Kolumbia – X marks the spot!

Łikend przeminął z wiatrem (dzięki fasolce meksykańskiej i S.O.S.owi Tabasko) a Muza jakoś nie chciała mnie nawiedzić (może odstradzył ją orkan wiejący z okiem mego skromengo mieszkanka). A może poleciała nad morze? Jeśli tak to pewnie gdzies na Karaiby bo nad Bałtykiem już się robi zimnawo.
No to wróćmy do Cartageny, poszukajmy, może się gdzieś Muza na plaży wygrzewa?

W zeszłym tygodniu obeszliśmy fort, klasztor i stare miasto. Jeszcze jedno fajne zdjęcie z miasta poza murami i ruszamy na plażę wypocząć:


Plaża
Ponieważ przezornie wybraliśmy się do Cartageny poza sezonem mogliśmy się cieszyc całą długością i szerokością piaszczystego wybrzeża Kolumbii. 
Inna sprawa, że z powodu pustki nie spotkałem golasa (jak na plaży w Mombasa)… A tak na to liczy
łem.
Spotka
łem natomiast trzy masywne Murzynki, których na golasa oglądać bym nie chciał, i z okrzykami ‘O! Blanquito! Ande ande andele arriba arriba epa epa!’ rzuciły się na mnie z łapami. Przyszli teściowie, szwagierka a nawet przyszła żona zdawali się mieć niezły ubaw. Czarne mamby obmacywały mnie mimo moich głośnych protestów. ‘No! No! No quiero!’ krzyczałem a one tylko się śmiały i powtarzały ‘Blankito, bien bien!’. W pewnym momencie największa z nich wyciągnęła tubę jakiejś maści i wycisnęła chyba z połowę na moje nogi po czym dwie mniejsze zaczęły jeździć rękoma wzdłuż moich kulasów. Ta po prawej zdawała się przy tym nie zwracać uwagi na to co że jako mężczyzna, mam między nogami pewien bardzo czuły punkt i cały czas przekraczała granice bezpieczeństwa. Po jakimś czasie przestałem się wiercić i protestować bo największa z czarnych napastniczek sprawiała wrażenie gotowej na to, żeby się na mnie rzucić i obezwładnić cobym się nie wyrwał (a kto wie co ona by jeszcze za mną zrobiła mając mnie w swej mocy???). Zagryzłem zęby, zacieśniłem współpracę między pośladkami i postanowiłem przeczekać czarny huragan, modląc się po cichu o całość moich cojones. Po kilku minutach (i kilku bolesnych ciosach w przedniot moich modłów) panie zaprzestały tortur i z uśmiechem na ustach zażądały ‘dies mil pesos’ (10,000 pesos – wtedy odpowiednik naszych 15 złociszy). Gdybym mówił po hiszpańsku odszczeknąłbym, że to one powinny mi zapłacić za napaść i obmacywanie prywatnych części mojego nieskażonego grzechem ciała – wszak jak ktoś chce sobie obmacać kogoś obcego udaje się do pewnego przybytku i słono płaci za taką przyjemność. Na szczęście nie miałem pieniędzy, więc pokazałem im puste kieszenie. Na ten widok ogromne kobity skierowały wzrok (i iśmiechnięte twarze) ku mojemu przyszłemu teściowi, któremu nagle zrobiło się nie do śmiechu. ‘No tengo plata’ (nie mam pieniędzy) oznajmił z nutką niepokoju w głosie. Murzynki odpowiedziały, że jeśli nikt im nie zapłaci to one sobie mnie wezmą na własność (na szczęście wtedy tego nie zrozumiałem, dopiero jak juz było bezpiecznie żona poinformowała mnie o zamiarach moich molestatorek). Zrobiło mi się wesoło na widok teścia tłumaczącego, że nie prosiliśmy się o żaden masaż (ha! to prawie że gwałt nazywa się teraz masażem!?) i że ja wyraźnie protestowałem. Na szczęście przyszła teściowa przezornie zabrała trochę pieniędzy – stanęło na 2,000 pesos po czym służki szatana oddaliły się do swoich mioteł i odleciały śmiejąc się złowrogo… ‘Ha Ha Ha! Blanquito que bien!’ (do dzisiaj śni mi się to po nocach – mam nadzieję, że nie zrobiły sobie jakiejś lalki wu-du i nie molestują mnie po nocach).

