Kolumbia – cz. VIII czyli wypad nad morze

Nareszcie! Wczoraj ruszyłem mój leniwy wywłok do kuchni, gdzie w komodzie trzymam zdjęcia z Kolumbii. Poskanowałem kilka, w związku z czym proponuję Ci dzisiaj, szanowny czytelniku, wycieczkę nad błękitne morze karaibskie, gdzie moja intymność została naruszona przez trzy korpulentne Murzynki, gdzie muskularny potomek niewolników gonił mnie z maczetą w dłoni, gdzie zmuszony zostałem do targowania się o jakieś maski, których i tak nie kupiłem w związku z czym musiałem pierzchać przed tłumem sprzedawców, wreszcie, gdzie nabawiłem się (choć nie było to zabawne) pierwszego (i jak na razie ostatniego) udaru słonecznego.

Taaaak. Za długo zabradziażyliśmy w Bogocie, wspomnienia zbliżyły się niebezpiecznie blisko podróży kulinarnych Roberta Makłowicza. Jeszcze mnie pożre ten pasibrzuch w chwili nieuwagi. Wypad na wybrzeże powinien nam dobrze zrobić i zrobić dobrze.

Zanim jednak zacznę – nie sugeruj się, szanowny czytelniku datą na zdjęciach. Przy zmianie bakterii w aparacie zapomniałem nastawić datę. W 94′ byłem jeszcze zbyt młody i mogłem się wybierać co najwyżej na kolonie na Mazurach. Moją pierwszą podróż do Kolumbii odbyłem w 2002.

Cartagena de Indias
Kiedy żona (jeszcze wtedy dziewczyna, nawet nie narzeczona) oznajmiła mi, żebym pakował manatki, przestarszyłem się, że może czymś obraziłem moich kolumbijskich dobroczyńców i wywalają mnie na bruk. Szybko jednak przekonałem się, że było dokładnie na odwyrdkę – musieli mnie polubić bo lecimy do Cartageny!
Bardzo się ucieszyłem, nie tylko dlatego, że odwiedzę miasto, które tyle razy plądrowałem w Piratach Sida Majersa, ale też dlatego, że dzień wcześniej nażarłem się lodów i trochę się pochorowałem. Klimat Bogoty wydawał mi się zbyt chłodny żeby wypocić choróbsko. ‘W karaibskim ukropie w try miga wygotuję tą zarazę’ pomyślałem.

Do Cartageny można wybrać się na dwa sposoby:

1. Polecieć liniami Avianca; lub
2. Polecieć liniami Aero Republica.

Być może są jeszcze inne linie, którymi można polecieć, ale nie są mi znane. Avianca i Aero Republica są najbardziej znane więc pewnie i najbezpieczniejsze.

Spytasz zapewne, szanowny czytelniku, ‘a co z transportem drogowym’? Nie można pojechać samochodem, czy autokarem? Pewnie można. Zważ jednak, że Kolumbia jest ze cztery razy większa od Polski (dokładnie ok. 3.6 raza) a większość drogi prowadzi przez górecki, przy których nase górecki są niewinne, przyjazne i bezpieczne. Może się okazać, że będziesz musiał przerwać podróż w połowie drogi, bo kawałek górecki zwalił się na drogę i nie da się przejechać (górecka może zwalić się np. w wyniku obfitego deszczu lub trzęsienia ziemi). Nam przydarzyło się to w drodze w głąb Santander, na szczęście droga była przejezdna -jedynie ze 3/4 szerokości było zawalone błockiem).
W czasach, w których wybieraliśmy się do Cartageny trzeba się było liczyć z jeszcze jednym problemem. Po drogach Kolumbii (szczególnie tych na nizinach i niższych partiach górecek) kręciły się bandy złych ludzi błędnie nazywanych partyzantami. Partyzantami to byli nasi dziadkowie walczący z najeźdźcą – kolumbijscy marksiści, czy działacze Samoobrony to poprostu bandyci i inaczej nie mam zamiaru ich nazywać, nieważne jaką propagandę głoszą. Otóż kręcili się ci z
łoczyńcy po większej połowie kraju (nie ma przecież mniejszej połowy) i taki gringo jak ja byłby dla nich napewno niezłym kąskiem. Obecnie jest już na szczęście troszku bezpieczniej. Dwa lata temu zjeździliśmy Llanos, po którym Cejrowski w 1999 musiał poruszać się jak po polu minowym. Teściowie jeżdżą sobie do Medellin (w Polsce znane głównie z kartelu, który już nie istnieje), Pereiry czy Bucaramangi, gdzie dawniej trzeba było latać by nie rydzykować bliskich spotkań trzeciego stopnia z panami porywaczami. Niestety jest jeszcze wiele niebezpiecznych miejsc na drogach i w niektóre miejsca inaczyj niż samolotem lepiej się nie wybierać, no chyba że ktoś bardzo pragnie zobaczyć jak wygląda AK-47 imported from Venezuela… A szkoda bo ja jestem człowiekiem drogi – jak mam czas wolę jechać gdzieś dwa dni ale poznawać kraj, niż lecieć dwie godziny i poznawać drinki i przekąski podawane przez stewardessy, niezależnie od powabności stewardess czy smaku napitków i przekąsek.

No ale bezpieczeństwo przede wszystkiem, tak więc byliśmy skazani na lot Aviancą.

