Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. IV

Ach! Weekend! Chleb i Igrzyska. Kiedy to piszę mamy już cztery medale. Jeden złoty, dwa srebrne i jeden brązowy. Dwa medale zdobyte przez kraj przodków i dwa przez kraj tyłków (które będą mieć podwójne obywatelstwo).

A skoro weekend to pora kontynuować moje nudne opowieści.

Wciąż jesteśmy w Bogocie…
Monserrate jest idealnym punktem widokowym, ale nie jedynym. Z okna naszego mieszkania mamy widok na górę co La Calera się zowie. Na zboczu góry zalega wielki kamol a na nim namalowany orzełek (ale nie polski). Na górze leży miasteczko o tej samej nazwie (La Calera, nie orzełek), do którego jednak się nie wybraliśmy, bo w 2002 miejsce to miało złą sławę (podobno porywali – z tego co wiem obecnie jest już bezpiecznie, bogatsi Bogotańczycy kupują tam sobie farmy w celach rekreacyjnych a odlegle jedynie o 9km miasteczko pełni funkcję dormitorium dla bogatszych rodzin pracujących w stolycy). Ale do piewszej peaje (bramki na drodze, gdzie należy opłacić dalszy przejazd) było bezpiecznie, więc się wybraliśmy.
Z Monserrate można podziwiać widok na centrum i południe, północ przesłonięta jest górą. Z La Calera widać głównie północną część miasta (czyli tą bogatszą). Przy głazie z orzełkiem zrobiono mirador (punkt widokowy) gdzie można sobie usiąść, golnąć piwko i podziwiać widoki, ewentualnie oglądać sobie przejeżdżające masywne ciężąrkówki, wspinające się na górę (mirador jest zaraz przy drodze). W nocy La Calera mieni się róznymi kolorami. Mieszczą się bowiem na niej imprezownie, do których piękne Latynoski i jurni Latynosi idą sobie potańczyć salsę, merenguę i vallenato a także upoić się na umór zalzajerem aguardiente. Ponieważ na rynku salsy moje akcje stoją bardzo słabo, nie odwiedziłem żadnego z tych przybytków. Nie mogę więc nic w tej kwestii polecić, ale żona mówiła mi, że generalnie tamtejsze lokale są ‘w porzo’. Dobra muzyka, dobry standard, dobre towarzystwo.
Ze swojej strony, z La Calery, mogę polecić piekarnię położoną za zakrętem zaraz przed pierwszą peaje. Sprzedają tam przednie pan de yuca. Tak więc, szanowny czytelniku, zakup sobie pół kilo pan de yuca, sześciopak Brava lub Club Colombia, do popicia i skieruj się na mirador. Nie wiem jak Ty, ale ja uwielbiam widoki. W takich miejscach mogę spędzieć cały dzień gapiąc się i gapiąc… I żrąc.

Widok z La Calera wygląda tak: http://www.youtube.com/watch?v=mYo1ZTU3a0A&feature=related

Żarło i pićko
Zostawmy na chwilę cały ten miejski zgiełk. Siedzimy na La Calera żrąc i pijąc. Wymieniłem już na łamach tego bloga kilka produktów i potraw, które nie są spotykane na polskich stołach. Wypadałoby więc pogawędzić trochę o tym co w Kolumbii się je i czym się popija.
Ponieważ mamy weekend i oddajemy cześć Opojowi proponuję zacząć od rzeczy najważniejszej – alkoholu.

Zalzajer: Aguardiente – kolumbijska gorzała. Aguardiente nie ma takiej mocy jak nasza wóda (ma średnio 10% mniej alkoholu) ale jest tak samo zdradliwa. Na moje szczęście, nie znoszę anyżu, którego smak ma aguardiente tak więc nigdy nie upiłem się tym alkoholem. Popijałem go jedynie w celach zdrowotnych i tylko pod presją grupy. Każdy departament sprawuje kontrolę nad produkcją agaurdiente w swoich granicach. Zależnie od departamentu zmieniają się więc naklejki na butelkach (lub kartonach – aguardiente można zakupić w tetrapaku) a także stężenie anyżu (niewątpliwie koszmarem byłoby dla mnie gdybyśmy wybrali się do Huila gdzie produkują zalzajer ‘Doble Anis’ (podwójny anyż!!!). Na szczęście w Bogocie najpopularniejszy jest lokalny ‘Nectar’, który ma normalne stężenie anyżu. Z tej podróży przywiozłem do Polski właśnie flaszkę Nectaru – do tej pory stoi napoczęta, nikt nie ma odwagi dokończyć…
Żona mówi, że najlepsza jest ta:

  

Rum – nie jestem amarotem rumu. Pamiętam, że zawsze wracając z Austrii kupowaliśmy 80% Stroh’a, którego używaliśmy do dodawania aromatów do ciast i czego tam jeszcze… w zimie kapeczkę do herbaty. Moja przygoda z rumem zaczęła się na dobre w Kolumbii. Odkryłem tam Ron Viejo de Caldas. Stary rum z Caldas dostępny jest w sprzedaży na kilku etapach jego życia. Można kupić trzyletni, pięcioletni czy ośmioletni (może są i starsze ale nie szukałem więc nie wiem) – im starszy tym droższy. Ponieważ nie jestem jakimś tam snobem, w zupełności zadowalam się trzyletnim – idę o zakład że można się nim ubzdryngolić tak samo skutecznie jak pięcio- czy ośmioletnim. Znawcy na internecie piszą, że z racji bogatego i wyszukanego smaku ron viejo należy pić czysty, bez żanych dodatków. Zgodzę się, że jest to jeden z niewielu trunków powyżej 30%, który tolerowany jest przez moje kubeczki smakowe, ale ja i tak wolę mieszać do z colą – nadaje jej ten niepowtarzalny smak 🙂

   

Guarapo – trunek dla odważnych, wytwarzany z trzciny cukrowej, o dziwnym żółtawym kolorze i ciekawym smaku. Napitek ten wytwarzany jest w domowych warunkach przez więsniaków z rejonów andyjskich. Ja piłem go w małym miasteczku w departamentcie Santander, w domu pewnego sprzedawcy krów. Z tego co wiem produkcja guarapo jest zwalczana przez władze, które w sojuszu z producentami piwa wprowadziły regulacje zakazujące producji i sprzedaży tego alkoholu, ze względu na ‘niehigieniczne’ warunki produkcji i rzekomą ‘toksyczność’ trunku. Nie zmienia to faktu, że akurat w Sandander jest to lokalna specjalność, na tej samej zasadzie co nasza łącka śliwowica. Powszechnie dostępne i tanie, mordercze dla wątroby. Wypiłem cały kubek i nie czułem się źle.

Piwko – jeśli chodzi o piwo, granice mojej tolerancji są bardzo rozległe. Dlatego wszystkie kolumbijskie browary mi smakowały. Ubzdyngoliłem się takimi markami jak Club Colombia, Aguilla, Costeña czy Brava. Piwo jak piwo, smakuje piwnie.

  

Skoro mamy już co pić, weźmy się za żarło.
Carne – kolumbijska krowa (znaczy się carne po hiszpańsku oznacza mięso co w praktyce w Kolumbii oznacza krowę). Mniam! Kolumbijczycy są bardzo dumni ze zwojego mięsa. Nie doprawiają go za bardzo, żeby nie traciło naturalnego smaku. Po stokach Santander czy po równinach Llanos chodzą tysiące krów, które żrą i żrą. Nie jakąś tam karmę dla krów czy mączkę mięsno-kostną jeno to samo co ich prehistoryczna przodkini – prakrowa – najzwyklejszą trawę. Polecam wyprawę na Llanos, gdzie można zjeść mięsko, które mogliśmy widzieć dzień wczęsniej jak sobie radośnie hasało po pastwisku myśląc jak ten indyk o niedzieli (a w sobotę łeb mu scięli). Carne a la llanera to najprostsza a zarazem najsmaczniejsza potrawa z krówki. Kawały mięcha trafiają na ogień po czym podawane są w formie krwistej na talerz. Bez dodatków. Do popicia polecam zimny browar (im zimiejszy tym lepiej bo Llanos to bardzo gorący rejon).

