AIG – każdy ma swojego potwora z Loch Ness

W poniedziałek byłem w Szkocji a dokładniej w Edynburgu. Co prawda wycieczka nie była z natury naturystycznej więc nie miałem zbyt dużo czasu żeby pozwiedzać. To co zobaczyłem podczas trzygodzinnego spacerku po mieście wywarło na mnie ogromne wrażenie. Trza się będzie tu wybrać w przyszłości w celach naturystycznych. Najlepiej w lecie bo obecnie pogoda nie sprzyja naturyzmowi… no chyba że się jest Kaczorem. Ale o co chodzi domyśl się, szanowny czytelniku sam, ja nie mam zamiaru ryzykować trzech lat w dybach jak ten programista co to podłączył stronę prezia pod hasło z tematyki krawieckiej (Kutas – w XVII-XVIII-wiecznej Polsce chwost na końcu sznura, przypinanego do pasa jako element dekoracyjny, także do szlafmycy) lub podróżniczej (Kutas – miejscowość na Węgrzech w komitacie Somogy (widziałem też kiedyś zdjęcie z Węgier z miejscowością ‘Nagy Kutas’)). Podobno prokuratura stwierdziła, że prezio nie ma ani tematyki krawieckiej (i nie kraje jak mu materia staje) ani podróżniczej i że go to obraża, a skoro nie ma nic wspólnego to nie może mu w zimnej wodzie jak zdrowemu kaczorowi… i wogóle. Lepij nie Rydzykować.

Kiedy tak przechadzałem się po Edynburgu, podziwiając miasto i myśląc o kutasach na drodze mi stanął… Wielki Stawonóg z epoki Paleolitu! Potwór z Loch Ness! Wlepił we mnie swoje przekrwione ślepia i spytał: ‘masz może czypińdziesiont?’.
‘Cholera potworze!’ wrzasnąłem ‘czy ja wyglądam na szefa FED-u?! Nie mam piniędzy i nic ci nie dam!’
‘To może dwapińdziesiont’ nalegał potwór.
Wtedy się wkurzyłem, chciałem skopać mu tyłek ale wiater podwiał mi szkocką spódniczkę, zawstydziłem się i uciekłem.

Z perspektywy czasu analizując to zajście doszedłem do wniosku, że tak jak każdy ma swoje Kilimandżaro, na które musi wytoczyć swój głaz, tak i każdy ma swojego potwora z Loch Ness. Potwór z Edynburga był wyjątkowo niegroźny. Tak naprawdę prosił o niewielką sumę, którą i tak wydałby na obrządek ku czci Opoja, więc w celach pożytecznych. Na świecie niestety roi się od potworów o wiele groźniejszych. Po latach badań odkryłem, że ich wylęgarnie mieszczą się zazwyczaj w ośrodkach finansowych i stolicach państw. Potwory róźnią się rozmiarem, długością, walorami krawieckimi i podróżniczymi (których nie ma nasz prezio), ale jedna rzecz je łączy – zapotrzebowanie na nasze ciężko zapracowane piniądze, żeby wydać je w zdrożnych celach.

Aby dłużej nie owijać w bibułkę, dzisiaj chciałbym konkretnie zapalić do AIG, potwora, któremu ‘zaufało miliony Polaków’, w związku z czym jest ‘za duży żeby upaść’.
Kiedy potwór popadł w tarapaty, wlepił swoje przekrwione ślepia w prezesa FED-u i zapytał ‘masz może osiemdziesiątpięć?’. Szef FED-u różni się ode mnie tym, że ma maszynkę do drukowania pieniążków i wydrukował potworowi 85,000,000,000 dolarów takich ładnych hamerykańskich. Zresztą, szef Fedu też jest potworem z Loch Ness bo przecież nie drukuje swoich pieniędzy więc mu wisi a przecież kruk krukowi oka nie wykole a co dopiero potwór potworowi?
Dzięki zastrzykowi gotówki potworek mógł sobie pozwolić na opłacenie tygodniowego wyjazdu do eksluzywnego resortu w Kaliforni dla swoich agentów ubezpieczeniowych. za sumę, bagatelka, 440,000 dolarów! Na nieszczęście dla AIG sprawa ujrzała światło dzienne, ludzie zaczęli się burzyć więc potwór z Loch Ness oświadczył że ‘wyjazd był zaplanowany na długo przed dotacją od podatników i że ze 100 agentów było na nim jedynie 10 pracowników AIG. Całą resztę stanowili niezależni agenci ubezpieczeniowi’. Tak więc kij ci w oko podaniku! Ha ha ha!

Nie minął miesiąc a potwór z AIG znowu znalazł się w kłopotach. Ponownie wlepił więc swoje czerwone gały w swojego krewnego z Fedu z pytaniem ‘masz może czydzieścisiedemosiemset?’. Tym razem nie czekał nawet na odpowiedź – będąc pewnym, że Fedzio-Pedzio pieniążki wydrukuje, udał się swoim prywatnym dżetem wraz z grupą kierowników najwyższego szczebla do Anglii na polowanie. Ponieważ cała zabawa kosztowała zaledwie 86,000 zielonych, Fedzio nie wahal się z dodrukowaniem 37,500,000,000 dolarów żeby wspomóc ‘za dużego żeby upaść’ i ‘za wygodnego, żeby zrezygnować z wyjazdów do spa i na polowanie’. Znowu, sprawa wypłyneła na światło dzienne i podatnik się wkurzył. Ja dowiedziałem się o tym od pani z WallStrip, która wyrażała się o panach z AIG w bardzo niecenzuralnych słowach.