Nigdy wczesniej w moim krótkim życiu nie byłem w tropikach. Polski SANEPID poradził mi żebym przed wyprawą do Kolumbii zaszczepił się na żółtą febrę, dur brzuszny i wiele innych straszności. Zakupiłem też jakieś tabletki na malarię, które miałem brać w tropikach (pan doktór powiedział, że poniżej wysokości 1000 metrów nad poziomem morza pojawiają się komary przenoszące malarię – teściowa, też lekarka, powiedziała mi później, żebym nie brał tych tabletek bo nie są dobre na wątrobę a z nią nic mi nie grozi). Byłem więc przygotowany na wszystko tylko nie na to co stało się zaraz po wyjściu z samolotu.

Uśmiechnąłem się do stjuardesy, powiedziałem dziarsko ‘adios!’ i wyszedłem z samolotu. Natychmiastowo moje nozdrza i usta zachłysnęły się gorącą parą wodną, taką jaka powstaje po polaniu wodą wyngła w saunie. W tym samym momencie wszystko co miałem na sobie (czyli podkoszulek i gacie) przyległo do mnie, jakby kto we mnie chlusnął kubłem wody. Gdybym miał trochę tuszy, mógłbym spróbować moich sił w konkursie mistera morkej podkoszuli, bez potrzeby moczenia jej wodą. 100% wilgotność powietrza? Ha! Cartagena wyrabiała tego wieczora 500% normy!
‘Ale to się człowiek musi napocić, żeby wypocząć w tropikach’ pomyślałem, jednak w tej samej chwili stwierdziłem, że łatwo mi będzie w tych warunkach wypocić chorobę. Przybyliśmy do hotelu, zażyłem aspirynkę, wyłączyłem klimatyzację i położyłem się spać. Obudziłem się około 3 w nocy w przemokniętej pościeli! Rany boskie! Co ja zrobiłem?! Na szczęście okazało się, że to jeno karaibski klimat wypaca moje choróbsko. Ufff… Jednak bez klimy się nie da – chyba, że chcę się utopić we własnych potach.
Dotrwałem jakoś do rana, przyszła bardzo miła pani sprzątaczka, wydukałem jej, że potrzebuję nową pościel a pani odpowiedziała ‘no problemo’. Na miasto udałem się więc bez kamienia na sercu… a i choroba gdzieś się zapodziała w nocy. Może poszła na imprezkę? W każdym razie musiała się nieźle ubzdryngolić, bo już nie wróciła.

Wyszedłliśmy na miasto…
Cartagena jest pięknym zabytkowym miastem. Jej piękno doceniło Junesko (czyt. UNESCO), które wpisało na swoja listę kargagiński port, fortecę oraz zespół zabytków. Stare mesto całkowicie otoczone jest murem o d
ługości około 11 kilometrów, z którego wciąż straszą hiszpańskie harmaty – niech się tylko napatoczy jakiś brytyjski awanturnik. Perełki karaibów strzeże też potężna, trzypoziomowa forteca, tak więc gdyby nawet jakiemuś szaleńcowi udało mu się zdobyć miasto, wpadłby pod jej silny ogień:

  

W każdym bądź razie nam strzelać nie kazano:

 

Budową fortyfikacji zajmowali się najlepsi europejscy inżynierowie. W dawnych czasach ludzie odżywiali się zdrowo i żyli dłużej, czego dowodem jest fakt, że ci europejscy inżynierowie fortyfikowali miasto przez ponad 200 lat! (Dokładnie 208)

Forteca połączona jest z miastem podziemnym tunelem, tak więc można szybko przerzucić wojsko z jednego miejsca na drugie i zaskoczyć przeciwnika.

Poza tym, zanim przeciwnik dosta
łby się w pobliże miasta, musiałby się zmierzyć z łańcuchami przeciągniętymi po dnie zatoki. Kiedy wrogi statek zbliżał się do portu, podnoszono łańcuchy, zamykając go w pułapce. Nastepnie z dwóch stron zatoki walono do niego z harmat! Po mojemu to to miasto można byłoby zdobyć jedynie zdradzieckim podstępem… Podobno na taki podstęp chciał się porwać słynny pirat Dżak Sparoł, ale jego kamraci uznali pomysł za szalony i porzucili go na jakiejś wysepce.
Szczerze pisząc nie znam się za bardzo na architekturze wojskowej i taktykach walki. W Piratach zawsze atakowałem Cartagene od strony lądu, zachodząc od tyłu, wyciągając przeciwnika w pole i w te pędy rzucając się na opuszczony fort. Potem klikając jak najszybciej lewym przyciskiem myszy, wygrywałem pojedynek szermierczy z kapitanem fortu i zdobywałem wielki łup… Coś mi się jednak wydaje, że w rzeczywistości sprawa nie byłaby taka prosta. Z krótkiego rozeznania na sieci wyczytałem, że historycy sztuki militarnej uzają fortyfikacje Cartageny za arcydzieło ówczesnej mysli obronnej. Mnie, laikowi, mury, forty, i harmaty zaparły dech w piersiach. A jestem pewien, że miałem do czynienia jedynie z pozostałościami oryginalnych zabudowań. Magnifique!

No, ale ja się tu zachwycam, a przecież gdyby Hiszpanie nie zainwestowali tyle złota w budowle obronne, kto wie? Może w Kolumbii mówiłoby się teraz po angielsku i nie miałbym problemów z dogadaniem się?

Tym pytaniem muszę zakończyć dzisiejszy wątek bo obowiązki domowe wzywają. Za tydzień pochodzimy po starym mieście a może nawet zostaniemy napastowani przez potężne Murzynki? Kto wie?

Skoro jesteśmy nad morzem to należałoby zapodać jakąś cumbię (akurat znalazłem taką o Cartagenie ze zdjęciami z miasta):

http://www.youtube.com/watch?v=8JjcZMkwAXM

No i oczywiście vallenato: http://www.youtube.com/watch?v=va1TYFeMdeI

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s