Kolumbia – cz. IX czyli ciąg dalszy przygód Anarcha w Cartagenie

Oj coś mi się widzi, że będą bitki. I to nie takie do jedzenia tylko takie co kończą się siniakami, płaczem i zgrzytaniem zębów. Najpierw dojdzie do przemocy w rodzinie – pobije mnie żona jak zobaczy rachunek z moich zakupów na jeBay’u (kupowałem se pamiątki po braciach Lejmańskich). Potem pobijesz mnie Ty, szanowny czytelniku, za to, że w weekend nic o Kolumbii się nie ukazało, a na dodatek miałeś wątpliwą przyjemność poczytać o bankierach, szortach i misiaczkach. Dzisiaj postaram Ci się to zrekompensować. Wróćmy więc na nasze kolumbijskie śmieci.

Cartageny ciąg dalszy…
Fort
Ostatnio wizytowaliśmy potężny fort i zachwycaliśmy się jego harmatami, których Ci tutaj dostatek (a nie jak w naszej reducie Ordona, która miała tylko sześć i to jakichś wybrakowanych co wciąż dymiły i świeciły).
Fortyfikacje ukończono w 1756 roku. Od tego momentu miasto uchodziło za twierdzę nie do zdobycia.
Bezpieczeństwo ma jednak swoją cenę. Kiedy rachunek za wykonane pracę dotarł wreszcie do Hiszpanii, król Karol III na jego widok zerwał perukę z głowy i wrzasnął ‘Cholera! T
rzeba było kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego miast wydawać kasę na mury (które i tak runą runą runą i pogrzebią cały świat!)!’. Po kilku minutach opanował jednak nerwy, rzucił ponownie okiem na rachunek, wziął lunetę i spojrzał w kierunku Nowego Świata. ‘Jestem oburzony’ mruknął do swoich doradców, ‘za tą cenę fortyfikacje powinny być widoczne nawet stąd’.
No ale nie są!

Ja do fortu wszedłem za darmo (choć może bilet był wliczony w cenę przewodnika), więc króla Karola w Hiszpanii zobaczyć tym bardziej nie mogłem… Wstąpiłem nawet na działo, żeby lepiej widzieć ale nic. Nie widziałem nawet ich wodza. Nie przyszedł, mieczem nie skinął… No to se poszłem dalej.

Klasztor
Nad fortem góruje klasztor. Nie wiem czy to klasztor czy może miejsce (czy może wzgórze) ale jakbyś chciał się tam szanowny czytelniku wybrać kieruj się na Cerro de la Popa. Wspaniały widok na całe miasto – nie tylko na bogate hotele nad brzegiem morza i zatoką, nie tylko na fort i piękne stare miasto. O nie, stamtąd zobaczysz także dzielnicę ludzi biednych i dzielnicę przemysłową. Sam klasztor ma swój klimat. Nie wiem jak obecnie ale w 2002 nie był jeszcze odpicowany na potrzeby turystyki.
Na dziedzińcu czuć było wiek tej budowli. Oczywiście to kwestia gustu ale ja uważam, że niektóre zabytki wyglądają lepiej nieremontowane. Mury Wawelu w Krakowie bardziej podobały mi się ciemne, z ubytkami, zarośnięte winoroślą czy innym trującym bluszczem, niż obecne, z czerwoniukiej cegły. Tak jak w pewnym wieku zmarszczki dodają człowiekowi powagi, tak i niektórym zabytkom znak czasu dodaje piękna. Lepiej jak pokażę o co mnie się rozchodzi. Oto widok na klasztor z fortu:

 

Tutaj z koleji (PKP) dziedziniec:

  

A tutaj widok z klasztoru – akurat miałem pecha bo zaszło słońce (co w Cartagenie rzadko się zadarza):

  

Zrobiłem też zdjęcie widoku na biedniejszeją dzielnicę, ale widać Stwórcy się to nie spodobało, bo skoncentował ostrość mojego aparatu na ogrodzeniu. Jakby co to mam najlepsze zdjęcie ogrodzenia klasztornego na świecie!

Na górę klasztorną wyjechaliśmy busikiem, ale jak ktoś jest na tyle szalony może spróbować swoich sił na piechotę. W drodzę na szczyt poustawiane są stacyjki (te związane z religją, a nie stacje dysków lub kolejowe), więc można się pomodlić o siły. Dla nas Cartagena była stanowczo za gorąca, żeby mierzyć się drugiego dnia z jakąś górą. Wystarczy, że chodząc po płaskim pocilismy się jak bankierzy na Wall Street…
Z klasztoru udaliśmy się na starófkę.

