Kolumbia – X marks the spot!

Łikend przeminął z wiatrem (dzięki fasolce meksykańskiej i S.O.S.owi Tabasko) a Muza jakoś nie chciała mnie nawiedzić (może odstradzył ją orkan wiejący z okiem mego skromengo mieszkanka). A może poleciała nad morze? Jeśli tak to pewnie gdzies na Karaiby bo nad Bałtykiem już się robi zimnawo.
No to wróćmy do Cartageny, poszukajmy, może się gdzieś Muza na plaży wygrzewa?

W zeszłym tygodniu obeszliśmy fort, klasztor i stare miasto. Jeszcze jedno fajne zdjęcie z miasta poza murami i ruszamy na plażę wypocząć:


Plaża
Ponieważ przezornie wybraliśmy się do Cartageny poza sezonem mogliśmy się cieszyc całą długością i szerokością piaszczystego wybrzeża Kolumbii. 
Inna sprawa, że z powodu pustki nie spotkałem golasa (jak na plaży w Mombasa)… A tak na to liczy
łem.
Spotka
łem natomiast trzy masywne Murzynki, których na golasa oglądać bym nie chciał, i z okrzykami ‘O! Blanquito! Ande ande andele arriba arriba epa epa!’ rzuciły się na mnie z łapami. Przyszli teściowie, szwagierka a nawet przyszła żona zdawali się mieć niezły ubaw. Czarne mamby obmacywały mnie mimo moich głośnych protestów. ‘No! No! No quiero!’ krzyczałem a one tylko się śmiały i powtarzały ‘Blankito, bien bien!’. W pewnym momencie największa z nich wyciągnęła tubę jakiejś maści i wycisnęła chyba z połowę na moje nogi po czym dwie mniejsze zaczęły jeździć rękoma wzdłuż moich kulasów. Ta po prawej zdawała się przy tym nie zwracać uwagi na to co że jako mężczyzna, mam między nogami pewien bardzo czuły punkt i cały czas przekraczała granice bezpieczeństwa. Po jakimś czasie przestałem się wiercić i protestować bo największa z czarnych napastniczek sprawiała wrażenie gotowej na to, żeby się na mnie rzucić i obezwładnić cobym się nie wyrwał (a kto wie co ona by jeszcze za mną zrobiła mając mnie w swej mocy???). Zagryzłem zęby, zacieśniłem współpracę między pośladkami i postanowiłem przeczekać czarny huragan, modląc się po cichu o całość moich cojones. Po kilku minutach (i kilku bolesnych ciosach w przedniot moich modłów) panie zaprzestały tortur i z uśmiechem na ustach zażądały ‘dies mil pesos’ (10,000 pesos – wtedy odpowiednik naszych 15 złociszy). Gdybym mówił po hiszpańsku odszczeknąłbym, że to one powinny mi zapłacić za napaść i obmacywanie prywatnych części mojego nieskażonego grzechem ciała – wszak jak ktoś chce sobie obmacać kogoś obcego udaje się do pewnego przybytku i słono płaci za taką przyjemność. Na szczęście nie miałem pieniędzy, więc pokazałem im puste kieszenie. Na ten widok ogromne kobity skierowały wzrok (i iśmiechnięte twarze) ku mojemu przyszłemu teściowi, któremu nagle zrobiło się nie do śmiechu. ‘No tengo plata’ (nie mam pieniędzy) oznajmił z nutką niepokoju w głosie. Murzynki odpowiedziały, że jeśli nikt im nie zapłaci to one sobie mnie wezmą na własność (na szczęście wtedy tego nie zrozumiałem, dopiero jak juz było bezpiecznie żona poinformowała mnie o zamiarach moich molestatorek). Zrobiło mi się wesoło na widok teścia tłumaczącego, że nie prosiliśmy się o żaden masaż (ha! to prawie że gwałt nazywa się teraz masażem!?) i że ja wyraźnie protestowałem. Na szczęście przyszła teściowa przezornie zabrała trochę pieniędzy – stanęło na 2,000 pesos po czym służki szatana oddaliły się do swoich mioteł i odleciały śmiejąc się złowrogo… ‘Ha Ha Ha! Blanquito que bien!’ (do dzisiaj śni mi się to po nocach – mam nadzieję, że nie zrobiły sobie jakiejś lalki wu-du i nie molestują mnie po nocach).

Mówię Ci, szanowny czytelniku – gdzie diabe
ł nie może tam babę posle a jak masz do czynienia z trzema, zastosuj się do starego Chińskiego przysłowia – poddaj się ich woli i staraj się czerpać z tego jak najwięcej przyjemności… Nie uciekaj – to nie ma sensu, i tak Cię dopadną.

Po pozbyciu się masażystek z piekła rodem postanowiłem się trochę zrelaksować. Niestety, będąc jedynym ‘białaskiem’ na plaży cały czas przyciągałem handlarzy. Nie żeby mi przeszkadzali – lubię handel i handlarzy, bo nigdzie nie chodząc mogę se kupić owoce, żarcie, soczki, suweniry, a może nawet załapać się na przejażdżkę na skuterze wodnym (co ciekawe – teść, 100% Kolumbijczyk akurat coś kupował i był oddalony od nas o kilkanaście metró – gościu proponujący przejażdżki skuterem, nie wiedząc że jesteśmy razem, podał mu cenę 30,000 pesos, natomiast ‘białaskowi’ podyktował cenę 45,000).
Wystarczy opanować dwa s
łowa ‘no gracias’ i powtarzać je jak tylko ktoś oferuje nam niechciany towar.
Raz jednak napatoczy
ł się sprzedawca masek. Skaranie boskie! Powiedziałem mu ‘no gracias’ a on na mi to, że ‘to dobra pamiątka’. ‘Pokaż pan’ rzekłem, i to był mój błąd. Okazując zainteresownie dałem mu sygnał, że mogę kupic. ‘20,000 pesos za maskę – dwie w komplecie daje 40,000’ wyliczył handlarz. ‘Ale na co mi one? Popękają mi w bagażu’ odparłem.
‘Nie popękają – dobry materia
ł’
‘Popękają’ upiera
łem się.
‘Nie popekają – dobry materia
ł’ upierał się sprzedawca.
‘Ale za drogie!’ stara
łem się wykręcić.
‘Nie drogie – niech będzie 15,000 od maski’ stara
ł się wkręcić sprzedawca.
‘Ale ja nie mam pieniędzy’.
‘10,000 od maski’
‘Ale ja nie mam!’
‘To ja przyjdę za jakiś czas a pan przynieś
pieniądze.’
‘Nie przyniese
!’
‘No to do zobaczenia!’
To rzek
łszy oddalił się a ja powróciłem do beztroskiego leżenia na leżaku w cieniu parasola i bezmyślnego wpatrywania się w horyzont… no i oczywiście i powtarzania ‘no gracias’ każdemu kto się napatoczył.
Po jakimś czasie zapomnia
łem o Murzynkach i o maskach i co się stało? Wrócił natrętny sprzedawca masek. Oczywiście!
Ucieszy
ł się na mój widok i rzekł: ‘no to co? 10,000 za maskę jak się umawialiśmy?’
‘Nic się nie umawialismy – nie mam pieniędzy i basta!’.
‘No to 5,000 od maski!’.
W tym momencie zaczą
łem warczeć po Polsku słowa, których tutaj nie zacytuję.
‘Ok ok! 5,000 za komplet.’
Na takie dictum acerbum podnios
łem swoje szanowne cztery litery i już miałem ściągać kąpielówki, żeby udowodnić gościowi że nie mam ani grosza (przynajmniej mieli by wreszcie golasa jak na plaży w Mombasa). Naszczęście w tym samym momencie z królestwa Neptuna wynurzył się moja przyszła rodzina, której głowa rzuciła hasło – ‘vamonos!’ (idziemy!).

Zabrałem więc klamoty i powiedziałem ‘adios!’ panu z maskami. Ten jednak zaczął protestować (do  dziś nie wiem czy bardziej mu zależało na tym żeby zobaczyć mnie na golasa czy naprawdę chciał mi sprzedać swoje brzydkie maski). Na domiar złego przywołał sobie kolegę – sprzedawcę okularów słonecznych, który w jego imieniu oznajmił mi, że oni są biedni i muszą zarobić.
N
a ratunek przyszedł mi teściu, który stanowczo powiedział im (robiąc przy tym groźną minę) żeby mnie zostawili w spokoju.
Nie żeby w jakimkowiek momencie zrobi
ło się niebezpiecznie – o nie obaj panowie byli bardzo mili, ale byli też nieziemsko namolni. Nieziemsko! Bardziej namolni od bankierów z Walsztretu domagających się 700 miliardów dolarów od amerykanów, którzy potem będą prosić tychże bankierów o pożyczkę.
Szli jeszcze z nami ze 100 metrów a potem dali sobie siana.

Do morza tego dnia nie wchodziłem. Z powodu upału wolałem siedzieć w cieniu. Mieliśmy jeszcze parę dni na taplanie się w wodzie, więc postanowiłem oszczędzać skórę na koniec.
Jak się później okaza
ło, była to dobra decyzja. Udaru i poparzeń najlepiej nabawić się ostatniego dnia, kiedy i tak trzeba wracać. Pozwala to na wykonanie 100% planu i zostawienie cierpień na nieciekawy czas przelotu i wypoczynku w domu.

Tak więc tego dnia nic się więcej nie stało…
…na plażę wróciłem ostatniego dnia pobytu. Mieliśmy ze dwie godzinki, potem trza się było spakować i ruszać spowrotem do Bogoty. Postanowiłem więc trochę zabawić się w falach morza po których grasował kiedyś kapitan Dżak Sparoł.