Potwory z Loch Ness istniały od wieków i od wieków doiły dobrych ludzi, takich jak ja, czy Ty, szanowny czytelniku. Jak jeszcze chcą czypińdziesiont można to wytrzymać i dać im ‘na odwal się’ dla świętego spokoju. Jednak w ostatnich czasach potwory tak się rozbuchały i rozbisurmaniły, że drukują sobie pieniążków ile wlezie licząc że potem my za wszystko zapłacimy. Jeżdżą sobie przy tym rauty i na polowania. Czy nie nadszedł czas, żeby myśliwy stał się zwierzyną?

Z tą myślą zostawiam Cię, szanowny czytelniku, na weekend. Adios!

Na koniec piosenka o bankach z Marry Poppins, która kończy się klasycznym runem na bank: http://uk.youtube.com/watch?v=jt9JpYRulSk

Szczęśliwej Diwali!!! …i trochę statystyk…

Dzisiej króciutko. Niedawno wróciłem z krainy Łiliama Łolesa, gonił mnie potwór z Loch Ness, a wiater podwiewał mi spódniczkę ku uciesze Robin Huda i jego facecików w rajtuzkach. Ale o tym napiszę następną razą. Dziś przed spaniem króciutko.

Na giełdzie ełforia, a ja tymczasem znalazłem ciekawą statystykę (na FT Alphaville) ku pokrzepieniu serc misiów (czyli inwestorów nastawionych na sprzedaż akcji), które dzisiaj poszły na odstrzał:

W historii Łolstritu było 37 dni w ostanich 80-ciu latach, kiedy indeks S&P500 wzrósł powyżej 6% podczas sesji.
Z tych 37 dni 32 przypadają na okres 1929 – 1933 (czyli okres Wielkiego Kryzysu) z czego 12 dni to pojedyńcze wybuchy euforii przed rokiem 1932, w którym akcje sięgnęły wreszcie bruku tej sławnej ulicy gdzie ‘chciwość jest git’.
Dwa dni przypadają na późne lata 30-te, jeden dzień zaraz po tąpnięciu w 1987, jeden (rekordowy (11.58%)) na 13 października 2008 i jeden na dzisiaj (+10.79).

Wniosek wyciągnij sobie szanowny czytelniku sam.

Moim zdaniem za wczesnie śpiewać wraz z niektórymi dziennikarzami: ‘Stary niedźwiedź mocno śpi’.

Dziś w pracy koleżanka, Hinduska, przyniosła nam ciasteczka, których nażarłem się niczym Mikołajek z opowiadań Gościnnego Sempa. Na szczęście nie zachorzałem jak bohater tych przezabawnych historyjek… ale będzie trzeba spalić ciasteczka jutro na siłowni. W każdym razie wypytałem szanowną koleżankę o co się rozchodzi. Diwali to hinduskie święto, obchodzone pomiędzy październikiem a listopadem (w bezksiężycową noc). Jak głosi legenda, ludzie nękani byli przez złego, który zabierał im światło, przez co żyli oni w ciemogrodzie. Pewnego ciemnego dnia czara gorczycy się przelała i pewien dobry bóg (nie pomnę nazwiska) wyruszył rozprawić się ze złym. Oczywiście, jak na dobrą legendę przystało, czepion zabil złego (i to w sprawiedliwym boju a nie tchórzliwie napychając wywłok owiczki siarą siarzewskim niczym TW Dratewka). Na wieść o jego zwycięstwie radość zapanowała w sercach ludzi, którzy postanowili powitać wybawcę całym światłem jakie było w ich posiadaniu. Dlatego w dzień Diwali pali się świeczki w domach i przed domami, na ulicach i na chodnikach. Całe miasta i wioski rozświetlone są jak nasze cmentarze na Święto Zmarłych. Diwali jest świętem zwycięstwa dobra nad złem a ponieważ takich świąt nigdy za wiele, życzę Ci szanowny czytelniku abyś był w stanie pokonać każde zło jakie kiedykolwiek stanie Ci na drodze. Niech żyje dobro! Happy Diwali.

A tu kilka ostrych kawałków o walce dobra ze złem:

http://uk.youtube.com/watch?v=4Sam5omG0v0


http://uk.youtube.com/watch?v=Ews6lVhIDxU


http://uk.youtube.com/watch?v=lhTz8T7Dpos&feature=related

Dobranoc!

Nobel z ekonomii dla Porsche

Witaj szanowny czytelniku! Kopę lat! Długo mnie nie było, bo pierwej byłem w kraju, a obecnie mam baaaaaardzo ograniczony dostęp do komputra.

Ale, nie uskarżałeś się to rozumiem, żeś się nie stęsknił za moimi wpisami. Chlip chlip!

No nie ważne, wspaniałomyślnie Ci wybaczam, może Ci nawet prześlę jakiegoś Jak-a albo Tupolewa jak będę leciał po brukselki do Tesco. No chyba, że będziesz kupował kaczkę, wtedy zapomnij nawet o awionetce!

