Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. III

Weekend! Nareszcie! Z upragnieniem go oczekiwałem. Tydzień był męczący. Dobrzy ludzie odchodzili z pracy więc po robocie chodziliiśmy do świątyni Opoja, żeby wypić za błędy i za przyszłość. Nie pamiętam jak trafiałem wieczorami do domu, ale żona musiała mnie witać wałkiem co musiało stać za moimi porannymi bólami głowy.
Wczoraj natmiast poszliśmy w odwiedziny do naszej gruzińskiej przyjaciółki i z wiadomych przyczyn ubzdryngoliliśmy się do potęgi czwartej.

Weekend! Niech na całym świecie wojna – dzisiaj moja myśl spokojna! Wróćmy więc do Bogoty…

Ostatnim razem pisałem o tym, co warto zwiedzić w centrum. Ponieważ nie jestem przewodnikiem naszynal dżeografik nie wiem co widziałem w muzeach, i czemu mi się to podobało (jedynie muzeum złota stanowi wyjatek – wiem, że widziałem tam złoto i że muszę tam kiedyś wrócić z większym plecakiem i czymś do cięcia szkła). Takie szczegóły znajdziesz, szanowny czytelniku, w byle przewodniku czy na wikipedii, więc nie będę się w nie zagłębiał…

W centrum znajduje się arena, gdzie urządza się zawody corridy. Sezon zaczynał się za parę miesięcy. W kasach pustki, brama zamknięta na kłódkę, ale jako turysta upierdliwy, postanowiłem, że wejdę do środka. Zaczęlismy się dobijać. Po chwili furtka obok bramy uchiliła się i ujrzeliśmy twarz zaniepokojonego stróża,  który powiedział nam że zamknięte, i żeby przyjść jak się zacznie sezon. Żona (znaczy się wtedy jeszcze dziewczyna a nie żona) odpowiedziała mu, że będzie to trudne zważywszy, że wyjeżdżam za miesiąc a sezon zaczyna się za trzy czy cztery. Pan cieć popatrzył na mnie, uśmiechnął się i powiedział ‘aaaa, extranjero!’, po czym zaprosił nas do środka. Kolumbijczycy są bardzo przyjaźni dla ‘extranjeros’ (cudzoziemców), przekonałem się o tym w wielu późniejszych przypadkach. Oczywiście jako gringo uchodziłem za człowieka przy kasie. Pewnie dlatego cieszyłem się wiekszą ilością praw niż przeciętny Kolumbijczyk. ‘Zamknięte!’ słyszę, ‘ale ja extranjero!’ krzyczę, ‘a proszę proszę’ pada odpowiedź.
Tak więc strażnik oprowadził nas po obiekcie, pokazał nam arenę, pozwolił zrobić sobie sesje zdjęciową (niestety nie miałem jeszcze wtedy aparatu cyfrowego a wszystkie fotki zostawiłem w Polsce, więc nie mam ich jak zamieścić), opowiedział o największym kolumbijskiem torreadorze w historii, którego pomnik stoi przed wejściem na arenę, oraz oprowadził po miejscach niedostępnych dla gawiedzi. Muszę teraz przyznać, że nie byłem wtedy zbyt rozgarniętym turystą. Może dlatego, że byłem biednym studentem nie skapowałem się, że przyzwoitość nakazuje zapłaćić panu stróżowi za jego uprzejmość. W sumie mógł nam powiedzieć ‘won’ i nas nie wpuszczać. Jeśli kiedyś będzisz w Bogocie, szanowny czytelniku, dałbyś mu napiwek w moim imieniu? Bardzo byłbym Ci dźwięczny.