Pierwsze wrażenie zaraz po wejściu do wody – mmmm… woda znacznie przyjemniejsza niż w Bałtyku, nie za zimna, nie za chłodna.
No to chlus, rzuci
łem się na dobre w morskie fale. ‘Ałłłłłła!!!’ – tak się złożyło, że tego samego dnia się goliłem. Mam bardzo wrażliwą skórę a morze karaibskie jest  słone jak cholera co nie spodobało się mojej gładkiej jak pupcia niemowlaka twarzy. Znowu musiałem zagryźć zęby, zacieśnić współpracę i przemóc drażniące piecznenie facjaty. Postanowiłem wykorzystać pozostały czas do szaleństwa na fali i nic nie było w stanie mi przeszkodzić.
Tak więc taplałem się błogo i wesoło. Tak mi było dobrze że kiedy wołali mnie z brzegu żebym już wyszedł, udawałem że nie słyszę. Kiedy wreszcie stanąłem na suchym lądzie poczułem straszne parzenie pleców i ramion – jakby ktoś mi przykładał gorące żelazka. Tak musiał czuć się Kmicić przypalany przez Jarosława Kalinowskiego pod Częstochową!
Pobieżyłem do hotelu i wskoczyłem pod zimny prysznic. Trochę to pomogło – do czasu przylotu do Bogoty przecierpiałem jakoś bez jeków – ale po przybyciu do domu zakręciło mi się w głowie i musiałem poddać się zabiegom przyszłej teściowej która zdiagnozowała u mnie udar i poparzenia.

Jak się człowiek dobrze bawi to tak mu czas szybko leci – półtorej godziny mija tak szybko jak 10 minut. Zapomina też, że słona woda zmyła mu krem do opalania którego i tak za dużo nie nakładał bo cały czas przebywał w cieniu. Efekt – udar i bąble na ramionach.
Ale warto by
ło! Cholewa! Jakby przyszło co do czego to bym to powtórzył bo po to człowiek żyje, żeby się cieszyć tym życiem. Życie jest za długie, żeby się umartwiać co to się może stać! A o filozofii Kolumbijczyków na temat życia i o tym jak mnie wielka Czarna człowieka goniła z maczetą opowiem za tydzień (chyba, że znowu nie znajdę muzy). 

Hasta luego!

I na koniec muzyczka plażowa: http://www.youtube.com/watch?v=_b-EQi2UEiQ

A tu plaża w sezonie: http://www.youtube.com/watch?v=lRKn6uZrcCc


Kosciół z Partią – szatan z inwestorami, czyli Bóg zapłać!

‘Nazywam się milion, bo za miliony
WallSztreta wspomóc muszę!
Bankierze pieprzony!
Czy widzisz Pański Krzyż?!
A kysz! A kysz!’
                                                         Anarch Ickiewicz ‘Dziady Kalwaryjskie’

No i myśleli, myśleli i wymyśleli.  800 miliardów dolców spadnie z nieba do skarbca FEDu następnie zostanie to rozdysponowane pomiędzy potrzebujących bankierów. Doszło do tego, że banki przestały już sobie nawzajem pożyczać pieniądze (co nie musi być wcale złe w normalnych warunkach) licząc na kasę od FEDu (co w każdym przypadku jest złe). Ciasnota rozumowania bankierów jest przerażająca, bo jeśli całą działalność uzależnią od jednego warunku (dodruk kasiorki) to w przypadku gdy master-plan panów Paulsona i Bernankego nie zadziała, wszystkich nas zabolą szanowne cztery litery. A ‘suma wszystkich bail-outów’ nie ma prawa zadziałać. Dodruk pieniędzy już wiele razy był praktykowany (nawet w naszym kraju) a jak się kończy widać np. po Zimbabwe. O! Właśnie wpadałem na alternatywny plan – może zamiast drukować, możnaby pożyczyć dolary od Mugabego – przecież on już ma miliardowe nominały, akurat jak znalazł dla FEDu. Szanujmy lasy! Save the forests Mr FED!

W każdym razie nasz czwarty, niezany szerszej publiczności, wieszcz (‘jestem wieszczem bo wiem gdzie szczem’) już przepowiedział nam przyszłość w utworze pt. ‘Dziady Kalwaryjskie’. Jak plan FEDu wejdzie w życie to wszyscy będziemy dziadować.

Pozostaje pytanie – czy pański krzyż może nas uratować?

Właśnie dzisiaj rano przeczytałem, a wieczorem podali we Wiadomościach, że arcybiskup Kanterbery nazwał inwestorów sprzedających akcje z zyskiem ‘niemoralnymi kombinatorami i spekulantami’ czcącymi ‘fałszywego bożka pod postacią pieniądza’. Ten przywódca heretyckiego kościoła przyznał że Karol Marx miał rację krytykując kapitalizm. Pochwalił też nierząd brytyjski za wprowadzenie zakazu krótkiej sprzedaży (o tym, że ten zakaz nic nie dał a zepsuł tylko rynek pisałem tutaj) i zachęcił do wprowadzenia dalszych regulacji rynku.

Jakby tego było mało, podkomendny dostojnika z Kanterbery, arcybiskup Yorku, rzekł był, że inwestorzy, którzy zarobili na transakcjach krótkiej sprzedaży akcji HBOSu (też pisałem o tym tutaj), są niczym innym jak rabusiami.
Dlaczego?
Bo wykorzystali kłopoty banku, ‘którego finanse oparte są na zdrowych zasadach’ (o tym jake te zasady zdrowe, można było się przekonać po kursie akcji banku i jego komunikatach po tym jak już został wpisany na listę gatunków chronionych, których akcji nie można szortować – pewnie sprawka samego Belzebuba).

Przeczytawszy owe niusy pomyślałem sobie, że księżulkom rzuciło się na mózgi. Sam czasem lubię zahandlować. Taniej kupić – drożej sprzedać (nie weźmie mnie bieda), nawet jeśli konkurent, którego ‘finanse oparte są na zdrowych zasadach’ może na tym stracić. Jeśli mam być szczery to obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie wiedziałem, że w oczach kościoła jestem szatanistą a imię me ‘666’, może zmienię ksywkę na ‘Anarch 666 Anti-Christ Super Star’?

Ja tam czczę Opoja i nikomu w kabałę wchodzić nie chcę, ale pieniądz do życia jest mi jednak potrzebny. Nie jako fałszywy bożek a jako środek finansujący jedzenie, mieszkanie, podróże itd. Potępianie sprzedaży z zyskiem jest dla mnie niepojęte – nawet jeśli robi to człowiek, któremu wszystko spada z nieba.

Żeby więc lepiej pojąć stanowisko schizmatyków postanowiłem wziąć gazetkę i udać się w miejsce medytacji. Tradycyjnie wziąłem Daily Telegraph. Telegraf informując o wypowiedzi chwatów purpuratów (wszystkich bratów) podał też wiadomość (potwierdzoną wieczorkiem w dzienniku telewizyjnym), że Kościółek Anglikański inwestuje miliardy funtów na giełdzie. Utworzył nawet coś w rodzaju swojego kościelnego funduszu hedgingowego, KTÓRY SAM STOSOWAŁ PRAKTYKI KRÓTKIEJ SPRZEDAŻY NA FUNCIE SZTERLINGU!!! Z ZYSKIEM!!!!. W zeszłym roku stopa zwrotu pobożnych inwestycji wyniosła prawie 10%!!!
‘HALLELUJA!!!’ zakrzyknąłem, ‘teraz już wiem, czemu straszą inwestorów piekłem!’. Tegoroczne spadki cen akcji musiły przyprawić braciszków o szybsze bicie ich nieskażonych grzechem serc. ‘Jak trwoga to do Boga’ mówi stare polskie przysłowie, które z racji ilości Rodaków na Wyspach, musieli też poznać i tutejsi klerycy. Kościół traci więc trza ludzi postraszyć czeluściami piekielnymi, i namówić rząd żeby zakaza
ł praktyk, na których tracą sługi boże (choć sługi boże mogą oczywiście stosować te grzeszne praktyki na chwałę Pana).

Ech, były kiedyś takie czasy, w których pewnien autorytet moralny mówił łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego’. A teraz kościoły inwestują miliardy i dla zysku chcą ograniczać naszą wolność. Dochody z tacy już Wam nie wystarczą?

Arcybiskupie Kanterbery i arcybiskupie Yorku – mam nadzieję, że nie będę siedział z Wami w jednym kotle (tak po prawdzie to mam nadzieję, że trafię do piekła katolickiego (za zanieczyszczanie środowiska i niesprawiedliwość społeczną, które są nowymi grzechami śmiertelnymi), przynajmniej będę imprezował z Meksykanami i zajadał halapenios popijając tabasco i tequillą)!

Na koniec kawałek o inwestorach dla wszystkich inwestorów (ten na początku to nowy prezes London Stock Exchange): http://www.youtube.com/watch?v=AUOpUqni0_g

A żeby było sprawiedliwie społecznie to i dedykacja dla arcybiskupów: http://www.youtube.com/watch?v=t9SBHNWoYH8

Widzicie Pański Krzyż?!
A kysz! A kysz!

Kolumbia – cz. IX czyli ciąg dalszy przygód Anarcha w Cartagenie

Oj coś mi się widzi, że będą bitki. I to nie takie do jedzenia tylko takie co kończą się siniakami, płaczem i zgrzytaniem zębów. Najpierw dojdzie do przemocy w rodzinie – pobije mnie żona jak zobaczy rachunek z moich zakupów na jeBay’u (kupowałem se pamiątki po braciach Lejmańskich). Potem pobijesz mnie Ty, szanowny czytelniku, za to, że w weekend nic o Kolumbii się nie ukazało, a na dodatek miałeś wątpliwą przyjemność poczytać o bankierach, szortach i misiaczkach. Dzisiaj postaram Ci się to zrekompensować. Wróćmy więc na nasze kolumbijskie śmieci.