Jak tak relaksowałem się w kraju, oglądnąłem pięć minut faktów na tefałenie i przełączyłem na ukrytą kamerę na Pulsie. Cały kraj żyje jakimiś pierdołami, który pan ma większy samolocik, któremu lata, a któremu opada… Mi opadła szczena i przełączyłem. W tej całej aferze samolocikowo-brukselkowej omal mi nie umknęło, że nagrodę Noba z ekonomii otrzymał Kruger. Niezależnie od tego co pisze Wegetarianin, ja uważam, że Krugerowi się należy. W latach 80-tych należał mu się Oskar za jego rolę w serii genialnych filmów ‘Koszmar z ulicy Wiązów’ ale współcześni go niedocenili (jego gra wyprzedziła epokę). Skoro na Oskara się nie załapał niech chociaż nobla dostanie jako nagrodę pocieszenia. Jakby nie było, straszenie dzieci jest ponadczasowe – kiedyś straszono dzieci wilkołakiem, smokiem wawelskim czy Lo-Panem z ‘Wielkiej Draki w Chińskiej Dzielnicy’, potem mistrzostwo świata w tej dziedzinie osiągnął Kruger. Obecnie nie znam nikogo, kto dorastałby mu chociaż do pięt. Tak więc kongratulejszyns mister Kruger!

Tak se dzisiaj siedziałem w robocie i starałem się nie zasnąć (żeby mnie nie capnął Kruger) kiedy chłopaki z FTAlphaville, których stronę śledzę przez cały dzień, zamieścili teskt o Owocowej Maszynce Volkswagena (jakby to na nasze przełożyła pewna torturowana przez PiS i CBŚ posłanka z PO ‘maszynka do kręcenia lodów’). Moim skromnym zdaniem jest to ekonomiczne perpetuum mobile i wynalazca maszynki (Porsche) jest pewniakiem do przyszłorocznego Nobla. Jeśli żiri (nawet Doda Elektroda) czyta ten tekst (w co niewątpię), powinno się nad tym poważnie zastanowić.

A maszynka do kręcenia lodów wygląda tak (moje źródło FTAlphaville – żródłem FTAlphaville jest niejaki Bernstein):

 Niestety maszynka opisana jest po angolsku, więc znowu będę musiał pokracznie przetłumaczyć:

1. Porsche jest właścicielem akcji Volkswagena: Porsche posiada 55-75% akcji Volskwagena poprzez ‘opcje kupna rozliczane gotówkowo’ – opcje rozliczne są gotówkowo tylko ze względu na przepisy ale w rzeczywistości są właściwymi opcjami.
2. Banki trzymają udziały w imieniu Porszaka: Grupa banków inwestycyjnych trzyma u siebie akcje należące do Porsche – we wszystkich przypadkach ilość akcji trzymanych przez bank wynosi 4.99% lub mniej – udziałów poniżej 5% nie trzeba w Niemczech deklarować więc rynek nie wie kto jest ich właścicielem.
3. Fundusze hedgingowe chcą sprzedać szorty Volkswagena (czyli dokonać transakcji krótkiej sprzedaży, wytłumaczonej we wcześniejszych wpisach na tym blogu – przyp. Anarchacza): Fundusze hedgingowe chcą zaszortować akcje Volkswagena bo spodziewają się na nich 30-75krotnego zarobku, pożyczają więc akcje od banków – w rzeczywistości właścicielem akcji jest Porsche więc to Porsche zarabia na tej pożycce.
4. Porsche odkupuje na giełdzie swoje własne akcje od funduszy hedgingowych podtrzymując ich cenę.
5. Porsche utrzymuje wysoką cenę akcji: Porsche jest JEDYNYM kupującym akcje Volkswagena na rynku – skupuje część akcji po wyższej cenie, żeby ceny akcji poszły w górę.
6. Fundusze hedgingowe czekają aż cena spadnie (jak już tłumaczyłek – sprzedaż szortów polega na tym, że pożyczamy akcje, sprzedajemy je na rynku, nastepnie odkupujemy akcje i zwracamy je temu kto nam pożyczył, zysk jest wtedy, kiedy sprzedamy drożej a później kupimy taniej). Jednak cena nie spada, a fundusze muszą odkupić akcje, żeby oddać je bankom.

7. Fundusze odkupują akcje od Porsche: Fundusze muszą odkupić akcje. Zgadnijcie od kogo? Od Porszaka, jedynego dostawcy akcji na rynku. Porsche odsprzedaje akcje funduszom po zawyżonej cenie. Czysty zysk dla Posche!
8. Wykręcanie szortów z szorterów: Porsche sprzedaje akcje po coraz wyższych cenach wyciskając z szorterów ostatnie gatki.
9. Porsche sprzedaje opcje kupna: Porsche sprzedaje dziesiątki milionów opcji kupna po zaniżonej cenie, żeby znęcić fundusze hedgingowe (które myślą, że cena akcji spadnie, skoro opcje ich kupna są tańsze od ich ceny rynkowej – przyp. Anarchacza), wiedząc, że cena akcji nie spadnie do tej zanizonej ceny, bo wszystkie akcje posiada Porsche.


Całe to finansowe hokus pokus rypcium pypcium śnińdzium nindzium sprawiło, że Volkswagen należy do pięciu największych firm na świecie. VW wart jest 164 miliardów dolarów bananowej republiki Stanów Zjednoczonych i pod tym względem wyprzedza takie firmy jak JP Morgan, BP, Nestle, AT&T czy HSBC. Cena akcji producenta samochodów w ostatnich trzech miesiączkach wzrosła dwukrotnie co jest wynikiem niewiarygodnym szczególnie w czasach Hieper Mega Wielkiego Kryzyzu.

La donna mobile! Perpetuum mobile!

Ja się tylko obawiam, że kiedy okaże się że ta maszynka do kręcenia lodów nie będzie jednak działać w nieskończoność, wszyscy zrzucimy się na ratowanie sektora motoryzacyjnego.