Stare Miasto
Zapomnia
łem wspomnieć o jednej rzeczy – na Karaiby wybraliśmy się poza sezonem (to jest chyba najlepsze rozwiązanie jeśli człowiek chce w spokoju pozwiedzać miejsca, które przyciągają miliony turystów w tym Billa Clintona (choć bez panny Lewinski)). Dzięki temu zamiast przeciskać się przez tłum mogliśmy chłonąć pełnymi piersioma chłonąć atmosferę miasta, spacerować sobie pustawymi uliczkami, przysiąść i odpocząć gdzie nam się żywnie podobało.

Jak to cudownie, że w
ładzom miasta nie chciało się burzyć przeżytku i budować na jego miejscu plant! Dzięki temu za murami (za lasami), człowiek czuje się jakby się przeniósł w czasie… przed murami zresztą też.
Jak wiadomo głową muru nie przebijemy, a i nawet Lechu by pewnie nie przeskoczył (mur to nie płot!), dlatego, żeby wejść na miasto trzeba znaleźć jakąś bramę. Najładniejsza jest chyba ta (zdjęcie wziąłem z wiki bo moje gdzieś mi wcięło):

  

Po przejściu przez bramę naszym oczom ukazał się następujący widok:
  
Przechadzając się uliczkami starego mesta, wyglądającymi mniej więcej tak:
  
Podziwialiśmy architekturę kolonialną, wyglądającą mniej więcej tak:
 
Po pewnym czasie upa
ł dał się nam jednak we znaki, skierwaliśmy się więc na Plac Świętego Dominika (Santo Domingo), ale nie wiem którego bo chyba kilku było świętych Dominików. Plac ten utkwił w mym łbie z kilku podwodów.

Po pierwsze – jest piękny. Położony w cieniu kościoła (pewnikiem św. Dominika) i starych kamieniczek w słoneczny czerwcowy dzień był oazą chłodu i spokóju. Zdjęcia nie oddadzą klimatu ale może dadzą przynajmniej jego namiastkę. W zacisznym cieniu tego kościółka żeśmy się schładzali żimnym piwkiem:

 

Otoczeni zabytkowymi kamieniczkami:

  (już widzę jak pewna zaangażowana gazetka wiesza psy na tym neonie – tak tak panowie, to o Was mowa)

Po drugie, kiedy tak siedzeliśmy sobie pod parasolem, przypałętał się do nas dziad kalwaryjski. Sprzedawał różne duperelki, między innymi szkice różnych atrakcji turystycznych. W Cartagenie roi się od ulicznych sprzedawców, którzy próbują nam wcisnąć ichni ‘super towar’, cokolwiek by to nie było zawsze jest ‘super’ i zawsze ‘jest nam potrzebne’. Ten sprzedawca był jednak wyjątkowy – dowiedziawszy się, że jestem z kraju Juana Pablo Secondo (czyli po naszemu JPII) zaczął do mnie zagadywać łamaną polszczyzną! Nie wiem gdzie on poznał tajniki naszej skomplikowanej mowy – podobno pływał po świecie z naszymi marynarzami, choć mógł tą historię wymyśleć na poczekaniu, żeby mnie przełamać i przekonać do kupna. Na dobrą sprawę mógł poprostu nauczyć się języka czytając etykiety z butelek Wyborowej, która jest sprzedawana w Kolumbii. Oceniając po wyglądzie na dwoje babka wróżyła.

Po trzecie – w nocy plac przejmują hipisi. Zjeżdżają się z różnych stron miasta (i świata – myśmy tam poznali bardzo przyjacielskiego pacyfistę z Argentyny) żeby walić w bębny i sprzedawać różne hipisowskie badziewie. Jakieś paciorki z drewna lub plastiku, jakieś kokardki, kwiatki, pacyfki. Szczerze pisząc jedynyn hipisowskim przedmiotem jaki chciałbym kupić jest ten samochód (może być z załogą), ale akurat nie mieli:

  

Cóż, mówi się trudno…

Zoix! Ja się tu zasiedziałem a tu trza uderzać w kimono, bo jutro do roboty! Może mi się przyśni, że Juan Carlos ogłosił mnie gubernatorem Cartageny? Albo jakimś Vice-Królem? Ech! Byłoby fajosko!

Dobranoc!

I na koniec tradycyjnie muzyczka (jakieś pokazy cumbii na wspomnianym placu św. Dominika): http://www.youtube.com/watch?v=zZ7RWw7jdFo&feature=related

I jakieś vallenato (co Ty na to? A ja na to vallenato!): http://www.youtube.com/watch?v=-VwltnNW8sQ&feature=related

Advertisements

2 thoughts on “Kolumbia – cz. IX czyli ciąg dalszy przygód Anarcha w Cartagenie

  1. Witaj! Tez bylo Tobie dane jezdzic tymi “kolorowymi i glosnymi” autobusami?? Po tych kretych uliczkach miedzy ludzmi siedzacymi zaraz przy drodze? Tez bylo Tobie dane widziec zebrzace dzieciaki, ktore wspiely sie po scianie i chcialy aby ktos cos wrzucil do ich “butelek nakiju”?Pozdrowienia

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s