Cartageny ciąg dalszy…
Fort
Ostatnio wizytowaliśmy potężny fort i zachwycaliśmy się jego harmatami, których Ci tutaj dostatek (a nie jak w naszej reducie Ordona, która miała tylko sześć i to jakichś wybrakowanych co wciąż dymiły i świeciły).
Fortyfikacje ukończono w 1756 roku. Od tego momentu miasto uchodziło za twierdzę nie do zdobycia.
Bezpieczeństwo ma jednak swoją cenę. Kiedy rachunek za wykonane pracę dotarł wreszcie do Hiszpanii, król Karol III na jego widok zerwał perukę z głowy i wrzasnął ‘Cholera! T
rzeba było kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego miast wydawać kasę na mury (które i tak runą runą runą i pogrzebią cały świat!)!’. Po kilku minutach opanował jednak nerwy, rzucił ponownie okiem na rachunek, wziął lunetę i spojrzał w kierunku Nowego Świata. ‘Jestem oburzony’ mruknął do swoich doradców, ‘za tą cenę fortyfikacje powinny być widoczne nawet stąd’.
No ale nie są!

Ja do fortu wszedłem za darmo (choć może bilet był wliczony w cenę przewodnika), więc króla Karola w Hiszpanii zobaczyć tym bardziej nie mogłem… Wstąpiłem nawet na działo, żeby lepiej widzieć ale nic. Nie widziałem nawet ich wodza. Nie przyszedł, mieczem nie skinął… No to se poszłem dalej.

Klasztor
Nad fortem góruje klasztor. Nie wiem czy to klasztor czy może miejsce (czy może wzgórze) ale jakbyś chciał się tam szanowny czytelniku wybrać kieruj się na Cerro de la Popa. Wspaniały widok na całe miasto – nie tylko na bogate hotele nad brzegiem morza i zatoką, nie tylko na fort i piękne stare miasto. O nie, stamtąd zobaczysz także dzielnicę ludzi biednych i dzielnicę przemysłową. Sam klasztor ma swój klimat. Nie wiem jak obecnie ale w 2002 nie był jeszcze odpicowany na potrzeby turystyki.
Na dziedzińcu czuć było wiek tej budowli. Oczywiście to kwestia gustu ale ja uważam, że niektóre zabytki wyglądają lepiej nieremontowane. Mury Wawelu w Krakowie bardziej podobały mi się ciemne, z ubytkami, zarośnięte winoroślą czy innym trującym bluszczem, niż obecne, z czerwoniukiej cegły. Tak jak w pewnym wieku zmarszczki dodają człowiekowi powagi, tak i niektórym zabytkom znak czasu dodaje piękna. Lepiej jak pokażę o co mnie się rozchodzi. Oto widok na klasztor z fortu:

 

Tutaj z koleji (PKP) dziedziniec:

  

A tutaj widok z klasztoru – akurat miałem pecha bo zaszło słońce (co w Cartagenie rzadko się zadarza):

  

Zrobiłem też zdjęcie widoku na biedniejszeją dzielnicę, ale widać Stwórcy się to nie spodobało, bo skoncentował ostrość mojego aparatu na ogrodzeniu. Jakby co to mam najlepsze zdjęcie ogrodzenia klasztornego na świecie!

Na górę klasztorną wyjechaliśmy busikiem, ale jak ktoś jest na tyle szalony może spróbować swoich sił na piechotę. W drodzę na szczyt poustawiane są stacyjki (te związane z religją, a nie stacje dysków lub kolejowe), więc można się pomodlić o siły. Dla nas Cartagena była stanowczo za gorąca, żeby mierzyć się drugiego dnia z jakąś górą. Wystarczy, że chodząc po płaskim pocilismy się jak bankierzy na Wall Street…
Z klasztoru udaliśmy się na starófkę.

Stare Miasto
Zapomnia
łem wspomnieć o jednej rzeczy – na Karaiby wybraliśmy się poza sezonem (to jest chyba najlepsze rozwiązanie jeśli człowiek chce w spokoju pozwiedzać miejsca, które przyciągają miliony turystów w tym Billa Clintona (choć bez panny Lewinski)). Dzięki temu zamiast przeciskać się przez tłum mogliśmy chłonąć pełnymi piersioma chłonąć atmosferę miasta, spacerować sobie pustawymi uliczkami, przysiąść i odpocząć gdzie nam się żywnie podobało.

Jak to cudownie, że w
ładzom miasta nie chciało się burzyć przeżytku i budować na jego miejscu plant! Dzięki temu za murami (za lasami), człowiek czuje się jakby się przeniósł w czasie… przed murami zresztą też.
Jak wiadomo głową muru nie przebijemy, a i nawet Lechu by pewnie nie przeskoczył (mur to nie płot!), dlatego, żeby wejść na miasto trzeba znaleźć jakąś bramę. Najładniejsza jest chyba ta (zdjęcie wziąłem z wiki bo moje gdzieś mi wcięło):

  

Po przejściu przez bramę naszym oczom ukazał się następujący widok:
  
Przechadzając się uliczkami starego mesta, wyglądającymi mniej więcej tak:
  
Podziwialiśmy architekturę kolonialną, wyglądającą mniej więcej tak:
 
Po pewnym czasie upa
ł dał się nam jednak we znaki, skierwaliśmy się więc na Plac Świętego Dominika (Santo Domingo), ale nie wiem którego bo chyba kilku było świętych Dominików. Plac ten utkwił w mym łbie z kilku podwodów.

Po pierwsze – jest piękny. Położony w cieniu kościoła (pewnikiem św. Dominika) i starych kamieniczek w słoneczny czerwcowy dzień był oazą chłodu i spokóju. Zdjęcia nie oddadzą klimatu ale może dadzą przynajmniej jego namiastkę. W zacisznym cieniu tego kościółka żeśmy się schładzali żimnym piwkiem:

 

Otoczeni zabytkowymi kamieniczkami:

  (już widzę jak pewna zaangażowana gazetka wiesza psy na tym neonie – tak tak panowie, to o Was mowa)

Po drugie, kiedy tak siedzeliśmy sobie pod parasolem, przypałętał się do nas dziad kalwaryjski. Sprzedawał różne duperelki, między innymi szkice różnych atrakcji turystycznych. W Cartagenie roi się od ulicznych sprzedawców, którzy próbują nam wcisnąć ichni ‘super towar’, cokolwiek by to nie było zawsze jest ‘super’ i zawsze ‘jest nam potrzebne’. Ten sprzedawca był jednak wyjątkowy – dowiedziawszy się, że jestem z kraju Juana Pablo Secondo (czyli po naszemu JPII) zaczął do mnie zagadywać łamaną polszczyzną! Nie wiem gdzie on poznał tajniki naszej skomplikowanej mowy – podobno pływał po świecie z naszymi marynarzami, choć mógł tą historię wymyśleć na poczekaniu, żeby mnie przełamać i przekonać do kupna. Na dobrą sprawę mógł poprostu nauczyć się języka czytając etykiety z butelek Wyborowej, która jest sprzedawana w Kolumbii. Oceniając po wyglądzie na dwoje babka wróżyła.

Po trzecie – w nocy plac przejmują hipisi. Zjeżdżają się z różnych stron miasta (i świata – myśmy tam poznali bardzo przyjacielskiego pacyfistę z Argentyny) żeby walić w bębny i sprzedawać różne hipisowskie badziewie. Jakieś paciorki z drewna lub plastiku, jakieś kokardki, kwiatki, pacyfki. Szczerze pisząc jedynyn hipisowskim przedmiotem jaki chciałbym kupić jest ten samochód (może być z załogą), ale akurat nie mieli:

  

Cóż, mówi się trudno…

Zoix! Ja się tu zasiedziałem a tu trza uderzać w kimono, bo jutro do roboty! Może mi się przyśni, że Juan Carlos ogłosił mnie gubernatorem Cartageny? Albo jakimś Vice-Królem? Ech! Byłoby fajosko!

Dobranoc!

I na koniec tradycyjnie muzyczka (jakieś pokazy cumbii na wspomnianym placu św. Dominika): http://www.youtube.com/watch?v=zZ7RWw7jdFo&feature=related

I jakieś vallenato (co Ty na to? A ja na to vallenato!): http://www.youtube.com/watch?v=-VwltnNW8sQ&feature=related

Zedrzeć szorty i złapać misia za jaja

No i co z tego, że dziś weekend i odpoczywamy od polityki?! A ja se odejdę od zasady i se napiszę co chcę! Jak ktoś się uparcie trzyma zasad popada w rutynę i staje się nudnym prykiem. Czasem zasady trza łamać. Dla zdrowotności Kaźnirz! Dla zdrowotności! Czasem jest to przejście przez ulice na czerwonym świetle, czasem jazda bez pasów, a czasem pisanie o polityce w weekend! Obiecuję natomiast, że skrobnę coś o Kolumbii w niedzielę lub w tygodniu. Się zobaczy – pan poczeka my szę zaraz zajmiemy panem i pańskimi pieniędzmi – szę załatwi!

No to przejdźmy do rzeczy. A na rzeczy są dziś miśki i ich szorty. Nikt nie lubi miśków.

Jeden kretyński misiek rzucił nożem w Dino Badżjo! Drugi misiek zaatakował turystów w Tatarach przez co turyści o mało co nie trafili do więźnia! Gu-miśki zawracały gitarę księciu Iktornowi w kreskówkach dokumentalnych, które byłem oglądałem będąc dzieckiem! Jogi kradł żarcie gościom Jelołstołn, a jeden niedźwiedź zdradziecko zaatakował naszego bohatera spod Grunwaldu – Zbyszka z Bugdańca. Nawet w panu Tadeuszu napatoczył się ten wredny zwierz i zaszarżował na Robaka!