Na koniec – odwiedzając me codzienne miejsce medytacji tak sobie wspominałem moją młodość i naukę angielskiego u pewnej sędziwej pani. Jeden z wierszyków, którego na zadanie domowe musiałem się naumieć brzmiał mniej więcej tak:

Humpty Dumpty sat on a wall.
Humpty Dumpty had a great fall.
All the king’s horses and all the king’s men
Couldn’t put Humpty together again
 

Co na nasze tłumaczy się więcej mniej tak:

Humpty Dumpty na murze siadł.
Humpty Dumpty z wysoka spadł.
I wszyscy konni i wszyscy dworzanie
Złożyć do kupy nie byli go w stanie.

I ten XIX-wieczny wierszyk idealnie oddaje dzisiejszą sytuację na rynku -zamień tylko, szanowny czytelniku Humptiego Dumptiego na bankiera (a wkróce na Volkswageno-Porszaka) i masz jak znalazł. Za bardzo się rozdęli, za wysoko wyleźli, a teraz ani ja, ani premier królowej, ani jankesi w Afganistanie, złożyć ich do kupy nie będziemy w stanie.

Na koniec z dedykacją: http://www.youtube.com/watch?v=FvbCV6E0Wro

No i skoro o przemyśle samochodowym mowa to i z detonacją (piosenka ku przestrodze dla prezesów Porszaka i Samochdu Ludu – jedziecie panowie autostradą do piekieł): http://www.youtube.com/watch?v=erJc4dzZ3IA

Chiński kapitalizm

Mao (ten od much Tse Tse Tung Tung) napisał czerwoną książeczkę – pierwszy chiński erotyk. W książecce tej opowiada o brygadzie Chujwenbinów, która bohatersko opanowuje pekińską dzielnicę czerwonych latarni (stąd właśnie czerwona książeczka). Chujwenbini istnieli naprawdę i byli elitarną grupą stęczycieli (późniejszych strażników rewolucji seksualnej), którzy nastręczali się obywatelom Pekinu (a potem całych Chin), zmuszając ich do całkowitego posłuszeństwa i oddania. Tego co następowało potem nie mogę opisywać przed jedenastą bo jeszcze jakieś zabłąkane dziecię przeczyta i skrzywi sobie psychikę. Zresztą nie wspominam o tym żeby opisywać grzeszną rozpustę a po to, żeby zapełnić czymś początek wstępu.

Co jest ważne to to, że książka, wydawana przy zastosowaniu taktyk Sun Tsu (czy jak błędnie wymawia mój tajwański kumpel – Syn Tsy) okazała się tak popularna, że Mao stał się bohaterem narodowym namber łan i został obrany na wodza seksualnej rewolucji. Napewno słuszałeś szanowny czytelniku o seksualnej rewolucji Mao (co mu ciągle było mało). Nawet ja słyszałem (ale może tylko dlatego że mi też ciągle Mao?).

W każdym razie kiedy Maowi się zmarło, schedę po nim przejęli nudni faceci w garniturach. Tu Penk Tynk, Yako Tako Sieki-Wa, Na Chu Ya Mitachata. Próbowali oni zakonserwować rewolucję ale nie stało im sił. Potem przyszedł czas reformatorów – Sam Ciąg Puk przeprowadził reformę rolną, a pierwsza  członkini ramienia Partii przesunięta na czoło – Sama Rama zrewolucjonizowała transport – samochody zastąpiła rowerami (początkowo bez pedałów bo to było wbrew zasadom rewolucji seksualnej Mao). Chiny powoli odchodziły od Maoizmu. Dzisiaj, mimo że nadal na Placu Niebiańskiego Uniesienia widnieje portret Wodza, nie można już znaleźć w tym kraju prawdziwego rewolucyjnego seksapilu.

Państwo Środka od wieków fascynowało Zachód i stanowiło dla niego tajemnicę nie do odkrycia. O tym czego nie znamy zazwyczaj opowiadamy niestworzone bajdocje. Już dawno dawno temu zauważyłem, że wielu ludzi przekonanych jest, że w Chinach panuje kapitalizm. Ktoś gdzieś puszcza w obieg historie, że oto partyja ukochana otworzyła się na Zachód a ilość i wartość inwestycji ma być dowodem na istnienie kapitalizma. Jest to dosyć pokraczne rozumowanie, bo jeśli pewnego dnia Raul Castro dogada się z Coca Colą (i tysiącami innych firm), że ta wybuduje fabrykę a on przymusi ludzi do roboty za garść ryżu (kto będzie protestował tego ‘na plasterki’!) to czy będzie to ‘otwarcie na świat i wprowadzanie kapitalizmu’ na Kubie?
Ba! Żeby tylko takie opinie się pojawiały… Ostatnio przeczytałem wypowiedź najpopularniejszego onetowego bajkopisarza, dla pewnego pisma z dziedziny political fiction, że w Chinach ‘nawet ławki w parku są prywatne. Wynajmuje się je za pieniądze’ co ma być dowodem na istnienie kapitalizmu w ChRL. Na tej samej zasadzie ja mogę udowadniać, że skoro w PRLu miejsce w kolejce można se było za pieniądze wykupić to znaczy, że za komuny w Polsce nawet kolejki były prywatne więc komuna była tylko z nazwy a tak naprawdę mielismy najczystszy kapitalizm. Baju baju!

