Kolumbia – los wspomnienios de los viajes cz. V

Alem był strudzon niezmiernie w zeszłym tygodniu. Miałem trzy pomysły na wpisy. Napisałem jeden – coś się porobiło z moim połączeniem – nie zapisał się. Napisałem drugi – nie podobał mi się. Napisałem trzeci – też dno. Trza pomyśleć o emeryturze, bo praca nie ma dobrego wpływu na moją szarą komórkę.

No ale nic to! Nareszcie weekend. W niedzielę mamy imprezkę więc będziemy czcić Opoja – zanim to się stanie wypadałoby coś powspominać.

Ostatnio byliśmy przy dobrym kolumijskim żarciu. Muszę przyznać, że kuchnia kolumbijska zaskoczyła mnie. Przed podróżą wyobrażałem sobie, że potrawy z Ameryki Południowej są podawane maniana i że zieje się po nich ogniem z obu stron przewodu pokarmowego. Nic z tego. Syćko na czas i delikatnie przyprawione. Kolumbia to jednak nie Meksyk, mimo, że języki kolumbijski i meksykański brzmią podobnie.  Potrawy kolumbijskie wogóle nie są ostre.

Kontynułułujmy więc, zanim zapomnę o najlepszym:

Tamal – potrawę tą odkryłem dopiero podczas mojej trzeciej podróży. Podczas wigilijnego pobytu na farmie za miastem, teściowa postanowiła, że będziemy robić tamale. ‘Ok’ pomyślałem, ‘fajna sprawa! Będę pomagał w robieniu lokalnego żarcia!’. Niestety nie wiedziałem jeszcze wtedy na co się zapisałem. Ponieważ Kolumbijczycy są bardzo rodzinni i przyjaźni dla wszystkich, jej postanowienie oznaczało, że tamale będą dla:
1. Nas;
2. Szeroko pojętej rodziny;
3. Sąsiadów w Bogocie;
4. Lokalnych ludzi mieszkających w okolicach farmy.
Nie wiem ile zrobiliśmy tych tamalów, straciłem rachubę gdzieś tak koło setki. Żeby zobrazować Ci, szanowny czytelniku, moje męki, pozwól, że opiszę Ci jak robi się tamala. Spojrz na to zdjęcie:

 

Cała idea fix polega na tym, że bierze się liść planato (czyli palmy, czy co to tam jest, na której rosną platanos), liście trzeba położyć na moment na piecu, żeby je podgrzać (jeśli będziesz kiedyś uczestniczył, szanowny czytelniku, w robieniu tamali, uważaj na sok z liści, jak ci kapnie na ubranie to nie dopierzesz plamy jaka powstanie gracias a sok de palma). Kiedy już liść jest gotowy, wrzucamy do niego to co widzisz na stole: mięcho (kurczak lub wieprzowinka lub oba, w naszym przypadku kurczak który jeszcze rano biegał sobie nieświadomy po podwórzu), czosnek, marchefka, cicierzyca pospolita (nie miałem pojęcia jak to się nazywa, sprawdziłem w wikipedii na potrzeby tego tekstu), dwa rodzaje cebuli, pietruszkę i taką żółtą masę uzyskiwaną z kukurydzy (widoczna w prawie gotowym tamalu u góry zdjęcia). Kiedy wszystko już jest w liściu, trzeba go zawiązać sznurkiem. Tamal gotowy do wsadzenia do gara leży u dołu stołu. W całym tym procesie ja byłem sznurkowym. Ponieważ był to mój debiut bardzo się przejąłem tym odpowiedzialnym zadaniem – źle zawiązany liść może się otworzyć a jego zawartość wypaść. Dlatego obwiązywałem tamale najlepiej jak potrafiłem co z kolei spowodowało, że kiedy skończyliśmy, żona spojrzała na moje zakrawione paluchy i zakrzyknęła z przerażeniem: ‘Czemu nic nie powiedziałeś?’. Wytłumaczyłem jej, że ja twardy jestem i nie będę robił z siebie widowiska. Nie mogłem potem przez tydzień dłubać w nosie.
Następnym etapem w życiu tamala jest jego ugotowanie. Z racji ich hurtowej ilości i spartańskich warunków panujących na farmie, trafiają one do specjalnego ogromnego gara, w ktorym ustawia się konstrukcję z cegieł, pod cegły trafia woda a na cegły nasze tamale. W normalnych okolicznościach (ilościach) wystarczyłby garnek do gotowania na parze, ale nie na farmie, gdzie woda z rzeki, żarcie trzeba sobie samemu zebrać lub ubić a następnie upiec na wolnym ogniu. Nie na farmie, gdzie człowiek czuje się jakby się cofnął w czasie. Gdzie nie ma radia i telewizji, nie ma cywilizacji, każdy ma giwerę i maczetę a najwygodniejszym i najszybszym środkiem transportu jest koń (o farmie napiszę przy innej okazji). Na farmie się żyje!
Tamale gotują się całą noc i od czasu do czasu trzeba wstawać żeby uzupełnić stan wody.
Nie wiem, czy to dlatego, że poświęciłem im część siebie, mojej krwawicy, czy może ze względu na ich niepowtarzalny smak – tamale są moją najulubieńszą potrawą kolumbijską. Od pierwszego dnia świąt aż do naszego wyjazdu osiem dni później na śniadanie i na kolację jadłem tamala! W Polsce jestem znany jako Anarch, ale w Kolumbii znany jestem jako Señor Tamal.