Mówię Ci, szanowny czytelniku – gdzie diabe
ł nie może tam babę posle a jak masz do czynienia z trzema, zastosuj się do starego Chińskiego przysłowia – poddaj się ich woli i staraj się czerpać z tego jak najwięcej przyjemności… Nie uciekaj – to nie ma sensu, i tak Cię dopadną.

Po pozbyciu się masażystek z piekła rodem postanowiłem się trochę zrelaksować. Niestety, będąc jedynym ‘białaskiem’ na plaży cały czas przyciągałem handlarzy. Nie żeby mi przeszkadzali – lubię handel i handlarzy, bo nigdzie nie chodząc mogę se kupić owoce, żarcie, soczki, suweniry, a może nawet załapać się na przejażdżkę na skuterze wodnym (co ciekawe – teść, 100% Kolumbijczyk akurat coś kupował i był oddalony od nas o kilkanaście metró – gościu proponujący przejażdżki skuterem, nie wiedząc że jesteśmy razem, podał mu cenę 30,000 pesos, natomiast ‘białaskowi’ podyktował cenę 45,000).
Wystarczy opanować dwa s
łowa ‘no gracias’ i powtarzać je jak tylko ktoś oferuje nam niechciany towar.
Raz jednak napatoczy
ł się sprzedawca masek. Skaranie boskie! Powiedziałem mu ‘no gracias’ a on na mi to, że ‘to dobra pamiątka’. ‘Pokaż pan’ rzekłem, i to był mój błąd. Okazując zainteresownie dałem mu sygnał, że mogę kupic. ‘20,000 pesos za maskę – dwie w komplecie daje 40,000’ wyliczył handlarz. ‘Ale na co mi one? Popękają mi w bagażu’ odparłem.
‘Nie popękają – dobry materia
ł’
‘Popękają’ upiera
łem się.
‘Nie popekają – dobry materia
ł’ upierał się sprzedawca.
‘Ale za drogie!’ stara
łem się wykręcić.
‘Nie drogie – niech będzie 15,000 od maski’ stara
ł się wkręcić sprzedawca.
‘Ale ja nie mam pieniędzy’.
‘10,000 od maski’
‘Ale ja nie mam!’
‘To ja przyjdę za jakiś czas a pan przynieś
pieniądze.’
‘Nie przyniese
!’
‘No to do zobaczenia!’
To rzek
łszy oddalił się a ja powróciłem do beztroskiego leżenia na leżaku w cieniu parasola i bezmyślnego wpatrywania się w horyzont… no i oczywiście i powtarzania ‘no gracias’ każdemu kto się napatoczył.
Po jakimś czasie zapomnia
łem o Murzynkach i o maskach i co się stało? Wrócił natrętny sprzedawca masek. Oczywiście!
Ucieszy
ł się na mój widok i rzekł: ‘no to co? 10,000 za maskę jak się umawialiśmy?’
‘Nic się nie umawialismy – nie mam pieniędzy i basta!’.
‘No to 5,000 od maski!’.
W tym momencie zaczą
łem warczeć po Polsku słowa, których tutaj nie zacytuję.
‘Ok ok! 5,000 za komplet.’
Na takie dictum acerbum podnios
łem swoje szanowne cztery litery i już miałem ściągać kąpielówki, żeby udowodnić gościowi że nie mam ani grosza (przynajmniej mieli by wreszcie golasa jak na plaży w Mombasa). Naszczęście w tym samym momencie z królestwa Neptuna wynurzył się moja przyszła rodzina, której głowa rzuciła hasło – ‘vamonos!’ (idziemy!).