Miśki to utrapienie! Bóg mi świadkiem – jakby to ode mnie zależało wszystkie miśki
przerobiłbym ma czapki gwardii królewskiej lub wypchał i oddał do muzeum zła i szatanizmu…

Jednakże, jestem człekiem sprawiedliwym – nie lubię jak sie kogoś obwinia za grzechy kogoś innego. Oto rządy krajów cywilizowanych obrały sobie niedźwiedzie na kozły ofiarne odpowiedzialne za obecny ‘kryzys’ na giełdach.

Miśki handlują bowiem szortami, czyli ‘szortingują’ jak to zwą Anglicy. Szorting – transakcje krótkiej sprzedaży – polega na sprzedawaniu pożyczonych akcji z nadzieją na spadek ich cen. Wygląda to mniej więcej tak:

1. Niedźwiadek obiera sobie firmę, której akce chce sprzedać;
2. Niedźwiadek pożycza akcje firmy i sprzedaje je na giełdzie papierów toaletowo-wartościowych;
3. Niedźwiadek modli się o spadek cen akcji
;
4. Niedźwiadek kupuje akcje i oddaje je pożyczającemu – jeśli kupi akcje taniej niż sprzedał odnotowywuje zysk – jeśli drożej –
odnotowywuje stratę.

Czemu niedźwiadek? Bo niedźwiadki na giełdzie nastawione są na sprzedaż. Byczki na kupno – miśki na sprzedaż.
Sprzedaż szortów nastawiona jest na sprzedaż ergo jest to transakcja niedźwiedzia.

Przedwczoraj, jeden z największych banków na Wyspach (i jeden z moich klientów) o mało nie odwalił kity. Akcje leciały na łeb na szyję w związku z czym na osłabiony bank pokusił się Lojds TieSBi (bank w miarę silny). Fuzja z Lojdsem ma być kołem ratukowym dla HBOS (bo właśnie ten bank popadł w tarapaty). NieRząd oczywiście przypisał zasługę sobie, że to niby premier skłonił Lojdsa do fuzji z HBOSem. Jak się później okazało, z analiz eksperterów, nierząd oświadczając takie ładne rzeczy (a koziołek tylko beczy) wyszedł na głupka, bo Lojds od dawna miał chrapke na podobna transakcję, tylko był blokowany przez nierząd właśnie – najpierw próbował z Północnym Kamieniem, potem bodajże z Abbey.
T
eraz poprostu nierząd przestał przeszkadzać – oświadczenia o nakłanianiu Lojdsa do fuzji z HBOSem wyglądją mi na pic na wodę grubymi nićmi szyty i tyle! Szczególnie, że Lojds przejmie dzięki tej transakcji jedną trzecią rynku. Czysty zysk, do którego nie trzeba namawiać!

Jaka by jednak prawda nie była z tym HBOSem, po dwóch stronach oceanu, regulatorzy rynku uznali, że za upadek banków odpowiedzialni są szorterzy. Miśki to przecież wredne zwierzaki i można je obwinić o wszystko. Dlatego nierząd Wielkiej Brytanii nazwał niedźwiadki ‘chciwymi kombinatorami i spekulantami’ (w łagodnym tłumaczeniu) i zakazał transakcji sprzedaży szortów 29 kluczowych banków (jak oni te banki dobierali nie wiedzą nawet analitycy). Za FSA (czyli brytyjskim regulatorem) poszedł SEC, hamerykańki odpowiednik FSA, potem poszli Ajrisze, Ruskie, i większość cywilizowywanego świata. Problem polega na tym, że ten wygodny niedźwiedź ofiarny jest całkowiecie niewinny. Racz spojerzeć na ten wykres mój szanowny czytelniku:

 

Jest to analiza ceny akcji wspomnianego HBOS. Czerwona kreska to kapitał pożyczony (na cele sprzedaży szortów), linia zielona to cena akcji. Jak widać w punkcie największego nasycenia szortingu cena akcji pozostawała na tym samym poziomie. Ba! w ostatniej fazie nawet minimalnie wzrosła. FSA zrugała sprzdawców szortów w momencie kiedy sprzedawali około 3% akcji HBOS i nie mieli w zasadzie wpływu na cenę akacji banku.

Podobnie rzecz się ma z resztą firm, jeśli spojrzysz na tą tabelę (zawierającą 29 firm, których szortów zakazano sprzedawać), zauważysz, szanowny czytelniku, w kolumnie trzeciej od prawej, że kapitał pożyczony na sprzedaż szortów jest niewielki i nie może tak naprawdę mieć wpływu na cenę akcji. Spójrz ino:

  

Tak tak, szanowny czytelniku, rząd po raz kolejny znalazł sobie proste wytłumaczenie i wskazał wyimaginowanego winnego brudnym, obgryzionym z nerwów paluchem.
Jeśli sytuacja się popieprzy, znajdzie sobie nowego kozieła ofiarnego, jak się polepszy, ogłosi swój sukces.

Jak podają analitycy Finanszjal Tajmsa, rynek sam zaczął regulować samowolę szorterów. Otóż polegają oni na pożyczkach i gotówce z zewnątrz. Transakcje załatwiają dla nich brokerzy (prime brokers). Rynek wystraszył się, że kontynuacja sprzedaży szortów doprowadzi do upadku brokerów, w związku z czym pożyczający akcje, nie będą mogli ich odzyskać. Dlatego pożyczki stały się coraz trudniejsze dla szorterów a niektóre podmioty wogóle zaprzestały pożyczania papierów toaletowo-waroścowych. Samoregulacja! Nierząd nie był do niczego potrzebny. Ale mimo wszystko się napatoczy
ł i wlazł z butami w kompetencje niewidzialnej ale karzącej pięści rynku. W razie porażki obwini kapitalizm i ogłosi konieczność wprowadzenia regulacji. W razie sukcesu ogłosi się bohaterem, zbawcą narodu i obrońcą biednych i uciśnionych… i ogłosi konieczność wprowadzenia regulacji, żeby kryzys (który jest naturalnym elementem życia) się nie powtórzył!

Dzisiaj też (a może wczoraj, zależy w jakiej strefie czasowej to czytasz, czytelniku najszanowniejszy), FEDerasta ogłosił, że przejmie od banków wszystkie toksyczne aktywa. Następnie zakopie je w ziemi albo weźnie załaduje na statek i utopi gdzieś w wodach Oceanu Spokojnego. W efekcie giełdy zareagowały entuzjastycznie. No cóż, obiecanki cacanki a głupiemu radość, ale pod koniec dnia ktoś te toksyczne aktywa będzie musiał w końcu spłacić. Jeśli nie bankierzy to kto?
Ja, Ty, szanowny czytelniku, i pan z pralni, i pani kasjerka z Tesco, i nawet pan Czesio, cieciu z Szeratona. W ostateczności ty
łki od upadku zabolą nas bardziej niż gdybyśmy pozostawili wszystko rynkowi. No ale cóż – skoro tak musi być przyjdzie przywyknąć.

Odwieczne prawa natury uczą nas (i wie to każdy szanowny czytelnik po odbyciu inicjacji seksualnej lub akcie samosatysfakcji) że to co idzie w górę, musi też opaść. Politycy i media zawsze znajdą sobie problem do rozwiązywania i straszydło, do straszenia gawiedzi. Ty, szanowny czytelniku, niczym się nie przejmuj, sanację żeśmy przeżyli, wojnę żeśmy przeżyli, komunę żeśmy przezyli, to i epokę kryzysu i ewentualne powstanie Socjalistycznych Stanów Zjednoczonych i Socjalistycznej Wspólnoty Europejskiej też przeżyjemy (przeżyjemy też ich upadek). Tak więc zamiast się turbulencjować i słuchać tego całego dziermolenia w mediach róbmy swoje.

Ufffff… dzisiaj czciłem intensywnie Opoja, więc przepraszam Cię, szanowny czytelniku za ewentualny bełkot, nie będę dłużej nudził i uderzam w kimono!

Dobranoc!

Na koniec odejdę trochę od tradycji serwowania muzyki i proponuję, żebyś sam, muzykalny czytelniku zaśpiewał karaokę. Do muzyki American pie (kliknij tutaj) zaśpiewaj ze mną następujący tekst:

A long, long time ago,
I can still remember,
How much wealth there was in the Square Mile,
And I knew that if I had my chance,
I could make it in finance,
And maybe I’d have money for a while.

But subprime assets made me shiver,
With every product I’d deliver,
Bad news in the press(es),
Just look at those CDS.

I can’t remember if I cried,
When my salary was pushed aside,
But something resounded worldwide,
The week the IB died.

So bye, bye, Lehman Brothers and I,
Needed credit to get better but the credit was dry,
Hank Paulson’s Fed had carved up the pie,
Saying, AIG’s too big to die,
AIG is too big to die.

Why’d Fuld wait, put all at stake,
Did he think he’d make more at a later date?
Greedy finance tycoons,
Now Barclay’s buying, let’s be frank,
A pretty cheap investment bank,
Can you hire me, real soon?

Well, I know that it’s a lot to ask,
When Einhorn’s taken us to task,
Using our balance sheet to guise,
Our level 3 assets’ demise.

Now Morgan Stanley’s feeling short,
And BofA’s Merrill’s last resort,
The banking system’s pretty morte,
The week the IB died.

I was saying,
Bye, bye, Lehman Brothers and I,
Needed credit to get better but the credit was dry,
Hank Paulson’s Fed had carved up the pie,
Saying, AIG’s too big to die,
AIG is too big to die.