Mojarra (czyt. moharra) – rybka żyjąca zarówno w morzu jak i w wodzie słodkiej. Istnieją różne sposoby przyrządzania, ale ja od początku jadłem smażoną i tak mi już zostało. Ryby uwielbiam, niezależnie od gatunku i sposobu przygotowania, tak więc nie jestem obiektywny w opisie ich smaku. Dla mnie mojarra jest jedną z najpyszniejszych ryb jakie jadłem. A jadłem je na farmie, na Llanos, w Bogocie, w Girardot, w Zona Cafetera. Wszędzie gdzie ktoś ma bajorko czy jeziorko z hodowlą ryb, można być pewnym, że będzie miał mojarrę. Mojarrą karmi sie tak:

   

A mojarrę karmi się tak:

[onet_player v1=”4T4qRn0034″ v2=”” v3=”” v4=”752904″]


Bandeja paisa
– Jeśli chcesz zjeść dużo i tanio, polecam to typowo kolumbijskie danie. Wywodzi się podobno z rejonów Antioquii, ale dostepne było w każdym zajeździe w jakim się zatrzymywaliśmy. Być może bandeja jest poprostu tak dużym daniem, być może jestem taki kochany, że lokalni kucharze ładowali mi żarcie od serca, łopatą na talerz, ale jeszcze nigdy nie udało mi się jej dokończyć. Raz nawet zamówiliśmy jedną na dwóch a i tak czułem się po niej jak kobieta w ciąży wymagająca cesarskiego cięcia. Tak więc jednym daniem za jakieś 5-10 złotych wyżywić można co najmniej dwie osoby. Ba więcej! Wg wikipedii Bandeja paisa zawiera w sobie około 1500-1800 kalorii, czyli dzienną dawkę dla osób o siedzącym trybie życia! Skład tej potrawy różni się zależnie od regionu ale podstawowe składniki powinny zawierać: czerwoną fasolę, wołowinkę (zazwyczaj zmieloną i ‘sproszkowaną’),  chicharrón (patrz poniżej), ryż, chorizo (kiełbasę wieprzową), jajko sadzone i arepę. Do tego wszystkiego dorzuca się słodkie platano i avocado… Chyba tylko Homer Simpson mógły się zmierzyć z tą potrawą (courtesy of travelblog.org):

  


Chicharrón – skóra wieprzka smażona na głębokim oleju. Mmmm… zdrowo i dietetycznie! H
łe hłe! Nie jest takie złe jakby się wydawało, ale wolałem nie przesadzać bowiem nazywają to tutaj ‘zawał serca z opóźninym zapłonem’.

