fsiBhQ60rJE 


PS. Acha, jeśli chciałbyś mi, szanowny czytelniku, zarzucić ignorancję, mówiąc,że urzędnicy tylko wykonują przepisy, ale ich nie ustalają – ja nie piszę ourzędnikach w rozumieniu ustawy o służbie cywilnej. Urzędnik to dla mnie każdysprawujący urząd. Tak więc chodzi mi tak samo o urząd prezydenta, premiera,ministra, dyrektora jak i o zwykłego urzędnika siedzącego w okienku w urzędzieskarbowym czy w ZUS-ie. Jako całość tworzą zorganizowaną grupę przestępcząmając swoich bossów i swoich siepaczy, ochroniarzy i zwykłych wyrobników.Wszyscy żerują na nas wbrew naszej woli.

 

Chińczyki w Afryce

Chińczycy to mądry naród. Wymyslili proch, który podsunęli Europejczykom, żeby ci się wystrzelali do ostatniej nogi, wymyślili makaron (mniam!), kompas, system dziesiętny i chomąto (które zakładam codziennie rano kiedy zaczynam pracę – niech ich piekło pochłonie!). Sun Tzu, Chinczyk, wymyślił sztukę wojny, którą biznesmeni na całym świecie wykorzysują do prowadzenia swoich firm. Chińczykom nie udał się jedynie Mao Tse Tung. Jedyne co wymyślił to czerwona książeczka Mao. Podejrzewany jest również o odkrycie muchy Tse Tse (Tung Tung), która miała siać malarię w kapitalistycznym świecie, a dotarła jedynie do Afryki.

Afryka z kolei to zalążek naszej cywilizacji. Stąd wyszedł pierwszy człowiek, to od tutejszego baobabu wizięła się nazwa mojego rodzinnego miasta – ‘Kraków’ (a nie od mitycznego Kraka – od niego wzięło się tylko krakanie. Jak ktoś nie wierzy to niech sięgnie po ‘W Pustyni i w Puszczy’). Wreszcie, to właśnie tutaj kosmici ukryli cztery elementy, które w połączeniu z piątym elementem ‘bala boom’ uratują wszechświat.

Siedząc dzisiaj w pracy i rozmyślając nad tymi ważnymi aspektami życia, moje zmęczone oko natrafiło na artykuł w FT, gdzie jak byk stało, że Chińczycy docierają tam, gdzie zachód się boi postawić stopę.

Mianowicie, Chińskie firmy inwestują na potęgę w Afryce. Polski czytelnik być może miał szansę dowiedzieć się o Chińczykach w Sudanie, przy okazji kampanii Polskiej Akcji Humanitarnej na rzecz ofiar w Darfurze. Możliwe jednak, że polskie media poruszyły jedynie polityczny wątek sprawy. Otóż nasi skośnoocy przyjaciele przejęli około 40% przemysłu naftowego w Sudanie i są największym inwestorem zagranicznym w tym kraju. Ach! gdyby żył mahdi z ‘W Pustyni i w Puszczy’ pewnie już nie męczyłby Stasia, żeby przeszedł na Islam, tylko lobbowałby za konfucjonizmem… ewentualnie kazałby się Stasiowi zapisać do Komunistycznej Partii Chin lub zatrudnić w China National Petroleum Corp. (CNPC – to właśnie ta firma inwestuje w Sudanie). CNPC zaiwestowało tam około 6 miliardów dolarów amerykańskich. Około 50-80% Sudańskiej ropy idzie do Chin (wohin?).

Kolejnym krajem, który ostatnio podpisał z Chińczykami lukratywny kontrakt, jest Demokratyczna Republika Kongo. W zamian za miedź i kobalt Azjaci zainwestują w Kongijską infrastrukturę. Mają wybudować ‘setki klinik, szpitali i szkół, dwie elektrownie wodne, 3300 kilometrów drógi,  i 3000 km torów kolejowych’. Kontrakt szacowany jest na okolo 9 miliardów dolarów.

W Angoli (w kraj w Afryce a nie w mieszkańców Angli) Chińczycy wstrzyknęli 4.4 miliarów zielonych – budują tam drogi, koleje, szkoły, tanie mieszkania. 30% produkcji wykonywane jest przez firmy lokalne. Angola płaci za inwestycje ropą.