No dobrze, pożartować każdy sobie może, wszak dobry żart tynfa wart. Problem powstaje wtedy, kiedy ludzie nie rozróżniają żartu od rzeczywistości i zaczynają postrzegać świat przez pryzmat dubów smalonych zaplecionych w androny. W przypadku Chin i ich rzekomego kapitalizmu zachodzi właśnie taki proces.

Muszę wyznać, że sam swego do pewnego czasu wierzyłem w bajkę chińskiego kapitalizma. Będąc ignorantem ufałem na słowo różnym specjalistom, którzy okazywali się być takimi specjalistami jak z mysiej za przeproszeniem d**y nesseser czyli ingorantami jak ja ino wypowiadającymi się publicznie jako ałtorytety, często za pieniądze.

Pierwsze moje zwątpienie w chiński kapitalizm nastapiło, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się w pracy z chińską spółką akcyjną. Spółka ta, jak i wszystkie Chińskie spółki akcyjne jakie dane mi było w życiu analizować, miała bowiem akcje notowane na giełdzie w Hong Kongu (które to akcje mogą sobie kupować obcokrajowcy) oraz akcje krajowe, notowane na giełdzie w Szanghaju na jaju, które dostepne są tylko dla Chińczyków (a tak się dziwnie składało, że cały pakiet tych akcji zawsze należał do jakiejś firmy państwowej). Struktury zarządzania, wyznaczone przez chińskie prawo, wydawały mi się przy tym zbyt sztywne i zbiurokratyzowane jak na państwo kapitalizma.

Drugie zwątpienie nasz
ło mnie podczas mojego wypadu do Francji (wtedy co to miałem się spotkać z Sarkozym ale ten się wykręcił sianem). Rozmawialiśmy sobie z kolegą o samochodach, który lepszy, który gorszy, które idą głównie na eksport itd. Rozmowa jakoś zeszła na fabryki w Chinach i kumpel zaczął opowiadać o tym, jak to Peugeot-Citroen może tam sprzedawać tylko Peugeoty, więc żeby sprzedać Citroena zmieniają mu etykietkę na Peugeota i tak C4 schodzi w Chinach jako Peugeot czterystacośtam… Może było na odwrót – może to Peugeoty czterystacośtam schodzą jako Citroeny C4? W każdym razie firma musi kombinować jak koń pod górę, żeby sprzedać swój produkt. Kapitalizm? Aj dont tink soł.

Do trzech razy sztuka, trzeci raz zwatpilem w dogmat chińskiego systemu oglądając sobie wiadomości w telewizji podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie. Pomiędzy triumfalnymi informacjami o medalach zdobytych przez wyspowych sportowców a pogardliwymi doniesieniami o jakichś dzikusach wysadzających w powietrze naszych chłopców walczących o demokrację naszą i waszą moje zapchane woskowiną ucho wyłapało lamenty jakiejś skośnookiej żółtogłowy. Pani roniła łzy nad swoim losem i wykorzysując obecność zachodnich dziennikarzy, wraz z tłumem innych zapłakanych pań i podenerwowanych panów krzyczała, że władze wywaliły ją (i ludzi stojących za nią) z domów, które zburzyła i pobudowała w ich miejsce stadionych, hotele, drogi itd. Oni zostali bez dachu nad głową nie dostawszy żadnego odszkodowania za utracone mienie. Kapitalizm? Z takim poszanowaniem świętego prawa własności? Wolne żarty!

Jeśli w Chinach jest kapitalizm, to ja od jutra zacznę nosic koszulki z Czegewarą… Ok, przesadziłem. Chińczycy to mistrzowie mistyfikacji, nawet skromna Mulan potrafiła wszystkich zrobić w balona udając faceta i wstepując do armii, nic dziwnego więc, że umysły białych ludzi dają się tak łatwo zwieść chińskim specom od gry pozorów.

No ale ja tu się wymądrzam, możesz mi wierzyć, szanowny czytelniku, a możesz mi też nie wierzyć. Nie napisałbym tego tekstu, gdybym wczoraj nie przeglądał sobie bloga Yvesa Smitha Naked Capitalism, na którym autor przytacza bardzo ciekawy tekst z Ekonomisty (the Economist). Ekonomista w artykule pt. ‘Długi marsz wstecz’ pisze mniej więcej tak (jeśli nie chcesz się męczyć, szanowny czytelniku moim kulawym tłumaczeniem – oryginał tekstu po angolsku pod powyższym linkiem):

Większość ludzi, szczególnie tych spoza Chin, zakłada, że swój fenomenalny skok gospodarczy zawdzięczają one miarowemu, choć nie zawsze gładkiemu, wprowadzeniu kapitalizmu. Trzydzieści lat reform uwolniło gospodarkę i jest tylko kwestią czasu żeby za wolnością gospodarczą nadeszła wolność polityczna.

Ten gradualistyczny pogląd jest błędny. Profesor Massachusetts Institute of Technology, Yasheng Huang, w swojej najnowszej książce zabiera ważny głos w tej sprawie. Wiarygodne dane na temat Chin zdarzają się rzadko, głównie z uwagi na to, że statystyki, choć liczne, są znane ze swojej nierzetelności. Pan Huang wykracza daleko poza powierzchowne informacje o PKB i bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Zamiast zadowalać się tymi danymi, wykorzystywanymi przez większość badaczy, przekopał tysiące memorandów i dokumentów sporządzanych przez prezesów banków, biznesmenów i urzędników państwowych. Analizując wspomniane dokumenty odkrył dwa różne państwa chińskie:

1. Dawne Chiny, z nie tak dalekiej przeszłości – dynamiczne, przedsiębiorcze i wiejskie; oraz
2. Dziesiejsze Chiny – zurbanizowane i kontrolowane przez państwo.