  


I na koniec, żeby zakończyć mocnym akcentem:

Hormiga culona – czyli ‘mrówka dupiata’ czyli ‘mrówka z dużą dupą’. Pamiętam to jak dziś – siedzimy sobie w domu popijamy piwko i nagle teściowa przynosi wielki słój pełen orzeszków. Już zaczerpnąłem garść i miałem ładować do jamy usntej, kiedy żona ostrzegła mnie, że to nie są orzeszki, i żebym się im lepiej przyjrzał. ‘Orzesz ku…’ pomyślałem, ‘to nie orzeszki! To jakieś pędraki! Spisek!!!’. Po dżentelmeńsku odmówiłem, ale sprawdziłem, gdzie teściowa chowa słoik. Powracałem do tego miejsca przy kilku okazjach, bijąc się z myślami. Kusiła mnie egzotyczność mrówek, ale żołądek gniewnie burczał, że nie dopuści mrówek do swojego wnętrza. Nie mogłem się przemóc… aż pewnego dnia urządziliśmy imprezkę w domu. Po kilku kieliszkach zalzajera, przeszedłem do konsumpcji lokalnego piwa. ‘Do piwka zawsze dobre są jakieś czpisy albo orzeszki’ pomyślałem… ‘Orzesz ku…! Jestem już na tyle ubzdryngolony, że żołądek nawet się nie skapnie!’. Pobieżyłem do kuchni, zagarnąłem kilka mrówczych dupencji i władowałem sobie do gęby. Żołądek nawet się nie zorientował. Mróweczki były słonawe, jak czipsy czy popcorn. Idealna alternatywa do piwa. Zdrowsza! Jak czytam na wiki, analizy dupków mrówków przeprowadzone w Santander wykazały, że są bardzo odżywcze, bogate w białka a ubogie w tłuszcze nasycone. Muszę przyznać, że od tego czasu mróweczki towarzyszyły mi do piwka aż skończył się słoik. Mrówki żywe wyglądają tak (ale chłopi, którzy je zbierają i przygotowują odrywają główki i skrzydełka, tak więc do konsumenta trafiają tylko wielkie dupy. Podziękowania dla Discovery Channel):

 

I tym dupiatym akcentem zakończę ten dupiaty tekst!

Smacznego!

A tutaj video jak pan robi arepę: http://www.youtube.com/watch?v=QWDetf6LuRk&feature=related

A tutaj tradycyjnie muzyczka:
http://www.youtube.com/watch?v=bQAcLtV6kIk

Advertisements

2 thoughts on “Kolumbia – los wspomnienios de los viajes cz. V

  1. Widze, ze fotka mojarry cosik sie nie dogrywa. Tera przebywam u kumpla pilnujac mu kota tak wiec poprawie to jak wroce w sobote.Nie wiem od czego zalezy wgrywanie sie zdjecia, bo czasem je widze a czasem nie, ale moze jak przegram do siebie to bedzie widoczne. Za niedogodnosci przepraszam.

    Like

    1. Tamala i much nie mialam okazji sprobowac.Ale mojarre jak najbardziej.Jak widze przechodzacego sprzedawce ryb, to nie moge sie oprzec.Podobnie z avocado.Kiedys bylam w Kolumbii w porze, kiedy nie bylo sezonu na avocado,wiec jak zobaczylam sprzedawce, to jak zwykle nie moglam sie oprzec .A moja tesciowa mi powiedziala, ze o tej porze roku to tylko ciezarne jedza avocado,znaczy sie sa drogie.Bardzo mi sie podoba Twoj blog.Masz swietne poczucie humoru i pewna nie wiem jak to nazwac zdolnosc kojarzenia roznych rzeczy.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s