Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. II

Weekend! Nareszcie! Po powrocie z Francji nie mogłem odespać więc oczekiwałem piątkowego popołudnia jak zbawienia. Mój nowy bożek – Opój pomagał mi zabić czas. Właśnie składam mu trybut, sakramentami zakupionymi we Francji. Jeśli kiedyś będziesz, szanowny czytelniku, w okolicach Vendome (lub w pobliskich – Tours, Blois, Chambord), wybierz się do Thoré La Rochette, i odwiedź wniarnię Patrice Colin. Jest to niewielka winiarnia, której produktów nie znajdziesz w sklepach czy nawet hipermegamarketach. Należy ona do pewnego małżeństwa (pewnie rodzina Colin, ale aż tak bardzo w to nie wnikaliśmy). Mają tam wina o bardzo ciekawym smaku (przynajmniej mi bardzo smakują). Możesz się z nimi umówić na darmową degustację, i zwiedzić jaskinie, w których leżakuje ten niebiański trunek. W jaskiniach tych tysiące lat temu mieszkali troglodyci mojego pokroju. W okolicy są też inne winiarnie, ale my akurat zwiedziliśmy tą i zakupiliśmy duże ilości winka za relatywnie niską cenę (taniej niż jakikolwiek cienkusz podłej jakości sprzedawany na wyspach brytyjskich). Hail Opój! (proszę nie mylić z niemieckim Heil – jeszcze by tego brakowało, żeby mnie jakaś gazeta oskarżyła o gloryfikację zakazanych idelologii).

A teraz wróćmy do Kolumbii.

Jak już wiesz, szanowny czytelniku, moje pierwsze spotkania III stopnia z kolumbijskim kiblem spowodowało u mnie traumę. Zanim jendak do tego doszło, zanim dostałem się do domu i na moje zatracenie wszedłem po raz czwarty tego dnia do łazienki, trza było powitać nowy świat. 

Powitanie
Ustawiłem się w kolejce do inmiracion (kontrola paszportowa). Jakoś tak się złożyło, że kiedy przyszła moja kolej, przesłuchiwała mnie atrakcyjna latynoska pani ofier, co złagodziło moje obyczaje (nie lubię być kontrolowany a już przesłuchań nienawidzę). Pani oficer zresztą nie za bardzo mówiła po angielsku a mój hiszpański ograniczał się do francuskich słów wypowiadanych z hiszpańskim akcentem… Dobrze, że nie uznano mnie za wariata, bo jeszcze by mnie odprawili z kwitkiem (na Kwaśniewskiego?… O nie! odpoczywamy dzisiaj od polityki!). Druga kolumbijka, jaką w moim życiu poznałem, wsadziła mój paszport do jakiejś maszynki podłączonej do komputerka, która wydrukowała oficjalne potwierdzenie mojego przybycia na teren kraju. Jeszcze tylko odebrac bagaż, nacisnąć przycisk przy wyjściu z lotniska (jak po naciśnięciu zapali się czerwone światełko – kontrolują bagaż, jak zielone – I am free to go), i witaj Bogoto!
Poniważ przyleciałem wieczorem, na polu było dosyć chłodno. Myślałem, że w kraju leżącym między równikiem a zwrotkiniem będzie gorąco, ale jednak wysokość 2,600 metrów, na jakiej leży Bogota, robi swoje. Było około 10 stopni. Dobrze, że moja (jeszcze wtedy) dziewczyna ostrzegła mnie, żebym wziął ze sobą coś ciepłego.
Cmok cmok! Po ceremonii powitalnej udaliśmy się do domu. Po drodze przez okno samochodu podziwiałem miasto.