Lata 80-te to dominacja Chin wiejskich. Chłopi (dalecy od przywiązania do ziemi, jak się dotąd uważało) mogli zakładać firmy przemysłowo-handlowo-usługowe, czerpać z nich zyski, wypłacać dywidendy, sprzedawać udziały a nawet opcje. Państwowe banki chętnie udzielały im pożyczek.
Nian Guangjiu, rolnik z ubogiej prowincji Anhui założył sobie firmę sprzedającą ziarna słonecznika (popularną chińską przekąskę), zatrudnił 100 osób i w 1986, zaledwie dekadę po śmierci Mao, zarobił milion yuanów (prawie 300,000 dolarów).
Ponieważ wiekszośc podobnych firm funkconowało pod mylącym szyldem przedsiębiorstw miejsko-wiejskiech (Township and Village Enterprises – publiczne przedsiębiorstwa zorientowane na rynek i kontrolowane przez lokalne władze – przyp. Anarchacza), zachodni naukowcy nie zorientowali się, że te pozornie kolektywne przedsiębiorstwa były w rzeczywistości prywatne.

Ale potem, w 1989 przyszły protesty na placu Tiananmen. Pokolenie polityków wywodzących się ze wsi, prowadzonych przez Zhao Ziyanga, zostało zmiecione ze sceny politycznej przez miastowych, z Jiang Zeminem i Zhu Rongji na czele. Obaj panowie wywozili się z Szanghaju i od 1990′ wprowadzali ‘model szanghajski’ cechujący się szybkim rozwojem miast przy jednoczesnym faworyzowaniu państwowych molochów oraz wielkich międzynarodowych korporacji. Najbardziej ucierpiała wieś. Rodzimych przedsiębiorców ogałacano z funduszy i przytłaczano biurokracją. Jak wielu drobnych, prywatnych przedsiębiorców, pan Nian został aresztowany a jego firma zamknięta.

Co prawda chińskie miasta obrastały w coraz to nowsze, błyszczące drapacze chmur, ilość zachodnich inwestycji gwałtownie rosła a PBK szedł w górę, ale obyło się to ogromnym kosztem. Nowy kurs obrany przez państwo oznaczał bowiem opodatkowanie wsi w celu sfinansowania rozwoju miast – wzrost średniego dochodu na gospodarstwo domowe oraz zanik biedy spowolniły, z kolei pogłębiły się różnice społeczne i rozpiętość dochodów. Pozamykano wiejskie szkoły i szpitale co pomiędzy 2000 i 2005 poskutkowało wzrostem liczby dorosłych analfabetów o 30,000,000 (trzydzieści milionów).
Wg pana Huanga do największych słabości Chińskiego państwowego kapitalizmu należą: opieranie się na niewydolnych przedsiębiorstwach państwowch zamiast na bardziej wydajnych firmach prywatnych, słaby sektor finansowy, zanieczyszczenie środowiska i nieokiełznana korupcja. Te właśnie czynniki wypaczają ekonimię Chin.

Ale co z wciąż rosnącym gronem chińskich firm wkraczających na arenę międzynarodową? Na pewno jest to dowód na zdrową i rozwijającą się gospodarkę rynkową! Pan Huang dowodzi, że jak się bliżej przyjrzeć firmy te nie są tak naprawdę ani chińskie ani prywatne. Lenovo, firma komputerowa, osiągnęła sukces ponieważ była kontrolowana, finansowana i zarządzana z Hong Kongu a nie z Chin (i to dzięki lokalnym znajomościom założycieli biznesu – czyli czemuś czym nie dysponuje większość chińskich przedsiębiorców). Spółki-córki Haiera, sprzedawcy AGD, wywinęły się ze szponów chińskiej biurokracji w podobny sposób. Galanz, producent kuchenek mikrofalowych, tak jak i wiele innych firm polega na zagranicznej ochronie i kapitale uciekając tym samym spod struktur pańtwowych.

W rzeczywistości, jedną z niedocenianych funkcji zagranicznych inwestycji w Chinach jest zapewnianie venture capital (średnio- i długoterminowego kapitału inwetycyjnego charakteryzującego się dużym stopniem ryzyka ale mogącym w przyszłości przynieść wysokie zyski – przyp. Anarchacza) krajowym przedsiębiorcom. Jak w przypadku Huawei, globalnej grupy telekomunikacyjnej, którą chełpią się chińscy ekonomiści – jej struktura i powiązania z państwam są tak zagmatwane, że nawet najpilniejsi, najdokładniejsi obserwatorzy chińskiej gospodarki nie wiedzą czy jest to firma prywatna czy państwowa. Przyznają jednak, że mętność Huawei stanowi swoistą miniaturę chińskej gospodarki.

Czy Chiny stać na ponowne szczere przyjęcie przedsiębiorczego kapitalizmu, tak jak zrobiły to w latach 80-tych? Jej obecni przywódcy, pod przewodnictwem prezydenta Hu Jintao, który przeszedł chrzest w Guizhou i Tybecie, dwóch najbiedniejszych wiejskich prowincjach, mówią o wsparciu dla wsi i likwidowaniu nierówności społecznych. Ale nic nie zrobili w tej sprawie. Głębokie problemy chińskiej gospodarki wymagają reform instytucjonalnych i politycznych. Niestety, doświadczenia surowej kontroli Pekinu nad Olimpiadą sugeruą, że nadzieje są raczej znikome.