Jak wspominałem nad miastem górują Andy. Na jednym ze szczytów, Monserrate, na wysokości 3100 metrów nad poziomem morza Bałtyckiego, znajduje się kościół, miejsce pielgrzymek religijnych Kolumbijczyków i atrakcja turystyczna dla niereligijnych heretyków mojego pokroju. Kościół jak kościół, natomiast na jego tyłach stoją stragany, na których można znaleźć dewocjonalia, kapelusze, bukłaki na gorzałę (czy aguardiente – najpopularniejszy trunek wyskokowy w Kolumbii, straszny zalzajer, który opiszę kiedy indziej), kukurydzę z grilla, pan de juka, arepy (i pan de juka i arepy opiszę dokładniej w przyszłości, bo są to pyszności, które zasługują na poświęcenie im dłuższego czasu), słodycze, wisiorki i czego jeszcze ukontentowana pobytem w kościele dusza może zapragnąć. Piekny jarmark, bez żadnych ustandaryzowanych stoisk, niespełniający podstawowych warunków sanitarnych. Widziały gały co brały – jak się strujesz to na swoją odpowiedzialność. Pyszne żarło i jeszcze nigdy mi nie zaszkodziło(a żołądek mam wrażliwy – np. angielskie jedzenie przetwarza z trudem, burcząc i prychając z oburzeniem). Z Monserrate wiąże się pewna legenda, którą opowiedzieli mi dziadkowie żony – otóż kiedy wybierze się tam zakochana para, kochankowie padną ofiarami fatum, które sprawi że w krótkim czasie albo się pobiorą albo rozstaną. Ponieważ szczęśliwym trafem przypadłem dziadkom do gustu, a wiedzieli, że wracam co najlmniej na rok do Polski, więc prawdopodobieństwo ożenku w krótkim czasie było wątpliwe – zakazali mi wspólnej wyprawy z żoną. Pojechałem tam tylko z nimi. Muszę przyznać, że jest to jeden z niewielu zakazów, z którymi zgodziłem się bez szemrania, i który do dziś uważam za słuszny.
Ze szczytu rozpościera się piękny widok na Bogotę. Usiadłem więc na murku, pstryknąłem zdjęcie i zamyśliłem się nad tym co do tej pory zobaczyłem.

Dziewięciomilionowe miasto, z czego wg. planu zbudowano chyba jedynie stare miasto i ulice (choć nie jestem pewnien co do wszystkich ulic). Cała reszta to idealny przykład wolnej amerykanki. Ta wolność sprawiła, że miasto tętni życiem, może nie jest piękne, ale na pewno jest ciekawe, ruchliwe, żywe i wesołe. W Polsce kazaliby rozebrać 3/4 miasta jako samowolkę budowlaną. Po ulicach, które mają dziury większe od kraterów na księżycu (wpadaniesz w taką dziurę w Bogocie a wypadasz w Chinach), jeżdżą samochody, które u nas nie zostałyby przyjęte nawet na złom.
A to co mi się najbardziej podoba, to to, że ludzie biedni nie są zwalczani przez straż miejską i zaangażowanych dziennikarzy. Babcie i dziadki handlują na prowizorycznych ulicznych ‘straganach’ (czyli na folii rozłożnej na chodniku), sprzedawcy owoców, elektroniki, zabawek, kabli, kart telefonicznych, kursują między samochodami stojącymi na światłach i starają się sprzedać co kto ma. Kiedyś wracaliśmy z jakiejś imprezki i postanowiliśmy dokupić trochę wody ognistej na potrzeby domowego ‘after party’. Zaparkowaliśmy nielegalnie przy chodniku, podszedł do nas dżentelmen, spytał się czego sobie życzymy, zrobiliśmy sciepę, żona dała mu pieniądze a on uciekł! Chwyciłem za słownik polsko-hiszpański, wertując kartki w poszukiwaniu słów ‘łapaj’ i ‘złodzieja’, miałem już wyskoczyć z samochodu, i rozpocząć pościg, kiedy żona uspokajająco powiedziała, że dżentelmen zaraz wróci. I wrócił! Ze wszystkim co zamówiliśmy. Wielu biednych ludzi tak zarabia. Kiedy, szanowny czytelniku, nie chcesz szukać parkingu (i płacić za niego) zatrzymaj się, złóż zamówienie daj kasę, i czekaj. Możesz sobie krążyć po okolicy dopóki Twoje zakupy nie zostaną zrealizowane i wraz z pośrednikiem nie znajdą się w umówionym miejcu. I nie kradną, bo po co ? Ukraść można raz i trzeba zmienić miejsce, a bez kradzieży można uczciwie obsłużyć dziesiątki klientów?