Now for four years we’d been on the phone,
Selling mezzanine CDOs,
But that’s not how it used to be,
When Dick came in, we just did bonds,
Good thing he helped us right that wrong,
By buying Aurora Loan LLC,

Oh, and while the Fed was looking ‘round,
They thought they’d try and shoot us down,
The market was all broken,
Bank lending was a croakin’,
And while we unwind our trading book,
The head hunters all have a look,
The hedge funds are put on the hook,
The week the IB died,

I was saying,
Bye, bye, Lehman Brothers and I,
Needed credit to get better but the credit was dry,
Hank Paulson’s Fed had carved up the pie,
Saying, AIG’s too big to die,
AIG is too big to die…

Orajt! Jeśli nie masz tak pięknego aksamitnego głosu jak ja i zamiast śpiewać beztroko umartwiasz się jak my spłacimy te wszyskie toksyczne długi to obejrzyj se ten film intrukatażowy (i pracuj 48 godzin dziennie dla firera): http://www.youtube.com/watch?v=p5tMTLq_lv4&feature=related


Gudnajt!

Dobra rada dla Polaków w bLondynie

Należę do tych szczęściarzy, którzy na ścieżce życia wciąganej nosem, natrafiają w większości na dobrych i uczciwych ludzi. Dlatego często nie mogę uwierzyć w donosy mediów o tym jacy to straszni są ci Polacy na łobczyźnie. Nie bede wierzył i basta!

Przypadkowo poznani rodacy bezinteresownie pomagali mi na początku mojego obczyźnianego żywota i ja też staram się pomagać, jeśli mam po temu okazję. Takie wewnętrzne poczucie, że trzeba coś dać w zamian… nie pieniądze, ale coś. Dlatego postanowiłem podzielić się pewną moją obserwacją a kto wie, może i dobrą radą.

Moja firma od czasu do czasu wysyła mnie na walne zgromadzenia akcjonariuszy. Zgromadzenia te uczęszczane są głównie przez emerytów, którzy mają czas i mogą sobie pomarudzić. Wielkie korporacje głosują elektronicznie lub pocztą (przez pośredników), więc rzadko kiedy przedstawiciel korporacjonującej korporacji uczestniczy w takich spoktaniach.
Spółki akcyjne, w celu zmiękczenia charakteru wojowniczych dziadków oferują często jakąś wyżerkę i wypitkę (w zależności od wielkości firmy mogą to być orzeszki, kanapki soczki, a może to być całkiem obfity lancz i alkohol – pamiętam, na jednym ze zgromadzeń jakiś starzec zabrał głos, i ku uciesze i aplauzie gawiedzi, zaczął zrzędzić, że ‘taka wielka firma a nawet dobrych kanapek nie podają’). Ileż to razy widziałem emerytowanych akcjonariuszy obładowanych smakołykami lub zataczających się po spożyciu ‘płynnej dywidendy’. Wszystkie te cuda nie widy mogą być Twoje, szanowny czytelniku, za cenę akcji, uprawniających Cię do uczestnictwa w zgromadzeniu.

Akcje brytyjskich firm są tanie. Często jest to wydatek kilkudziesięciu (a nawet kilku) pensów za akcję. Kup sobie, szanowny Rodaku, po jednej akcji każdej większej firmy notowanej na londyńskiej giełdzie a między marcem a czerwcem będzisz miał darmową ucztę. No prawie darmową, ale wydatek kilkudziesięciu pensów za akcję zwróci Ci się w jeden dzień (chyba, że jesteś akurat na diecie). Jak akcje firmy wzrosną, zarabiasz podwójnie, a jak firma padnie – 20 pensiaków to nie fortuna 😉

Gdybym mieszkał w bLondynie sam bym tak uczynił. Niestety mieszkam nawsi i nic nie jadam, nic nie pijam, czasem jak przebigam przez rzeczkęto łyknę wody kapeczke… i zapalę traweczkę 😉

My płacimy za ratowanie szanownych tyłków panów bankierów, najedzmy się przynajmniej na ich koszt!!!

Panowie! Do sztućców!!! Wyżerkę czas zacząć!

Aaaaaaatttttaaaaaaacccccckkkkkk!!!!!

Na kuniec dwie piosnki, które dedykuję bankierom: http://www.youtube.com/watch?v=ewiXA_he6VQ&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=dE-LDfroa1w

Miłego słuchania.

Wielka smuta na rynkach finansowych

Niedawno dowiedziałem się co z radziecka znaczy słowo ‘smuta’. Przez lata żyłem w nieświadomości (myśląc, że termin pochodzi od tego, że nasi wschodni sąsiedzi smucili się po utracie czapki monomacha), aż pewnego pięknego dnia moja gruzińsko-ormiańsko-rosyjsko-jakośtamplemiennosyberyjska przyajciółka mnie oświeciła. Krzyknę tedy ‘Huzzah!’ mam fajny tutuł na posta!

W zeszłym tygodniu, oczywiście bumelując w pracy, czytałem zabawną wiadomość o dwóch Chińczykach, którzy wybrali się do jakiegoś Kazachstanu czy innej Mongolii,gdzie za niewielką sumę 2000 bezwarościowych dolarów hahamerykańskich zakupili na bazarze wielką kulę. Obaj panowie nie wiedzieli co to za kula ale uznali ze kula jest cool bo się świeci w nocy i fajnie iskrzy (trudno im się dziwić! Każdy normalny człowiek (a nawet ja!) kupiłby se takie cudo za tak okazyjną cenę). Następnie nasi żółci bohaterowie przemycili wunder-kulę do Chin (wohin?), w których to Chinach postanowili ją komuś opylić. Ponieważ nie mieli pojęcia czym właściwie dysponują (oprócz tego, że fajną kulą) odrąbali kawałek i zabrali do miasta w celu wyceny u rzeczoznawcy… Okazało się, że był to zubożony uran. Niestety w artykule nie podano jaka była jego wartość więc nie wiem jaki można było ubić geszeft, podano jednak, że niedoszli handlarze o mały włos nie skończyli za kratami. Na ich szczęście władze Chińskiej Republiki Ludowo Demorkatycznej (:P) uwierzyły, że delikwenci nie wiedzieli oni co kupują. Innymi słowy – kupili kota w worku i przejechali się na nim jak Zabłocki na mydle.

Parę dni temu pewien pan, były szef działu zarządzania rydzykiem w pewnym międzynarodowym banku, a który obecnie wykłada na tym samym uniwerku, na którym wykłada moja piekniejsza połówka, zapytany ‘skąd do cholery wziął się ten cały kryzys’ odpowiedział ‘bo oni sami nie wiedzą w co ładują pieniądze’. Powiedział tyż, że kiedy rok temu rozmawiał z kolegą, menydżerem pewnego funduszu hedgingowego, zapytał go – ‘w co wy właściwie inwestujecie?’, kolega roześmiał się i odparł ‘nie mam zielonego pojęcia’. No to teraz nie jest mu pewnie do śmiechu.
Ba! W zeszłym tygoniu byłem na spotkaniu u bLondynie (tym samym, w trakcie którego w porywie weny twórczej zdewastowałem królewskie szalety). Obcowałem na nim z dyrektorami największych spółek giełdowych i z dyskusji jaka wynikła dowiedziałem się, że panowie dyrektorowie za bardzo nie wiedzą za co dostają pieniądze. Nie wiedzą konkretnie jakie są długofalowe strategie, i na jakich zasadach funkcjonują ich firmy (a przecież za osiągnięcia firm dostają kasę). Najważniejsze, że znają innych panów dyrektorów, którzy znają innych panów dyrektorów, i panów polityków i ‘wszysztko sze kręci’. Dlatego Anarch z własnej kieszeni ratuje teraz Północny Kamień (Nothern Rock) a wszystko wskazuje, że wkróce będzie też ratował HBOS.

Wymienieni powyżej chińscy sprzedawcy uranu sami sobie byli winni, mieli szczęście, że nie trafili do kicia. Gdybym ja wszystkie pieniądze zainwestował w karty zdrapki, nazwałbyś mnie pewnie, szanowny czytelniku, idiotą, ale w porównaniu z bankierami podjąłbym świadomą decyzję, wiedząc ile mogę zyskać a ile stracić. W przypadku moim (i Chińczyków) państwo nie utworzy sztabu kryzysowego, nie wydrukuje pieniążków, żeby powetować mi straty (niezależnie ile bym w te zdrapki zainwestował).
Natomiast aby pomóc nieodpowiedzialnym bankierom, którzy ochoczo szastali cudzymi pieniążkami, państwo sięga do mojej kieszeni i drukuje pieniądze… żeby panowie prezesi, mieli miękkie lądowanie.

Problem polega na tym, że zasoby mojej sakiewki są ograniczone, drukować też nie można w nieskończoność. Interwencje państwa zresztą nic nie pomagają a tylko wprowadzają jeszcze więcej zamieszania. Weźmy upadłych ostatnio braci suLehman. Najpier rząd USiA(siUSiA) wsparł Bern Stearns’a – rynek niby miał zareagować entuzjastycznie, już miał się uzdrowić, ale zaraz potem w diabły poszły Dupcia i Fredzio (Fanny & Freddie), rząd z troskę pochylił się i nad tymi instytucjami. Kiedy więc nad przepaścią stanęli suLehmanowie, wszycy liczyli, że sytuacja się powtórzy i amerykańscy podatnicy znowu zostaną przymuszeni do roli Świętego Mikołaja. Tak więc suLehmanowie odrzucali kolejne oferty – najpierw Korea Development Bank, potem Bank of America, potem Barclays Bank, a w kolejce stały też Kohlberg Kravis Roberts & Co oraz Bain Capital. Mimo, że wartość rynkowa suLehmanów leciała na łeb na szyję, ci zawyżali cenę licząc na geszeft, a jakby co – na pomoc pastwa, które stworzyło przecież precedens. W efencie – Bank padł a na ‘Walsztrecie’ rozległ się ryk. 

Dzisiaj pojewiły się kolejne wieści, że banki centralne naszych państw aby pomóc bankierom dodrukowały więcej kasiorki…
Ech! Bankierem być!