  

Patacon/platano – patacones to placki z platano. Można je usmażyć i podawać do mięsa z pewnym sosem (ajo), którego nie jadam bo zawiera kolendrę, której nie lubię. Można je też ubić na bardzo płasko, upiec w oleju i podawać z czym tylko dusza zapragnie (zazwyczaj z serem i mięchem). Platano to krewniak banana. W zasadzie wygląda jak przerośnięty banan z tą różnicą że nie można go jeść bez uprzedniego upieczenia (lub ugotowania) bo może wywołać sensacje żołądkowe. Patacones robi się z zielonego platano, czyli niedojrzałego. W tym stadium ma ono smak lekko słonawy. Kroimy je na plasterki, lub ubijamy na placek i smażymy. Talarki platano to idealna alternatywa dla frytek. Kiedy nasza roślina zaczyna dojrzewać żółknie i robi się coraz słodsza. W końcowym, najsłodszym, etapie dojrzewania platano jest brązowe, miękkie i intensywnie pachnie. Banana już byśmy wyrzcili, ale platano jeszcze nadaje się do jedzenia i jest pyszne.

 

Arepa – kolejny dodatek do mięcha, ale można ją też jeść samą. Jest to placek kukurydziany, robiony na grillu lub na oleju. W środku zawiera syr, który na ogniu się rozpuszcza i nadaje arepie smak, gęstość i soczystość. Bez sera arepa jest sucha. Rodzaje arepy różnią się zależnie od departamentu, my najlepsze jedliśmy w domu lub od sprzedawców smażących arepy przy drogach departamentu Santander. Arepa jest mniam mniam! Acha, ‘arepa’ może być też określeniem pewnej kobiecej części ciała, więc lepiej nie używać tego słowa nierozważnie (jak, np. ‘chcę twojej arepy’!), można źle skończyć.

Yuca – zwana również maniokiem. Daleki krewny naszego ziemniora. Wg mojej teorii Krzysztof Kolumb przywiózł ziemniaki do nowego świata a one już tam zmutowały i tak powstała yuca. Oczywiście mogę się mylić. Podobnie jak kartofle, yucę można ugotować, można ją podawać rozgniecioną, lub smażoną. Naważniejsze jest to, że yuca smakuje mi bardziej od ziemniaka. Smak ma podobny, ale ma coś ekstra, czego nie potrafię określić. Może konsystencja bulwy i jej twardość sprawiają, że nie rozpaćkuje mi się w ustach jak nasz miękki ziemniaczek. Nie żebym nie lubił ziemniaków, ale yucę lubię bardziej.

I tak doszliśmy do wspomnienego przeze mnie pan de yuca, czyli cheba z yuci, zakup którego poleciłem podczas pobytu na La Calera.
Pan de yuca to wypiek w kształcie bułeczki lub rogalika. Robi się go z mąki z yuci, syra, mleka, jajków, masła i soli. Mniamuśny! Smak trochę słonawy a trochę serowy. Oczywiście najlepsze są proso z pieca. Takie jadłem właśnie na La Calera oraz przy drodze z Bogoty do Bucaramangi – nad doliną jakby żywcem wziętej z reklamy Milki stoi zajazd w którym sprzedają pan de yuca i pan de bono (podobne w smaku – szczerze pisząc nie wiem jaka jest różnica między pan de yuca a pan de bono). Wypieki popija się świeżą kolumbijską kawą. Zajazd nazywa się Colfrance i ma francuskich właścicieli, więc jeśli coś pokręciłem z lokalizacją, pytaj, szanowny czytelniku, o Colfrance i żabojadów.

Na tym nie kończy się lista kolumbijskich specjałów, które chcę opisać. Planuję kontynuować ten wątek w przyszłym tygodniu. Niestety od tego całego pisania o jedzeniu od jakichś 30 minut kiszki grają mi coraz głośniejszego marsza. Tak więc na tym zakończę ten smakowity wątek.

Adios!

A na koniec – oto dlaczego nie chodzę na kolumbijskie potańcówki – jak ja mam do tego tańczyć???
http://www.youtube.com/watch?v=d-iCb40RvfE

Advertisements

2 thoughts on “Kolumbia – wspomnienia z podróży cz. IV

  1. Acha, fotki wziąłem z sieci, bo sam nie fotografowałem żarcia i pićka. Nie zlalazłem fotek arepy, yuki i i pan de yuca. Tzn. były, ale wyglądały inaczej od tych, które jadłem, więc nie chcę zamieszczać fotek czegoś czego nie znam…

    Like

    1. Naprawde masz talent do opisywania.Oczami wyobrazni widze to zarcie.Kiedys za arepa przelazilam chyba z pol osiedla ,bo facet grillowal za kazdym razem w innym miejscu i trzeba bylo wylapac gdzie.A co do tancow to nie jest to takie trudne jak sie wydaje.Ja lepiej sie czuje i bawie na imprezach latynoskich niz polskich.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s