Zabrałem więc klamoty i powiedziałem ‘adios!’ panu z maskami. Ten jednak zaczął protestować (do  dziś nie wiem czy bardziej mu zależało na tym żeby zobaczyć mnie na golasa czy naprawdę chciał mi sprzedać swoje brzydkie maski). Na domiar złego przywołał sobie kolegę – sprzedawcę okularów słonecznych, który w jego imieniu oznajmił mi, że oni są biedni i muszą zarobić.
N
a ratunek przyszedł mi teściu, który stanowczo powiedział im (robiąc przy tym groźną minę) żeby mnie zostawili w spokoju.
Nie żeby w jakimkowiek momencie zrobi
ło się niebezpiecznie – o nie obaj panowie byli bardzo mili, ale byli też nieziemsko namolni. Nieziemsko! Bardziej namolni od bankierów z Walsztretu domagających się 700 miliardów dolarów od amerykanów, którzy potem będą prosić tychże bankierów o pożyczkę.
Szli jeszcze z nami ze 100 metrów a potem dali sobie siana.

Do morza tego dnia nie wchodziłem. Z powodu upału wolałem siedzieć w cieniu. Mieliśmy jeszcze parę dni na taplanie się w wodzie, więc postanowiłem oszczędzać skórę na koniec.
Jak się później okaza
ło, była to dobra decyzja. Udaru i poparzeń najlepiej nabawić się ostatniego dnia, kiedy i tak trzeba wracać. Pozwala to na wykonanie 100% planu i zostawienie cierpień na nieciekawy czas przelotu i wypoczynku w domu.

Tak więc tego dnia nic się więcej nie stało…
…na plażę wróciłem ostatniego dnia pobytu. Mieliśmy ze dwie godzinki, potem trza się było spakować i ruszać spowrotem do Bogoty. Postanowiłem więc trochę zabawić się w falach morza po których grasował kiedyś kapitan Dżak Sparoł.

Pierwsze wrażenie zaraz po wejściu do wody – mmmm… woda znacznie przyjemniejsza niż w Bałtyku, nie za zimna, nie za chłodna.
No to chlus, rzuci
łem się na dobre w morskie fale. ‘Ałłłłłła!!!’ – tak się złożyło, że tego samego dnia się goliłem. Mam bardzo wrażliwą skórę a morze karaibskie jest  słone jak cholera co nie spodobało się mojej gładkiej jak pupcia niemowlaka twarzy. Znowu musiałem zagryźć zęby, zacieśnić współpracę i przemóc drażniące piecznenie facjaty. Postanowiłem wykorzystać pozostały czas do szaleństwa na fali i nic nie było w stanie mi przeszkodzić.
Tak więc taplałem się błogo i wesoło. Tak mi było dobrze że kiedy wołali mnie z brzegu żebym już wyszedł, udawałem że nie słyszę. Kiedy wreszcie stanąłem na suchym lądzie poczułem straszne parzenie pleców i ramion – jakby ktoś mi przykładał gorące żelazka. Tak musiał czuć się Kmicić przypalany przez Jarosława Kalinowskiego pod Częstochową!
Pobieżyłem do hotelu i wskoczyłem pod zimny prysznic. Trochę to pomogło – do czasu przylotu do Bogoty przecierpiałem jakoś bez jeków – ale po przybyciu do domu zakręciło mi się w głowie i musiałem poddać się zabiegom przyszłej teściowej która zdiagnozowała u mnie udar i poparzenia.

Jak się człowiek dobrze bawi to tak mu czas szybko leci – półtorej godziny mija tak szybko jak 10 minut. Zapomina też, że słona woda zmyła mu krem do opalania którego i tak za dużo nie nakładał bo cały czas przebywał w cieniu. Efekt – udar i bąble na ramionach.
Ale warto by
ło! Cholewa! Jakby przyszło co do czego to bym to powtórzył bo po to człowiek żyje, żeby się cieszyć tym życiem. Życie jest za długie, żeby się umartwiać co to się może stać! A o filozofii Kolumbijczyków na temat życia i o tym jak mnie wielka Czarna człowieka goniła z maczetą opowiem za tydzień (chyba, że znowu nie znajdę muzy). 

Hasta luego!

I na koniec muzyczka plażowa: http://www.youtube.com/watch?v=_b-EQi2UEiQ

A tu plaża w sezonie: http://www.youtube.com/watch?v=lRKn6uZrcCc


Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s