Na koniec muzyczka, ze specjalną dedykacją dla Ciebie, szanowny czytelniku: http://www.youtube.com/watch?v=RBHZFYpQ6nc

Socjalizm albo śmierdź czyli osły siedzące na worku złota

Siedziałem dzisiaj w robocie przeglądając poranną prasę. Me czerwone od przepicia oczy przyciągnęła wiadomość o wydarzeniach w Boliwii. Poczytałem poklikałem na artykuły związane z tematem (czyli o panu Ciawezie i jego strachach na lachach). Następnie udałem się w wiadome miejsce rozmyslań.

Mamy na świecie ludzi, którzy nie mogą się obejść bez jakiegos wroga. Waldemary Pawlaki miały swoich Karguli, Pitera ma Kłopotek, górale maja warkocze góralki, o które się biją (na szczęście góralka ma dwa to się podzielita), Homer ma Neda Flandersa, Elmer królika Bagsa… Każdy ma jakiegoś bzika – Rydzyk ma Senyszyn – Senyszyn ma Rydzyka.

Mister Ciawez w poczie czoła buduje boliwariański socjalizm w Wenezueli, señor Morelas gołymy ręcamy wprowadza wenezueliański socjalizm w Boliwii, patronuje im niestrudzony Fidel, który przez 50-lat prowadzilł na swojej pięknej wyspie Rewolucję (ostatnio przekazał stery swojemu młodszemu bratu, żeby ten tchnął młodego 77-letniego ducha w żagle Rewolucji. Młodosc idzie! Hej!).
Jeśli ktoś obserwuje tamtejszą scenę gejo-polityczną zauważy, że dużo w tym wszystkim gadania, napinania muskułów, wrzasków i gróźb, ale kraje Ciaweza, Morelasa i Fidelasa z roku na rok stają sie coraz biedniejsze. Kubę jeszcze mogę zrozumieć bo źle zahandlowali – wzięli rakiety od Ruskich i embargo od Jankesów, potem Ruscy zabrali rakiety ale embargo zostało i nie da się go nikomu opchnąć. Ale Wenezuela i Boliwia siedzą na worku złota i mimo to klepią biedę (oprócz rządzących oczywiście, którzy poklepują się po plecach).

Gdyby tego było mało, panowie Czawez i Kastro wspierają różnych bandziorów ganiających po dżungli i destabilizujących sąsiednie kraje a za biedę swoich obywateli oskarżają mister Busza i ‘dziankis de mjerda’ (gównianych jankesów).

Szczerze pisząc nie rozumiem tego szaleństwa – przecież Wenezuela siedzi na ropie, Boliwia na gazie – zamiast się zbroić, finansować oszołomów, rozwalać państwo i wtrącając ludzi w jeszcze większą biedę, żeby łatwiej było nimi manipulować i umocnić swoją władzę, mogliby zrobić ze swoich krajów drugą Norwegię czy Emiraty (jak już bez socjalizma się obejść nie potrafią). Handlować z sąsiadami w myśl zasady ‘zgoda buduje, niezgoda rujnuje’.

Ja wiem, że andrenalina przy tym za bardzo by im nie podskoczyła, ale w rządzeniu nie chodzi o andrenalinę (jak kto chce podniety może se skakać na bandżi). Zamiast wojować z dziankis de mjerda, panowie Czawez i Morelas powinni wziąć sobie poniżsżą radę pewnego poskiego szlachcica do serca:

Robota kmiotków to dochód albo intrata najwiętsza w Polsce wszędy,którą robotę gospodarz tak ma szafować, coby kmiotków nie zubożył, a ku więtszemu pożytku co rok przywodził…


Na razie wyżej wymienieni panowie kierują robotą ‘kmiotków’ tak, że jak jeszcze parę lat temu moja żona pracowała dla firmy kolumbijskiej mającej rynek zbytu w Wenezueli, biznes się kręcił bo Wenezuelczycy nie wiedzieli co robić z forsą a teraz ‘kmiotki’ muszą coraz bardziej kompinować kompinować, żeby mieć co do garka włożyć. Lepiej o tym pisze Tierralatina na swoim blogu.

Swego czasu pewien wegetarianin napisał bardzo dobry tekst o socjalnych wolnościowcach. Otóż dawno dawno temu, za górami i za lasami (ale jeszcze w zaborowej Polsce) żyli sobie socjaliści, którzy domagali się zmniejszenia roli państwa w życiu obywatela. Ustrój socjalistyczny miał być budowany na zasadach dobrowolności – tzn. z tego co zrozumiałem, przynależność do ZUS-u czy innych zdobyczy systemu o czerwonym zabarwieniu miała być dobrowolna. Niestety świat ich nie posłuchał i wprowadzał ten system pod przymusem, przelewając krew niewiniątek. Jak widać nadal niczego się nie nauczył.

I tym czerwonym acentem zakończę dzisiejszy krótki wątek, na koniec jak zwykle muzyczka: http://www.youtube.com/watch?v=po09lcDxXIA&feature=related

PS. Ostatnio Boliwijczycy pobili sie o gazy. Japroponowalbym każdemu po puszce fasoli. Zamiast się bic, każdy będziedysponował swoim gazem. Jakby co to ja mogę przesyłac osobiścieprezydentowi Morelasowi moją nadprodukcję.

Kolumbia – cz. VIII czyli wypad nad morze

Nareszcie! Wczoraj ruszyłem mój leniwy wywłok do kuchni, gdzie w komodzie trzymam zdjęcia z Kolumbii. Poskanowałem kilka, w związku z czym proponuję Ci dzisiaj, szanowny czytelniku, wycieczkę nad błękitne morze karaibskie, gdzie moja intymność została naruszona przez trzy korpulentne Murzynki, gdzie muskularny potomek niewolników gonił mnie z maczetą w dłoni, gdzie zmuszony zostałem do targowania się o jakieś maski, których i tak nie kupiłem w związku z czym musiałem pierzchać przed tłumem sprzedawców, wreszcie, gdzie nabawiłem się (choć nie było to zabawne) pierwszego (i jak na razie ostatniego) udaru słonecznego.

Taaaak. Za długo zabradziażyliśmy w Bogocie, wspomnienia zbliżyły się niebezpiecznie blisko podróży kulinarnych Roberta Makłowicza. Jeszcze mnie pożre ten pasibrzuch w chwili nieuwagi. Wypad na wybrzeże powinien nam dobrze zrobić i zrobić dobrze.

Zanim jednak zacznę – nie sugeruj się, szanowny czytelniku datą na zdjęciach. Przy zmianie bakterii w aparacie zapomniałem nastawić datę. W 94′ byłem jeszcze zbyt młody i mogłem się wybierać co najwyżej na kolonie na Mazurach. Moją pierwszą podróż do Kolumbii odbyłem w 2002.

Cartagena de Indias
Kiedy żona (jeszcze wtedy dziewczyna, nawet nie narzeczona) oznajmiła mi, żebym pakował manatki, przestarszyłem się, że może czymś obraziłem moich kolumbijskich dobroczyńców i wywalają mnie na bruk. Szybko jednak przekonałem się, że było dokładnie na odwyrdkę – musieli mnie polubić bo lecimy do Cartageny!
Bardzo się ucieszyłem, nie tylko dlatego, że odwiedzę miasto, które tyle razy plądrowałem w Piratach Sida Majersa, ale też dlatego, że dzień wcześniej nażarłem się lodów i trochę się pochorowałem. Klimat Bogoty wydawał mi się zbyt chłodny żeby wypocić choróbsko. ‘W karaibskim ukropie w try miga wygotuję tą zarazę’ pomyślałem.

Do Cartageny można wybrać się na dwa sposoby:

1. Polecieć liniami Avianca; lub
2. Polecieć liniami Aero Republica.

Być może są jeszcze inne linie, którymi można polecieć, ale nie są mi znane. Avianca i Aero Republica są najbardziej znane więc pewnie i najbezpieczniejsze.

Spytasz zapewne, szanowny czytelniku, ‘a co z transportem drogowym’? Nie można pojechać samochodem, czy autokarem? Pewnie można. Zważ jednak, że Kolumbia jest ze cztery razy większa od Polski (dokładnie ok. 3.6 raza) a większość drogi prowadzi przez górecki, przy których nase górecki są niewinne, przyjazne i bezpieczne. Może się okazać, że będziesz musiał przerwać podróż w połowie drogi, bo kawałek górecki zwalił się na drogę i nie da się przejechać (górecka może zwalić się np. w wyniku obfitego deszczu lub trzęsienia ziemi). Nam przydarzyło się to w drodze w głąb Santander, na szczęście droga była przejezdna -jedynie ze 3/4 szerokości było zawalone błockiem).
W czasach, w których wybieraliśmy się do Cartageny trzeba się było liczyć z jeszcze jednym problemem. Po drogach Kolumbii (szczególnie tych na nizinach i niższych partiach górecek) kręciły się bandy złych ludzi błędnie nazywanych partyzantami. Partyzantami to byli nasi dziadkowie walczący z najeźdźcą – kolumbijscy marksiści, czy działacze Samoobrony to poprostu bandyci i inaczej nie mam zamiaru ich nazywać, nieważne jaką propagandę głoszą. Otóż kręcili się ci z
łoczyńcy po większej połowie kraju (nie ma przecież mniejszej połowy) i taki gringo jak ja byłby dla nich napewno niezłym kąskiem. Obecnie jest już na szczęście troszku bezpieczniej. Dwa lata temu zjeździliśmy Llanos, po którym Cejrowski w 1999 musiał poruszać się jak po polu minowym. Teściowie jeżdżą sobie do Medellin (w Polsce znane głównie z kartelu, który już nie istnieje), Pereiry czy Bucaramangi, gdzie dawniej trzeba było latać by nie rydzykować bliskich spotkań trzeciego stopnia z panami porywaczami. Niestety jest jeszcze wiele niebezpiecznych miejsc na drogach i w niektóre miejsca inaczyj niż samolotem lepiej się nie wybierać, no chyba że ktoś bardzo pragnie zobaczyć jak wygląda AK-47 imported from Venezuela… A szkoda bo ja jestem człowiekiem drogi – jak mam czas wolę jechać gdzieś dwa dni ale poznawać kraj, niż lecieć dwie godziny i poznawać drinki i przekąski podawane przez stewardessy, niezależnie od powabności stewardess czy smaku napitków i przekąsek.

