Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. I

Weekend – odpoczywamy od polityki i problemów dnia powszedniego.

Dzisiaj postanowiłem zabrać Cię, szanowny czytelniku w podróż po Kolumbii, kraju, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Muszę Cię jednak ostrzec, że nie prowadzę szczgólowych zapisków (ani nieszczególowych) z moich podróży, nie pamiętam wielu nazw miejscowości, które odwiedzałem, a niektóre pamiętam tylko z brzmienia, więc mogę zmasakrować ich pisownię. Jeśli więc jesteś pedantem, i musisz wiedzieć wszystko ze szczegółami (np. na jakiej szerokości geograficznej ugryzł mnie komar, o której godzinie spanikowałem, że umrę na malarię, czy poinformował Cię kto jest burmistrzem Villavincencio) to lepiej nie czytaj dalej. Ja się wolę skupić na moich odczuciach, obserwacjach i przemyśleniach. Zapewne też nie uda mi się wszystkiego opisać za jednym zamachem, więc rozłożę moją opowieść na kilka odcinków, które pojawiać się będą w ramach odpoczynku od polityki.

A zaczęło się tak…

Początki mojej fascynacji Nowym Światem datowane są na początek lat 90-tych, kiedy to dostaliśmy od rodziców Amigę!!! To własnie z gier komputerowych czerpałem moją wiedzę o świecie. Kiedy np. grałem w North & South starałem się dowiedzieć czegoś więcej o tej wojnie (w latach późniejszych zagrywając w Gettysburg starałem się powielać taktyki z prawdziwej bitwy, czytałem różne książki związane z tematem itd. itp.). Pewnego razu w moje ręce wpadła gra Pirates! (a potem Pirates! Gold). Och! Co to była za gra! Pływałem statkiem po Karaibach, zbierając załogę dzielnych zawadiaków, atakowałem statki tych zdradzieckich Hiszpanów, Holendrów a przede wszystkiem Francuzów (pewnie dlatego Sarkozy teraz tak mi działa na nerwy! Mści się za Pirates!). Nie ma osady na Karaibach, której bym nie złupił! Nie straszne mi były forty Cartageny czy Panamy, działa Caracas czy karczmy Tortugi. Jestem pewnien że do dziś tamtejsi starcy opowiadają przerażające historie o strasznym kapitanie Anarchu i jego załodze, a córka gubernatora Campeche do dziś wypatruje białych żagli na horyzoncie.
Czarna Perła i kapitan Jack to przedszolaki w porównaniu ze mną. I to ja usiekłem Davy’ego Jonesa a nie jakiś smark, który mi do pięt nie dorasta!

Nadszedł niestestety ten dzień, w którym musiałem rozstać się z karierą korsarza i pójść po naukę, zdać maturę i zająć się innymi błachymi sprawami (bez których jednak nie mógłbym finansować moich przyszłych wypraw). Ale poprzysięgłem sobie, że jeszcze kiedyś wrócę na Karaiby. Wrócę i się zemszczę (nie pamiętam za co ale na pewno musiałem mieć dobry powód). W miarę dorastania i poszerzania horyzontów, zdecydowałem, że nie będę się ograniczał tylko do basenu morza karaibskiego i rozszerzę moje plany na całą Amerykę Łacińską.

Nie miałem jeszcze wtedy skonkretyzowanego celu. Myślałem o Nikaragui, Panamie, Wenezueli czy Paragwaju.

Ceniąc swoją prywatność nie będę się tutaj wdawał w zbyt szczegółowe opisy więc w krótkim skrócie napiszę tylko że pewnego razu w pewnym sabaudzkim miasteczku ubzdryngoliłem się z pewnym góralem w, jak mi się wtedy wydawało, mieszkaniu, które wynajmował. Nagle zaskoczyło mnie wejście pewnej Szwedki i Kolumbijki do mieszkania i wyproszenie nas stamtąd. Kolega zachował się trochę jak świnia i musiałem go wyprowadzić. Szwedki, oczywiście nie było mi żal – ‘to za Potop!’ krzyknąłem na odchodne. Natomiast do Kolumbijczyków nigdy nie żywiłem negatywnych uczuć więc jąłem przepraszać Kolumbiję aż do skutki. A skutek był taki, że mam teraz rodzinę po obu stronach Atlantyku i to musi Ci, szanowny czytelniku wystarczyć.