Ufffff… Koniec i bomba! Przepraszam za dość pokraczne t
łumaczenie, wolę pisać swobodnie, nieograniczony niczyim rozumowaniem (nawet swoim). Uważam jednak, że warto przytoczyć ten tekst polskiemu szanownemu czytelnikowi.

Dzisiejszy wpis trochę d
łuższy niż zwykle a to dlatego, że wybieram się pod koniec tygodnia do kraju moich przodków więc będzie przerwa w pisaniu do przyszłego tygodnia. Mam nadzieję, że ten tekst, zrekompensuje Ci to, szanowny czytelniku, w choć niewielkim stopniu.

Adios! na koniec posłuchaj sobie miłej chińskiej muzyczki: http://www.youtube.com/watch?v=w9JK-B_Wvd8

Ha! To było okrutne z mojej strony… Ok, teraz już na poważnie:

http://uk.youtube.com/watch?v=3P5FKi0zSpg&feature=related

Kolumbia cz. XI – na wyspach bergamutach

Ufff… Jeszcze nie ochłonąłem po gwałcie dokonanym na mnie przez trzy służki szatana na plaży w Cartagenie a już musiałem załadować się na motorówkę, która miała nas zabrać na jakąś wyspę.

Nieopodal Cartageny położone są bowiem wysepki. Na niektórych z nich stoją rezydencje miliarderów (milionerem w Kolumbii nie tak trudno zostać bo milion pesos to około 1,300 zeta), niektóre z nich są natomiast dostępne dla turystów. Biura turystyczne zabierają takich turystów motorówkami na wysepkę, turysta siada sobie na leżaku i spędza dzień wylegując się na plaży (nie jest przy tym gnębiony przez Cartageńskich sprzedawców tego i owego). Morze wokół wysepek wydaje się być o wiele czystsze niż w Cartagenie – błękit wody jest wręcz nienaturalny, tak jakby ktoś podrasował komputerowo obraz. Szczerze pisząc myślałem, że moje oczy robią mi psikusa. Różowe słonie i białe myszki, które widywałem w przeszłości nie umywają się do kolumbijskich kolorów, a tak się składa, że z tych kolorów błękit Karaibów oczarował mnie jako pierwszy.

Tak więc rozsiedliśmy się na plaży (dziewczyny na słońcu a ja z przyszłym teściem pod palmą). Kiedy tak sobie leżałem w cieniu palmy i rozkoszowałem się widokiem, teściu zwrócił się do mnie: ‘Wiesz, w Kolumbii mamy takie powiedzenie. Pracujemy przez cały rok w pocie czoła, kiedy więc przychodzi czas wypoczynku, wybieramy się w takie właśnie raje na ziemi i leżąc tak jak teraz sobie leżymy, mówimy sobie – eso es la vida que yo me merezco – oto życie na jakie sobie zasłużyłem! I żyjemy pełnią życia!’.
Bardzo mi takie podejście przypad
ło do gustu i staram się stosować do tej kolumbijskiej filozofii wypoczynku. Wykraczając nawet poza ramy przyjęte w Kolumbii. Ja pracuję więc w pocie czoła od 8:00 do 9:00 potem idę na kawę powtarzając sobie ‘oto kawa na jaką sobie zasłużyłem’ (staszna lura nawiasem mówiąc). Nastepnie od 9:30 do 12:00 znowuż w pocie czoła, potem jabłko, na które sobie zasłużyłem i zasłużona herbatka. O 13:30-14:30 delektuję się zasłużonym lanczem a o 16:00 wesoło wybiegam z roboty za zasłużony wypoczynek… Co miesiąc dostaję wypłatę, na którą sobie zasłużyłem… w tym przypadku in minus.
Generalnie podejście kolumbijskie nauczyło mnie cieszyć się tym co mam i nie narzekać, bo nawet z mojej głodowej wypłaty mogę upichcić królewskie danie jak się dobrze postaram 😛

No ale dość o sobie, wróćmy na wysepkę. Leżałem sobie na plaży i zaczynałem się trochę nudzić. Leżenie leżeniem, nic nierobienie nic nierobieniem, ale jestem na wysepce, na którą nigdy pewnie nie wrócę i powinennem zobaczyć coś więcej niż plażę. Powiedziałem więc teściowi, że pójdę się przejść i se poszłem.

Około 20 metrów wgłąb wyspy zauważyłem, że nasza plaża jest ogrodzona. Znalazłem furtkę. Na szczęście była otwarta, więc  przelazłem przez nią.
Kilkanaście metrów dalej, za laskiem leża
ła wioska. Straszna bida. Zapewne większość jej mieszkańców zajmowała się obsługą turystów wylegujących się na plaży, bo wioska świeciła pustkami. Szedłem wzdłuż ścieżki pomiędzy chatami krytymi strzechą. Dolazłem do majdanu, przy którym mieściła się budka z piwem (Costeña) i radiem, z którego na cały regulator leciała jakaś salsa.
Wokó
ł budki zgromadzeni Murzyni gorąco o czymś dyskutowali. Na mój widok zamilkli. W tym momencie zorientowałem się, że widok turysty we wsi może być niecodziennym widokiem (co innego widok turysty na plaży). Przechodząc obok zaskoczonych piwoszy skłoniłem się grzecznie, i z uśmiechem na ustach powiedziałem ‘buenas’.  Panowie zmieszani odpowiedzieli mi ‘buenas’ ale się nie kłaniali (niektórzy się uśmiechli… a jeden nawet zaksztusił się piwem), po czym ja se poszedłem dalej a oni wrócili do dyskusji. Poczyniłem taka obserwcje, że nie zauważyłem we wsi żadnego latynosa. Mieszkańcy zaliczali się do czarnej części populacji Kolumbii. Nie żeby miało to dla mnie jakiekolwiek znaczenie – moim celem nie było badanie zróżnicowania etnicznego nieznanej mi wysepki a dojście na jej drugi kraniec. Ewentualnie znalezienie jakiegoś skarbu pozostawionego przez piratów… Patrząc jednak po wsi to jedynym skarbem był tu browar i radio z salsą na cały regulator.