No ale bezpieczeństwo przede wszystkiem, tak więc byliśmy skazani na lot Aviancą.

Nigdy wczesniej w moim krótkim życiu nie byłem w tropikach. Polski SANEPID poradził mi żebym przed wyprawą do Kolumbii zaszczepił się na żółtą febrę, dur brzuszny i wiele innych straszności. Zakupiłem też jakieś tabletki na malarię, które miałem brać w tropikach (pan doktór powiedział, że poniżej wysokości 1000 metrów nad poziomem morza pojawiają się komary przenoszące malarię – teściowa, też lekarka, powiedziała mi później, żebym nie brał tych tabletek bo nie są dobre na wątrobę a z nią nic mi nie grozi). Byłem więc przygotowany na wszystko tylko nie na to co stało się zaraz po wyjściu z samolotu.

Uśmiechnąłem się do stjuardesy, powiedziałem dziarsko ‘adios!’ i wyszedłem z samolotu. Natychmiastowo moje nozdrza i usta zachłysnęły się gorącą parą wodną, taką jaka powstaje po polaniu wodą wyngła w saunie. W tym samym momencie wszystko co miałem na sobie (czyli podkoszulek i gacie) przyległo do mnie, jakby kto we mnie chlusnął kubłem wody. Gdybym miał trochę tuszy, mógłbym spróbować moich sił w konkursie mistera morkej podkoszuli, bez potrzeby moczenia jej wodą. 100% wilgotność powietrza? Ha! Cartagena wyrabiała tego wieczora 500% normy!
‘Ale to się człowiek musi napocić, żeby wypocząć w tropikach’ pomyślałem, jednak w tej samej chwili stwierdziłem, że łatwo mi będzie w tych warunkach wypocić chorobę. Przybyliśmy do hotelu, zażyłem aspirynkę, wyłączyłem klimatyzację i położyłem się spać. Obudziłem się około 3 w nocy w przemokniętej pościeli! Rany boskie! Co ja zrobiłem?! Na szczęście okazało się, że to jeno karaibski klimat wypaca moje choróbsko. Ufff… Jednak bez klimy się nie da – chyba, że chcę się utopić we własnych potach.
Dotrwałem jakoś do rana, przyszła bardzo miła pani sprzątaczka, wydukałem jej, że potrzebuję nową pościel a pani odpowiedziała ‘no problemo’. Na miasto udałem się więc bez kamienia na sercu… a i choroba gdzieś się zapodziała w nocy. Może poszła na imprezkę? W każdym razie musiała się nieźle ubzdryngolić, bo już nie wróciła.

Wyszedłliśmy na miasto…
Cartagena jest pięknym zabytkowym miastem. Jej piękno doceniło Junesko (czyt. UNESCO), które wpisało na swoja listę kargagiński port, fortecę oraz zespół zabytków. Stare mesto całkowicie otoczone jest murem o d
ługości około 11 kilometrów, z którego wciąż straszą hiszpańskie harmaty – niech się tylko napatoczy jakiś brytyjski awanturnik. Perełki karaibów strzeże też potężna, trzypoziomowa forteca, tak więc gdyby nawet jakiemuś szaleńcowi udało mu się zdobyć miasto, wpadłby pod jej silny ogień:

  

W każdym bądź razie nam strzelać nie kazano:

 

Budową fortyfikacji zajmowali się najlepsi europejscy inżynierowie. W dawnych czasach ludzie odżywiali się zdrowo i żyli dłużej, czego dowodem jest fakt, że ci europejscy inżynierowie fortyfikowali miasto przez ponad 200 lat! (Dokładnie 208)

Forteca połączona jest z miastem podziemnym tunelem, tak więc można szybko przerzucić wojsko z jednego miejsca na drugie i zaskoczyć przeciwnika.

Poza tym, zanim przeciwnik dosta
łby się w pobliże miasta, musiałby się zmierzyć z łańcuchami przeciągniętymi po dnie zatoki. Kiedy wrogi statek zbliżał się do portu, podnoszono łańcuchy, zamykając go w pułapce. Nastepnie z dwóch stron zatoki walono do niego z harmat! Po mojemu to to miasto można byłoby zdobyć jedynie zdradzieckim podstępem… Podobno na taki podstęp chciał się porwać słynny pirat Dżak Sparoł, ale jego kamraci uznali pomysł za szalony i porzucili go na jakiejś wysepce.
Szczerze pisząc nie znam się za bardzo na architekturze wojskowej i taktykach walki. W Piratach zawsze atakowałem Cartagene od strony lądu, zachodząc od tyłu, wyciągając przeciwnika w pole i w te pędy rzucając się na opuszczony fort. Potem klikając jak najszybciej lewym przyciskiem myszy, wygrywałem pojedynek szermierczy z kapitanem fortu i zdobywałem wielki łup… Coś mi się jednak wydaje, że w rzeczywistości sprawa nie byłaby taka prosta. Z krótkiego rozeznania na sieci wyczytałem, że historycy sztuki militarnej uzają fortyfikacje Cartageny za arcydzieło ówczesnej mysli obronnej. Mnie, laikowi, mury, forty, i harmaty zaparły dech w piersiach. A jestem pewien, że miałem do czynienia jedynie z pozostałościami oryginalnych zabudowań. Magnifique!

No, ale ja się tu zachwycam, a przecież gdyby Hiszpanie nie zainwestowali tyle złota w budowle obronne, kto wie? Może w Kolumbii mówiłoby się teraz po angielsku i nie miałbym problemów z dogadaniem się?

Tym pytaniem muszę zakończyć dzisiejszy wątek bo obowiązki domowe wzywają. Za tydzień pochodzimy po starym mieście a może nawet zostaniemy napastowani przez potężne Murzynki? Kto wie?

Skoro jesteśmy nad morzem to należałoby zapodać jakąś cumbię (akurat znalazłem taką o Cartagenie ze zdjęciami z miasta):

http://www.youtube.com/watch?v=8JjcZMkwAXM

No i oczywiście vallenato: http://www.youtube.com/watch?v=va1TYFeMdeI

Kadra na miarę wszechczasów! Lechu i Leo – do roboty!

Dziś krótko bo trza iść spać – wygraliśmy z San Marino! Huzzah!
Meczu nie widziałem, ale z komentarzy w sieci wynika, że nie przestraszyliśmy się rywala! Walczyliśmy jak lwy i pokonaliśmy go na jego własnym terenie. Fortuna była przeciwko nam – drukarz Łeb podyktował karne Portugalczykom, Wichniarek się zwichnął a Saganowskiemu pękła gumka w stringach – ale zacisnęliśmy pośladki i zwyciężyliśmy!!!

Ponieważ z pewnych znanych mi źródeł wiem, że sam pan Prezydent w Pałacu czyta mojego bloga, a skoro prezydent to i na pewno menydżer kadry też, chciałem im poddać pod rozwagę pewną moją myśl: nasza kadra nie jest jeszcze na poziomie światowym.

Na turnieje międzynarodowe musimy mieć międzynarodowy skład. Jeden Brazylijczyk nic tu nie poradzi. Zakradłem się wczoraj do szatni jednej z najlepszych drużyn na świecie i wyzierając z klozetu nagrałem ich na ukrytą kamerę.

I zaprawdę powiadam Wam – dopóki kadra nie będzie wyglądać tak jak na załączonym obrazku, nic w świecie nie wskóramy:

http://www.youtube.com/watch?v=03Tck7-1Ooc&feature=related

Tak więc panie Prezydencie – do roboty! Naturalizowywać, naturalizowywać i jeszcze raz naturalizowywać!!!

Coach Sir – trein trein trein! In het omgaan met het zweet! Ik heb voorbereid twee educatieve filmen (tłum: panie trenerze – trenować trenować trenować!!! W pocie czoła! Pozwoliłem sobie przygotować dwa filmy instruktażowe):

http://www.youtube.com/watch?v=tUvK5XHlHuM

i

http://www.youtube.com/watch?v=fmFQMIGxrnc

Dobranoc!

Emerytury Azteków, kastracja Teofilów, zboczeńce i 8-letni kapusie…

Ech! Ale mam urwanie gwizdka! Nie dość, że mój dostęp do komputera jest bardzo ograniczony, to jeszcze w wolnych chwilach, kiedy się do niego dorwę odpowiadam na korespondencję tudzież posyłam rysy mojego zycia do różnych firm. Co prawda robota moich marzeń jeszcze się nie pojawiła, ale dobrze jest potrenować na rozmówkach kwalifikujących. Zawsze się można nauczyć nowych trików, tak więc kiedy tylko pojawi się oferta pracy dla bumelanta będę zwarty i gotowy! Arrrrrrr!

Wczoraj robota wysłała mnie do bLondynu. Dojechać tam z mojej wiochy to straszna mordęga. Sprywatyzowane koleje powinny się reklamować następująco – za jedyne 50 funtów damy Ci godzinę czasu żebyś przekonał się jak się czuje sardynka w puszcze. Makabreska! Prywatyzacja państwowego monopolu na monopol prywatny nie jest żadną zmianą – to trochę tak jak w Peru z prywatyzacją Maćku Pićku prezydent chciał sprywatyzować trasę turystyczną – zamiast państwu, turyści płaciliby jemu. Na miejsce dotarlem z wywieszonym ozorem.