Bogota
Stolica Kolumbii ma około 9 milionów mieszkańców (oficjalnie 8,244,980). Ponieważ nigdy wcześniej nie byłem w tak wielkiej metropolii wyobrażałem sobie straszne rzeczy! Naprawdę straszne rzeczy! (a koziołek tylko beczy)
Latynoskie kraje nie uchodzą za zbyt bezpieczne. Kolumbijskie miasto tej wielkości malowało mi się jako sodoma i gomora XXI wieku. Bród, smród, ubóstwo i agenci markistowkiej partyzantki, czychającej tylko na to, żeby porwać białego gringo! Nawet jeśli doniesienia prasowe podzieliłem sobie przez trzy, nadal wyobrażałem sobie Bogotę jako brudne i niebezpieczne miasto (przecież swego czasu była najniebezpieczniejszym miastem na świecie!).
To co zobaczyłem pozytywnie mnie zaskoczyło. Miasto nie okazało się tak brudne jak myślałem (może nawet czystsze od niektórych polskich miast i miasteczek), ulice szerokie, ludzie na pierwszy rzut oka przyjaźni.
Moje pierwsze wrażenie miało miejsce wieczorem, następnego dnia przyszedł czas na weryfikację. Jak każde miasto Bogota wygląda piękniej po zmroku (a najpiękniej po zmroku w okrasie świątecznym kiedy jest pięknie udekorowana – kiczowato, ale ja lubię kicz).
Stolica Kolumbii jest istną mieszanką stylów. Wysokie apartamentowce na północy, pomiędzy którymi powtykane są małe kwadratowe sklepiki, warsztaty, mieszkania, czy duże centra handlowe. Sklepiki, warsztaciki, domki, należące do ludzi biedniejszych i drobnych rzemieślników powciskane są wszędzie gdzie się da. Bez ładu ni składu. Bardzo mi się to podoba – wolę niczym nieskrępowany żywioł ludzki od uregulowanych i nudnych miast jakie do tej pory widziałem. Ponieważ każdy chce zarobić, te budyneczki poobwieszane są rekalmami, czasem na ich ścianach ludzie maziają farbą informacje, że tu czy tam można zjeść czy naprawić samochód. Nie wiem jakie są regulacje w Kolumbii, ale od lat nic się w tej kwestii nie zmiania, więc, Swarożycowi nich będą dzięki, wygląda na to, że żaden urzędnik się nie czepia, i żadna gazeta się nie oburza na ‘obrzydliwe elewacje i nielegalne reklamy’. Chcesz mieć różowy domek, jedyne co musisz zrobić to kupić se różową farbę i go wymalować.

Wszystko to pobudowane wzdłuż szerokich ulic – główne aterie miejskie mają po ok. cztery pasy w obie strony. Na ulicach ruch jak w mrowisku. Samochodów tyle, że nad miastem unosi się chmurka smogu. Ulice pełne są samochodów, których nigdy wcześniej nie widziałem. Stare Dodge (często rozklekotane), wielkie amerykańskie Fordy (często rozklekotane), kolorowe busiki (często rozklekotane) przeróżnych kaształtów, masywne amerykańskie ciężarówki (często rozklekotane, obładowane tak, że pod górkę wleką się 20km na godzinę, co zmusza kolumbijczyków do niebezpiecznego masowego wyprzedzania na podwójnej ciągłej – wyprzedzanie na trzeciego niebezpieczne? Tutaj to normalka, podobnie jak z wyprzedzaniam na czwartego, piątego czy szóstego). Widziałem też duże ilości Fiatów 125p (rozklekotanych). Do tej pory zachodzę w głowę skąd one się tu wzięły. Na drogach, tak jak w budownictwie, panuje wolna amerykanka. Owszem są światła i są znaki, ale kto by tam zwracał uwagę na takie rzeczy. Jeszcze na światła jako tako patrzą (ale w nocy na pustym skrzyżowaniu, nikt nie będzie stał jak głupi czekając na zielone… no chyba, że policja czycha gdzieś w pobliżu). Na kolumbijskich drogach liczy się rozmiar. Ludzie nie kupują sobie dużych samochodów, żeby zrekompensować sobie małość czegoś innego (zgodnie z jakimiś niezrozumiałymi dla mnie freduowskimi teoriami). Tutaj poprostu oznacza to więcej praw na drodze. Duży samochód co prawda więcej pali, ale Kolumbijczycy mają to szczęście, że rząd nie nakłada podatków na paliwo (lub nakłada niewysokie podatki), w związku z czym cena benzyny jest porównywalna do tej w USA.
Muszę się przyznać, że kolumbijski styl jazdy bardzo mi odpowiadał. Jeździłem wprawdzie starą renówką clio, czyli nie miałem zbyt wielu praw na drodze, ale nie musiałem się oglądać na znaki czy przepisy, a jedynie na innych użytkowników drogi. Mijając większe samochody trąbiłem im klaksonem, żeby wiedzieli, gdzie jestem, i nie robili niczego co mogłyby się źle dla mnie skończyć.
Nie musia
łem też się zastanawiać, kto w danej chwili ma pierwszeństwo – kto się wryje ten ma, kto się nie wryje ten nie ma, proste jak drut kolczasty. Jazda nie jest tutaj żadną filozofią i wymaga jedynie znajomości podstaw, dlatego nie ważne, czy ktoś sobie kupił prawko, czy zdał egzamin – jeździć będą tak samo.  