Wiem, wiem! Odpoczywamy od polityki ale nie mogę się powstrzymać od tego komentarza – dla polskiego urzędnika i zaangażowanego dziennikarza wybiórczej to prawdziwe piekło… Jak to tak można bez regulacji? Bez zezwoleń? Bez rejestracji działalności i czerpania niepodatkowanych zysków? Jak można zamieniać miasto w ‘azjatycki jarmark’? To straszne!
Ale miasto jest dla ludzi. Dla biednego człowieka jest to o wiele lepsze i godne rozwiązanie od żebractwa czy kradzieży. Z moich obserwacji wywnioskowałem, że w Bogocie (i w innych odwiedzanych przeze mnie miejscach) jest znacznie więcej nachalnych handlarzy, ale znacznie mniej żebraków niż w cztery razy mniejszej Warsiawie czy dziesięć razy mniejszym Krakowie. Ale u nas na handel trzeba mieć zezwolenie a żebractwo go nie wymaga. Takie to refleksje naszły mnie kiedy siedzia
łem na murku u stóp domu bożego 3100 metrów bliżej nieba.

I na tym zakończę dzisiejsze opowiadanie.

Tu ktoś se nagrał jak jechał przez centrum Bogoty: http://www.youtube.com/watch?v=Bjq6n09_slU

A tu tradycyjnie muzyczka na koniec: 
http://www.youtube.com/watch?v=-U3r5XR6s_o&feature=related

Advertisements

9 thoughts on “Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. III

  1. Witaj Anarch, ty uważasz, że nic sie nie dzieje? A wojna w Gruzji? Licho wie, co z tego będzie!Tak czytam, co piszesz na koniec o handlu i żebractwie. Nie jest wyjściem z sytuacji nieopodatkowany handel, bo jeśli w jednej dziedzinie prawo zostanie podkopane, to zaczyna się pomału wszystko sypać. Natomiast istotnie podatki (a zwłaszcza ZUS) dla niskich dochodów są zbyt wysokie. Ale dla mnie jest to celowe, żeby utrzymywać bezrobocie. Bo gdyby każdy mógł latwo prowadzić jakaś działalnośc jako alternatywę pracy dla wyzyskiwaczy, to ci musieliby placić godziwe zarobki, a chodzi o to, zeby z nas zrobić niewolników, najtańsza siłę roboczą.Pozdrawiam i zapraszam do mnie na blog. Pojawiles się dopiero raz.Strasznie nie lubie haseł antyspamowych, wiesz jak to utrudnia dodawanie komentarzy? Ja natychmiast takie hasło zdjęłam.

    Like

    1. Witam. Rosja i Gruzja sprytnie to wymyśliły rozpoczynając wojnę kiedy ja odpoczywam od polityki. Zresztą ja nic nie wiem ani o Rosji ani o Gruzji, więc nie będę się wymądrzał na tematy o których wiem, że nic nie wiem.Jeśli chodzi i o podatki i żebractwo. Żona poinformowała mnie, że niestety ale ostatnio burmistrz i urzędnicy miejscy zaczęli walkę z handlarzami. Szkoda. Uważam jednak że głupie prawo można łamać i cieszy mnie, że ludzie dają sobie radę w walce z własnym państwem. Dzisiaj weekend stronię od polityki – taka moja wewnętrzna zasada. Nie mogę jej złamać tak więc na tym zakończę ten wątek. Nie wiem, czy doświadczasz tych samych problemów co ja. Niektórych funkcji nie mogę zmienić. Tzn. np. wstanwienie linków do polecanych blogów czy zmiana kolorów w niektórych ramkach jest udręką i muszę kombinować. Filtry antyspamowe spróbuję wyłączyć. Zobaczymy czy zadziała.Pozdrawiam i udanego weekendu życzę.

      Like

      1. Witaj Anarchu, no widżę, ze już zlikwidowąleś hasło antyspamowe. super. Nie martw się jak ja zaczynałam blog, to tak sobie głupio zrobiłam linki, że mialam potem problem z dodawaniem. Ostatnio zrobiłam porządki. Jak sobie po zalogowaniu klikniesz w ustawienia, to masz tam po prawej cala mase opcji, które możesz dodac na blogu. Masz tam możliwość dodac sobie trzy rodzaje linków I w każdej grupie linków masz jeszcze podgrupy (też się o tym zorirntowałam później). Tak więc w tych głównych linkach, możesz kliknąć na dole nowa grupa i będziesz mógł dodawać nowy rodzaj linków z nowym tytułem. Jak skasujesz całkowicie tytuł, to i linki znikają. Jak napisałam niejasno, to zapytaj, chetnie ci pomogę, bo sama to przerabiałam, dopiero całkiem niedawno sobie uwolniłam linki 2 i 3 do wykorzystania inaczej. Teraz u mnie ten cały ciąg grup linków linków po lewej jest na linkach głównychPozdrawiam

        Like

      2. Moj problem polega na tym, ze dokonuje zmian, zmiany zapisuja sie i tak juz zostaja w ustawieniach (tzn. jak wchodze na ramki, kolor tematow czy linkow mam inny) ale w rzeczywistosci pozostaja takie jakie sa. Na szczescie nie jest tak zle, przyzywczailem sie do nich i juz mi sie podobaja.Z linkami musze kombinowac, bo jak dodaje nowa kategorie, to nie moge zapisac dodawanych linkow. Tzn. zapisuja sie ale nie pojawiaja sie na stronie. Ale juz to wykombinowalem (kopiujac stare i zmieniajac ich adres i nazwe – dziwne ale dziala).Pozdr.