Niedawno też Chińczyce zawarli umowę z Nigerią, w której dotychczas dominowały firmy takie jak Shell, ExxonMobil, czy Total. Skośne oko i tutaj zachłannie zerka na pola naftowe. Aby zaskarbić sobie sympatię nowowybranego prezydenta Chiny zaoferowały pożyczkę 2.5 miliarda dolarów oraz inwestycje w infrastrukturę w wysokości $50 miliardów przez następne trzy lata.

Spójrzmy teraz na zachodnią (w tym europejską) ofertę dla Afryki. Na szczycie G8 w 2005 najbogatsze podobno państwa zadeklarowały pomoc dla Afryki w wysokości $25 miliardów w okresie pięciu lat. Jednakże dotychczasowe kwoty wpłacane przez państwa G8 nie stanowią nawet połowy tego, co należy zapłacić, żeby spełnić powyższe deklaracje. Nasz genialny przewodniczący Komisji Europejskiej, sr. Barosso, wyraził obawę, że z powodu sytuacji gospodarczej, Zachód nie będzie w stanie spełnić swoich obiecanek cacanek. Jako prowizoryczne remedium zaproponował, żeby Wspólnota Europejska przeznaczyła $1miliard niewykorzystywanych dopłat rolniczych. Dzieki temu miliardowi w rozumie Barosso, farmer z trzeciego świata kupi se nawóz i ziarno.

Wszystko to szlachetne i szczytne, tylko za co? Za ‘Bóg zapłać’? Z moich i Twoich, czytelniku, pieniędzy. Ciekaw jestem komu ten farmer sprzeda swoje produkty, jeśli już mu wyrosną, skoro WE czy USA chronią swoje rynki rolne? No gdzie? Oczywiście do Chin (wohin?)!!! Albo do Indii (ponieważ skoncentrowałem sie na Chińczykach, nie napisałem, że w kwietniu Hindusi ogłosili otwarcie rynku (zniesienie ceł) dla około 34 krajów Afryki (i 16 innych krajów niedorozwiniętych).

Nasuwają mi się następujące wnioski:

1. Chińczyki trzymają się mocno – mają w cholerę kasy i przejmują prymat w Afryce.
2. WE nie jest tak potężna i bogata jak nam się powszechnie wmawia.
3. Afryce można jedynie pomóc dając jej wędkę a nie posyłając zepsute i nadgryzione ryby.

Od kilkudziesięciu lat Zachód ładował w Afryke niewyobrażalne pieniądze, ale nie chciał z nią handlować. Chińczycy dopiero niedawno się dorobili, wyciągnęli wnioski z historii stosunków Afryka – Zachód i nie zgrywają dobrej cioci, która da pieniążki za jeden uśmiech. Niektórzy krytykują Chiny za inwestycje w krajach, które łamią prawa człowieka, ale ja sobie myslę tak – natura (a biznes jest rzeczą naturalną) nie znosi próżni. Jeśli nie Chińczy, to ktoś inny połakomi się na bogactwa Afryki, i ktoś inny skorzysta. Państwo biedne i odizolowlane może sobie łamać prawa człowieka do woli, bo nie ma wiele do stracenia. Dopiero przy pewnym poziomie bogactwa państwo może zacząć się obawiać utraty tego, czego się dorobiło (to taki skrót myślowy, bo panśtwo naturalnie nie może się samo niczego dorobić, jako że państwo nie ma własnych pieniędzy). Oczywiście i tutaj jest ryzyko, że urzędnicy państwa będą chcieli zagarnąć wszystko dla siebie, ale jak mawiał David Hasselhoff w ‘Knight Riderze’ – kto nie ryzykuje ten nie jedzie. Dawanie kieszonkowego za nic, nigdy jeszcze nie przyniosło pozytywnych efektów. Płacenie za konkretną pracę już tak.

Tak na marginesie, pisząc ten tekst przyszła mi do głowy, jedna myśl – dlaczego myśmy się tak uparli, żeby to ‘Unia nam dawała’ i ‘Unia nam budowała’. Trzeba było skusić Chińczyków. Forsy mają jak lodu i chcą inwestować po drugiej stronie muru.

Na koniec, żeby Cię już, szanowny czytelniku, nie nudzić stosunkami Azji Tuchajbejowicza z Afryką, tradycyjny muzyczny kawałek – China in your hand:

http://www.youtube.com/watch?v=PSh6SQd8UrI 

PS. Ponieważ wyjeżdżam na krótki urlopik, a we wtorek mam rozmówkę kwalifikacyjną w pewnej korporacji (która siedzi w biurowcu i korporacjonuje) prawdopodobnie będziesz sobie mógł czytelniku odpocząć do środy od moich wypocin.