Miasto rozciąga się z północy (bogatsza) na południe (biedniejsza). Centrum uchodzi za niebezpieczne, ale nic mi się tam jeszcze nie stało. Od wschodu nad miastem górują Andy (co jest dobrym punktem orientacyjnym, jeśli się kiedykolwiek zgubisz, szanowny czytelniku). Co ciekawe, te trzytysięczniki pokryte są zielenią. To co u nas byłoby pokryte skałami i lodowcem, tam pokryte jest bujną roślinnością. Ciekawy widok.

Jak w każdym kolumbijskim mieście i masteczku, bogotański Rynek Główny, nazywa się ‘Plaza de Bolivar’. Chcąc dojechać do centrum, w jakimkolwiek mieście, wystarczy kierować się na Plac Bolivara. W centrum Bogoty mieści się dzielnica biznesowa, dzielnica historyczna (La Candelaria), dzielnica rządowa, dzielnica mieszkalna. Do niedawna po sąsiedzku z panem prazydentem mieszkała biedota, co zwiększało statystyki przestępczości. Obecnie dzielnica biedoty przekształcona została w park.
Plac Boliwara otoczony jest budynkami kongresu, ratusza miejskiego, sądu najwyższego, katedrą i jakimiś innymi budynkami, których przeznaczenia nie znam. Na rogu (między katedą a sądem najwyższym) stoi, zbudowany ponoć w araskim stylu, Casa del Florero (dom wazy), z którego spadła waza co rozpoczęło rewolucję 1810, która zakończyła się zdobyciem niepodlełości.

W centrum Bogoty warto odwiedzić katedrę, zobaczyć z zewnątrz Casa de Nariño, czyli dom prezydenta, przejść się do teatru Kolumba, zobaczyć muzeum złota, wejść sobie na dziedziniec uniwerystetu Rosario (z 1653 roku), pochodzić po la Candelaria, czy też zwiedzić Quinta de Bolivar, która została zbudowana dla wyzwoliciela, ale w której nie dane mu było za długo pomieszkać.

Na tym zakończę dziejszą opowieść bom strudzon niezmiernie a tu trzeba wyjść nacieszyć się łikendem, zrobić zakupy, i rozpocząć obrzędy religijne. Za tydzień kontunuacja opowieści o Bogocie i Kolumbii.

Udanego wypoczynku!

Na koniec salsa colombiana: http://www.youtube.com/watch?v=uUCVdLPkypM&feature=related

Advertisements

2 thoughts on “Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. II

  1. Ja nie przepadam za lotniskiem w Bogocie.Kantor wymiany(oplaty lotniskowe) jest na zewnatrz hali odlotow i tam najczesciej obrabiaja ludzi.Bo w kasie zwykle nie maja wydac z np.100 dolarow,wiec trzeba isc rozmienic.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s