Podróż

Tak się jakoś złożyło, że moja pierwsza podróż do Kolumbii, była za razem moją pierwszą za ocean i drugą samolotem (pierwszy w życiu lot długodystansowy). Na stronach internetowych pewnej firmy, która obecnie notowana jest na giełdzie papierów wartościowych w Warschau, znalazłem bilety po 2,400 złotych (nowych). Porównując z obecnymi cenami była to nie lada okazja. Lot miałem z Wiednia, duPa ryża, z Paryża do Caracas i z Caracas do Bogoty (były loty bezpośrednie Paryż – Bogota, ale ponieważ w ostatniej chwili zmieniłem datę wylotu, nie było już miejsc na lot bezpośredni).
Obecnie bilety do Kolumbii można kupić za około 3,500zł ale wszystko zależy od tego kiedy się leci i z jakim wyprzedzeniem się kupuje.
Lot do Paryża był krótki i w wiekszości przespany przeze mnie. Lot do Caracas był już troszkę dłuższy ale z racji nowego doświadczenia nie nudziłem się wcale. W każdym foteliku zamontowany był telewizorek na którym mogłem podziwiać położenie samolotu, słuchać muzyki, oglądać filmy czy wiadomości. Pan steward co chwilę pytał czy chcę się czegoś napić a ja nie odmawiałem.
Jeśli będziesz kiedyś, szanowny czytelniku, leciał Air Francem do Caracas, pójdź to trzeciej toalety po prawej. Napisałem tam ‘głupi KA-owiec… i Sarkozy też’ a poniżej ‘dziu ar e donki Mr Chavez’.
Około godz. 14.00 wylądowałem w Caracas. powróciły dawne wspomnienia z pirackich czasów. Na szczęście nikt mnie nie rozpoznał więc mogłem w spokoju podziwiać lotnisko. Miałem cztery godziny do nastepnego lotu i myślałem o wyjściu na miasto i szybkim tour po Caracas ale zostało mi to odradzone. Na odprawę musiałbym się stawić dwie godziny przed lotem więc nie miałbym zbyt dużo czasu. Wymieniłem więc parę dolarów na boliwary i poszedłem do kafejki. Zamówiłem piwko i tosty z serem. Kelner coś tam do mnie mówił a ja go nie mogłem zrozumieć. Na szczęscie przyniósł to co zamówiłem. Szczerze pisząc byłem trochę zdziwiony że kelner nie mówił po angielsku bo wyglądał dokładnie jak major domus z angielskiego serialu ‘Pan wzywał Milordzie?’. Był tylko troszku bardziej opalony – tak na granicy brązu i czerni. Inna ciekawa obserwacja – w kawiarni było pełno Niemców.
Tak więc siedziałem sobie w kafejce popijając piwko za piwkiem, jedząc tosta za tostem, powabne seniority próbowały mi co chwila sprzedać karty telefoniczne, kiedy zorientowałem się, że czas na mój odlot. Muszę się tutaj przyznać że w kafejce postanowiłem się trochę ubzdryngolić dla uspokojenia nerwów. Z Caracas do Bogoty leciałem Aviancą – linią kolumbijską, o której wcześniej nigdy nie słyszałem. Gdybym nie zasnął w samolocie, pewnie bym się przekonał, że nie było się czego obawiać.
Obudził mnie komunikat po hiszpańsku, którego nie zrozumiałem, ale wykoncypowałem, że skoro zapaliła się kontrolka ‘zapiąć pasy’ albo wpadniemy w turbulencje, albo podchodzimy do lądowania. Na szczęście była to ta druga opcja.
Mój pierszy przylot do Bogoty miał miejsce po zmroku. Kiedy wyjrzałem przez okno samolotu, zobaczyłem morze świateł. To dziewięciomilionowe miasto błyska w nocy jak choinka na święta. Samolot schodził coraz niżej i niżej, aż zagłebił się w tym morzu świateł (lotnisko el dorado w położone jest w środku Bogoty, w nocy się nie zorientowałem, dopiero podczas późniejszego lądowania w dzień omal nie zrobiłem w gacie, widząc budynki zaraz koło naszych skrzydeł).
I nagle łup! Samolot wylądował a ja poczułem że muszę do łazienki.