No ale przybytek, który odwiedziłem był wart zachodu – Królewskie Towarzystwo Sztuki! Po latach mogłem się odchamić. Co prawda sztuki tam nie oglądałem bo nie po to mnie tu przysłali (poza tym pewnie bym nie zrozumiał) ale nie omieszkałem odwiedzić miejsca, do którego nawet królowa chodzi piechotą… kto wie? Może te odgłosy z kabiny obok… chociaż, to raczej niemożliwe…

W każdym bądź razie tradycyjnie w takich miejscach urządzam sobie burzę mózgów (a w zasadzie dwóch półkul jednego zwichniętego mózgu). Tematów w tym tygodniu multum – na pierwszy ogień wziełem sobie Azteków.

Aztekowie to wredne plemię. Ich wódz – Montezuma – zawsze mnie atakował w Cywilizacji dwójce. Podpisywałem z nim kolejne traktaty pokojowe a ta parszywa gnida spuszczała na mnie bomby atomowe! Co ja z nimi miałem to wiem tylko ja, Montezuma, oraz mój brat na którego krzyczałem, żeby mnie wpuścił na komputer, bo mam porachunki do wyrównania (brat z kolei krzyczał na mnie że musi zniszczyć Ghandiego!). Bardzo się ucieszyłem, że polski nieRząd wziął się za Azteków i planuje odebrać im przywileje emerytalne nie stosując się przy tym do żadnych zasad przyzwoitości, prawa i jakichś dydrymał, że emerytura to własność prywatna (co prawda pod przymusem odłożona w czasie) – Montezuma mógł o tym pomyśleć zanim mnie zbombardował. Płemieł wspaniale mści się za me męki i me bóle (i za globalne ocieplenie, wywołane przez azteckie ataki nuklearne). Oczywiście jak to z zemstą bywa – jest to miecz obosieczny. Ktoś kiedyś może zechcieć zemścić się na płemierze za Irak, Afganistan, kastrację czy tajne więzienia Si Aj Ej. Ktoś może powiedzieć, że np. żołnierze polscy zabijający pasztuńskich pastuchów na emerytury nie zasłużyli. Wszystko to kwestia podejścia do sprawy. Jeśli odbieramy coś Aztekom bo zrobili nam ziazi, to ktoś  kiedyś może się nam odpłacić tym samym za inne ziazi. Ja tam żadnym TW nie jestem a jedyna krew jaką przelewam to moja własna podczas golenia, ale zdaję sobie sprawę z tego że z moją emeryturą mogę się w każdej chwili pożegnać z byle powodu. Jak się chce psa uderzyć kij się zawsze znajdzie. Nie wiem kto będzie u władzy za jakieś 30 lat i co się stanie z ‘moimi’ pieniędzmi. Traktuję więc moje składki emerytalne jak kolejną daninę i sam staram się zabezpieczyć na przyszłość z tego co mi zostaje. I to samo radzę poddanym państwa prawa realizującego zasady krzesła elektryczn… eee… znaczy się sprawiedliwości społecznej.

Na drugi rzut poszli Teofile. Okazuje się, że nasz płemieł chce ich kastrować. Mam nadzieję, że publicznie ku uciesze gawiedzi. Jak by co to w Sukiennicach na Rynku w pewnym austro-węgierskim mieście prowincjonalnym wisi nóż, którym kaleczono skazańców. Stary dobry nóż przypomniałby sobie swoje stare dobre czasy. A jajca możnaby słać na oba krańce Rzeczypospolitej ku przestrodze (jak członki tego zboczeńca Mela Gibsona, którego pocięli w Brejwharcie – był on zboczony do tego stopnia, że miał aż cztery członki!). Wychodząc z założenia, że dzieci w przyszłości będą opłacać nasze emerytury, należałoby je (emerytury, nie dzieci) zabrać także i Teofilom – jeśli taki skrzywi dziecko, to potem to dziecko zamiast zarobić na nasze emerytury, będzie korzystać z państwowej pomocy! Skoro Aztekom można zabrać to Teofilom też – w końcu powód do zemsty jak znalazł.

O Teofilach nie wspominałbym, bo wogóle mnie ten temat nie interesuje, ale chcąc niechcąc związał się on (zboczeniec!) z tematem trzecim – dziś wszyscy jesteśmy zboczeńcami! Przynajmniej w oczach pewnego brytyjskiego samorządu. Jeśli kiedyś zawitasz, szanowny czytelniku do hrabstwa Shropshire (na zachodzie Anglii) lepiej nie wybieraj się do miasteczka Telford. Otóż każden któren wchodzi do tamtejszego parku miejskiego bez asysty nieletniego – jest dla władz miasta potencjalnym zbokiem! Samorządowcy nakazali swoim urzędnikom zatrzymywać i kontrolować każdego degenerata, który samotnie przebywa w parku. Każdy normalny człowiek wie przecież, że do parku można wchodzić tylko z dzieckiem! Tylko dewiant wybiera się tam żeby usiąść na ławeczce, wygrzać się w słońcu, czy zaczerpnąć świeżego powietrza. A już nie daj Boże jak jest w dresie i biega. Biega bo napewno poluje na dziecko a dres jak wiadomo łatwo sciągnąć – takiego od razu należałoby wysłać naszemu miłościwie panującemu płemiełowi, żeby ten własnoręcznie pozbawił potwora genolitów… gonital… gonad… no po prostu jajec! Strach się bać. Zaniedługo ludzie zaczną robić dzieci tylko po to, żeby nie zostać podejrzanymi o teofilię. Tak na marginesie – dobra alternatywa dla becikowego – jak nie marchewką to kijem! Jak nie chcą dla tysiąca to niech się mnożą ze strachu – w końcu ktos musi zarobić na nasze emerytury! 😛

Skoro już omawiamy bolesny temat kastracji, to jest to moim zdaniem najlepszy jak dotąd pomysł Ministerstwa Kultury. Oglądałeś, szanowny czytelniku, ten film – Farinelli Ostatni Kastrat? Pamiętasz jakim pięknym głosem i wielką sławą cieszył się główny bohater? No to u nas będzie lepij – nie Farinelli a Teofil i nie ostatni a jeden z wielu. Możemy stworzyć cały chór kastratów i urządzać koncerty. Jestem pewien, że wystep takiego chóru przyciągnie amatorów sztuki z całego świata i wypromuje nasz kraj lepiej od konkursu szopenowskiego. A na najsampierw do kastracji powinien pójść ten gościu z filmu dokumentalnego pt. ‘Seksmisja’ – sam się przyznał że swoją nieletnią córkę klepał po pupci! Odrażające! Już go tam zresztą o mało nie wykastrowali, ale wszystko zniweczył pewien Cygan co sobie przyprawiał cycki. Ech ci Cyganie!

And last, but not least (tak tak, bardzo długo siedziałem w królewskich szaletach) – w sobotę rzuciłem okiem na artykuł w Dziennym Telegrafie. Nie czyta
łem go jednak bo w weekendy odpoczywam od polityki. Natomiast w poniedziałek odszukałem tenże artykuł na sieci a we wtorek przemyślałem we wspomnianym już miejscu medytacji. Jak donosi gazeta samorządy brytyjskie zatrudniają dzieci (od ośmiolatków poczynając) do szpiegowania sąsiadów. Dziatwa wyposażona zostaje przez samorząd w samorządny aparat fotograficzny i ma za zadanie robić fotki wszystkiej podejrzanej działalności sąsiedzkiej i okolicznej (np. zbrodni niesortowania odpadów, zbrodni śmiecenia, zbrodni niesprządtania psich kup itd.). Zawsze uczono mnie (w szkole), że XIX kapitalizm był zły, bo wyzyskiwał dzieci. Dzieci jak wiadomo łatwo wykorzystać – za kilo dropsów zatrudnić je do umycia samochodu czy skoszenia trawnika. Dziecko jest naiwne, nie wie kiedy jest wykorzystywane, nie wie też, że nie wszystko jest dla niego dobre, że zamiast cukierków lepiej jeść warzywka a zapłata w dropsach jest gorsza od zapłaty w ryżu. Dlatego między innymi państwo zakazuje nam zatrudniać dzieci. Oczywiście – ‘co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie’. Jeśli ja zagonię do pracy swoje dziecko, to pójdę siedzieć a dziecka już raczej nigdy nie zobaczę – państwo natomiast za moimi plecami może mojego dzieciaka najmować do parszywj roboty donosiciela! Najpierw kapowanie na sąsiadów… a potem pewnie przyjdzie też pora na Telesfora i władza nakarze memu dziecku dostarczać kwity na mnie!
Przeglądałem sobie ostatnio książki, które planuję dostać w prezencie na nadchodzące wielkimi krokami urodziny. Podczas przeszukiwania zasobów amazonu, natkną
łem się na książkę o życiu prywatnym w czasach stalinizmu. Pomyślałem, że se ją przeczytam z ciekawości, ale teraz widzę, że zrobię to raczej w celach instruktażowych. 

Przemyślawszy dogłębnie powyższe tematy, zadowoliwszy ciało i umysł postanowiłem wziąć pod uwagę rangę budynku, w którym się znajdowałem, i zostawić po sobie jakieś wiekopomne dzieło. Wyciągnąłem więc pisak z marynarki i walnąłem na ścianie klozetu wielki artystyczny i ponadczasowy przekaz – ‘gupi KaKa-owiec’ (to od inicjałów Księcia Karola). I na tym zakończyła się moja wizyta w królewskich łazienkach Towarzystwa Sztuki. Już mnie tam pewnie więcej nie wpuszczą.

A skoro już zabrnąłem w tematy medytacji i rozmyślań to tutaj piosenka o mnie: http://www.youtube.com/watch?v=s82_ItuMyUM

No i jak juz o dzieciach było to moze jeszcze piosnka o nich (chociaż teledysku z moich czasów nie znalazłem): http://www.youtube.com/watch?v=IBp5wNhm7cQ