        Like

      3. Wszystko, co dodajesz, czy na ogólnej stronie ustawień, czy potem w poszczególnych ramkach, musisz na dole zaakceptować OK. Inaczej rzeczywiście nic ci się nie doda. Też o tym zdarza mi się zapomnieć i robota na próżno. Początkowo mój problem polegał na ty, że sobie juz ładnie poustawiałam na blogu, apotem niechcący klikałam: przywróć schemat domyślny, i wszystko w maliny, tylko siąść i płakać. Trzeba tez uważać na zmiany wielkości czcionek itp. gdyż niekiedy jest opcja zmiany na całym blogu i precyzyjnie dopracowane wielkości też idą się bujać. Tak więc już mam doświadczenie, ze wszystkiemu trzeba się dwa razy przyjrzeć, zanim się zaakceptuje.Czego żałuję ze nie zrobiłam na początku,to kategorie, a to by mi się przydało.Zauwazyłeś też, że na głównej stronie ustawień tam po lewej, gdzie są ramki, to można je przesuwać, klikając te kwadraciki pod nimi. Zawsze po zrobieniu czegoś w ustawieniach trzeba kliknąć OK na dole.Ja osobiście nie przepadam za czarnymi blogami, bo mi się źle czyta, ale inni z kolei mówią, że dla ich oczu to jest lepsze. W każdym razie u ciebie jest niby ładna czcionka, ale na tym czarnym tle źle się ją czyta.

        Like

      4. Of kors! Ja wszystko akceptuję. Może mam jakiegoś robaka w przeglądarce, bo we wzorze (pokazuje mi jak wygląda blog) wszystkie zmiany od początku widnieją a w rzeczywistości wygląda to inaczej. Ale nic to, bo i tak akceptuję obecny wygląd. Dziś już późnoe ale jutro, jak nie zapomnę bo mam wiele na głowie (m.in szukanie nowej roboty), dodam sobie Twój link do polecanych blogów. A na razie polecam nowy tekst o wojnie, którą sponsoruję wbrew woli.

        Like

      5. Chyba cos jest w tej opowiastce o Montserrate,bo ja tam bylam z mezem kolezanki ,a nie wlasnym i do tej pory zarowno oni jak i my jestesmy nadal szczesliwymi malzenstwami.A co do aguardiente-ja tez nie cierpie anyzku,ale,ale..Moja tesciowa w trakcie karnawalu w Barranquilli uraczyla nas aguardiente prosto z zamrazarki (az gesta)i do tego pol na pol wyciskany swiezy sok z limonki.Robi sie to biale ,ale smakuje swietnie i anyzku nie czuje sie wcale.A jaka ma czlowiek potem chec do zabawy.Nie wiem czy byles kiedys na karnawale w B.,ale dzien sie konczy zwykle laniem wody z torebek na wszystkich i obsypywaniem maka kukurydziana.Wiec nie nalezy zdecydowanie ubierac sie wyjsciowo..

        Like

      6. Czesc!W Baranquilli jeszcze nie bylem. Natomiast w Kanadzie, jak nam wysiadl prad i bylo zimno (na polu bylo z -30, na szczescie prad wysiadl na kilka godzin) zona zmieszlala aguardiente z panela i podgrzala. W tekiej postaci moge pic aguardiente. Ciepluska i slodziuska.

        Like

      7. Tak jeszcze nie pilam aguardiente.Ale w upal polecam moja wersje ,jak juz nic innego do picia pod reka nie bedzie.A rum najbardziej lubie w postaci -Cuba libre,czyli z cola lodem i limonka.Piwa kolumbijskie smakowaly mi wszystki bez wyjatku,moze costenita trocha z aslaba sie wydawala(i buteleczki malutkie),ale aguila i club colombia-bez zarzutu.

        Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s