Kibel

Może to śmieszne, że akurat moje pierwsze nowe doświadczenie związane jest z tym temtem, ale nic na to nie poradzę. Przed wyjściem z lotniska i pokazaniem się Nowemu Światu, postanowiłem się trochę odświeżyć, a także odbyć dłuższe posiedzenie w kibelku. Tak więc wpadam do pomieszczenia oznaczonego stojącym caballero, otwieram drzwi pierwszej toalety – Cholera! zatkana!, wpadam do drugiej – Cholera! zatkana!… ‘Do trzech razy sztuka’ pomyślałem… CHOLERA! ZATKANA!!! ‘To jest kurna niepojęte’ oburzyłem się. No dobra, postanowiłem, że sytuacja nie jest jeszcze tak krytyczna, z posiedzeniem poczekam aż będę w domu. Odświeżyłem się, skorzystałem z pisuaru, i udałem się do inmigracion.  
O powitaniu i pierwszym przejeździe przez miasto opowiem innym razem, co ważne w temacie kibla jest to, że przybywszy do domu, pognałem do toalety… ‘Na rany Chrystusa!’ zakrzyknąłem niczym Kmicic! ‘Dlaczego mnie tak torturują!? Czyżby ten kibel też był zatkany?’. Nie, to nie możliwe. Cztery kible pod rząd nie mogą być zatkane. Nikt nie może mieć takiego pecha.
Na lotnisku za bardzo się nad tym nie zastanawiałem. Tym razem postanowiłem zaryzykować i dokładnie zlustrować sytuację. Gazeta wybiórcza za oceanem, może się nie dowie i nie skrytykuje. Ostrożnie spuściłem wodę, która w całości i bezproblemowo spłynęła wgłąb muszli. Good job! Ukontentowany usiadłem na desce klozetowej, kiedy, ku mojemu przerażeniu, kibel znów zaczął wypełniać się wodą do połowy i wyżej. Tak się zestresowałem, że po moim pierszym, traumatycznym razie, przez tydzień nie chodziłem na dłuższe posiedzenia
(powiniennem napisać o tym do Bravo!)… Choć  oprócz traumy pewnie miała też na to wpływ odmienna dieta (ale o jedzeniu porozmawiamy innym razem, nie w kiblu).
Jak się okazuje, wszystkie kible w Kolumbii wypełnione są do połowy
(albo do trzech-czwartych) muszli wodą. Jest to dosyć niewygodne, a dlaczego to chyba się, szanowny czytelniku, orientujesz. Tylko czekasz na to traumatyczne ‘plum’!
Inna sprawa, że papieru toaletowego nie wrzuca się, tak jak u nas, prosto do muszli. O nie! Trzeba było Anarcha jeszcze bardziej pognębić i sprawić że kilkakrotnie zatka kibel. Zużyty papier wrzuca się w Kolumbii do śmietniczka postawionego obok kilba. Wylot z muszli jest bardzo wąski i łatwo go zatkać. Oczywiście będąc prymitywem odruchowo wrzucałem wszystko do kibla z tragicznym skutkiem, przez co po jakichs dwóch tygodniach gosposia, zajmująca się domem, patrzyła na mnie jak na jakiegoś niedorozwoja, albo co gorsza, troglodytę, który nie wie jak używać toalety.
Tak więc przestrzegam Cię czytelniku, nie ignoruj tematu wypróżniania. W Nowym Świecie obowiązuje inna etykieta i jeśli nie chcesz przeżywać tych samych perypetii co ja, jeśli nie chcesz traumy i wrogich spojrzeń gosposi – pomnij me słowa – papier wywalamy do śmietniczka obok a najlepiej to leźć w krzaki!

I tym śmierdzącym morałem zakończę pierwszy cykl moich wspomnien z kraju, którego ludzie są na trzecim miejscu w rankingu najszczęśliwszych ludzi na świecie.

Y na koniec coś kolumbijskiego: 

http://youtube.com/watch?v=tVEIgQKe6C4

Advertisements

5 thoughts on “Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. I

  1. Musze leciec do pracy ,wroce za chwile,ale chce tylko jedno napisac-jedno nas laczy .Moja pierwsza podroz za ocean ,to tez byla do Kolumbii.Ale w moim przypadku byla to pierwsza podroz zagraniczna i pierwszy lot samolotem. To bylo dawno temu ,ale do Kolumbii nadal wracam .

    Like

  2. Nie mam glosnikow w pracy ,wiec nie moge sluchac twoich muzycznych i nie tylko, zalacznikow,ale w przyszlosci cos sobie zainstaluje,ewntualnie poslucham w domu.

    Like

    1. Juz mam glos.Moj sympatyczny kolega z pracy podlaczyl mi dyktafon i dzieki temu moge sluchac muzyki.Dzieki Twoim linkom do you tube moge wybierac sobie ta muzyke ,ktora lubie najbardziej.A co do muzyki to ambasada Kolumbii w Polsce zorganizowala swietna impreze z tancami w ogrodzie (gral zespol latynoski)z okazji Swieta Narodowego Kolumbii.Rewelacja.Potrawy typowo kolumbijskie. Tak swietnej imprezy zorganizowanej przez ambasade nie pamietam.

      Like

  3. Witam cieplo:Dopiero dzisiaj zdolalam sobie troche poczytac o Twojej Kolumbii. Gratuluje… Twoje spostrzezenia sa swietne, doskonale redagowane i zgadzam sie ze wszystkim, co piszesz… Bede czytala dalej…Pozdrawiam z Bogoty i dziekuje za linka.

    Like

    1. Dziękuję, cieszę się, że na razie nic nie pokręciłem i zapraszam do czytania w przyszłości 🙂 Twoje opinie, jako eksperta, są dla mnie bardzo ważne.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s