Szed
łem dalej – ścieżka prowadziła mnie poza wioskę, przez krzaczory do lasku. W lasku zauważyłem że roi się tu od jakichś kolorowych jaszczurek. Dużych, małych, niebieskich, zielonych,  żółtych itd. Na szczęście wszystkie uciekały na mój widok, więc nie musiałem się obawiać, że któraś z nich (pewnie z tych większych) zechce mnie pożreć.
Doszed
łem w końcu na rozstaje ścieżek. Nie spotkałem tam diabła ani trzech Murzynek, które mnie zgwałciły poprzedniego dnia. Nie wiedziałem natomiast w którym kierunku mam iść. Na lewo, ścieżka dochodziła do krzaczorów i jeziorka. Na prawo dalej w las. Poszedłem w prawo. Po jakimś czasie doszedłem do murku. Murek był w ruinie i nie stanowił żadnej przeszkody – przeszedłem więc przez jedną z wielu dziur i znalazłem się na polance. W oddali, między dwoma drzewami ktoś leżał w hamaku a jeszcze dalej stały jakieś domki. Idąc sobie dalej przez polankę usłyszałem, że gościu z hamaka coś tam do mnie krzyczy. Pomachałem mu i pokazałem, w którym kierunku idę. Gościu przestał krzyczeć a ja ruszyłem w poszukiwaniu drugiego końca wyspy. Zacząłem się jednak trochę martwić, że wyspa jest większa niż sądziłem, i że nigdy nie dojdę co celu przed końcem dnia (a przecież trzeba było jeszcze wrócić). Na domiar złego zza pagórka wyskoczył wielki Murzyn z maczetą. Podbiegł w moim kierunku i poddenerwowany zapytał czego ja tu szukam. Starałem się mu wytłumaczyć łamaną hiszpańczyzną że nie szukam żadnych kłopotów i że chcę przejść całą wyspę wzdłuż lub wszerz. Mój rozmówca na szczęście zrozumiał o co mi chodzi, spokojniejszym już głosem powiedział, że jest to teren prywatny i żebym sobie poszedł, a żeby przejść na drugi koniec muszę obejść jeziorko, ale że nie warto bo nic tam nie ma. Podziękowałem mu za radę, przeprosiłem za najście i se poszedłem.
Za murkiem opróżni
łem gatki z tego co do nich narobiłem podczas niespodziewanej szarży czarnego machetero.
Doszed
łem do jeziorka, ale tam ścieżka okazała się być strasznie zarosnięta. Próbowałem się przedzierać przez krzaczory ale bez maczety nie miałem wielkich szans. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wrócić do Murzyna i poprosić go żeby mi pożyczył maczetę, ale na samo wspomnienie jego groźnej twarzy znowu musiałem czyścić gatki (tym razem w wodzie jeziorka).
Ponadto przy jeziorku strasznie zaczęły mnie ciąć komary. Przypomniałem sobie co mi pan doktór w Polsce powiedział o malarii i postanowiłem wziąć nogi za pas.

Z porotem w wiosce spotka
łem przyszłych teściów, którzy zaniepokojeni wybrali się na poszukiwania zaginionego Anarcha. Wróciliśmy razem na plażę. Teściowie z ulgą, że nic mi się nie stało a ja z satysfakcją, że zobaczyłem kawał wyspy i nawet potrafiłem się dogadać z facetem i jego maczetą wykazując się bohaterską odwagą.

W nagrodę, że się nie zgubiłem teściowie zabrali mnie do akwarium, mieszczącego się na jednej z wysepek.

Można tam zobaczyć płaszczki, ryby co piły i ryby co nie piły (tzw. ryby abstynentki), płaszczki, młota

  

rekiny, jakieś ryby z wielkimi warami i delfiny! Ach delfiny! Zrobiły na mnie największe wrażenie – oddzieliłem się od grupy jak tylko je zobaczyłem. Poszedłem do barierki, a te na mój widok podpłynęły do mnie, i jeden z nich przepływając przede mną zapozował do zdjęcia:  

Super! Oczywiście potem były pokazy dla turystów, delfinki zaprezentowały swoje zdolności akrobatyczne, ale dla mnie nic nie przebije tych kilku chwil kiedy sam na sam mogłem sobie poobcować z tymi wdzięcznymi rybami (ok ok! ssakami!). Oprócz psa nie widziałem nigdy takiego przyjacielskiego zwierzaka.

Wracając spowrotem do Cartageny zatrzymaliśmy się na chwilę w wodach zatoki, w której m
łodzi chłopcy nurkowali po monety wrzucane do wody przez turystów. Każdy coś rzucał, więc żeby nie odstawać od grupy też postanowiłem coś rzucić. Oczywiście musiałem się zbłaźnić! Wyciągnąłem 5,000 peses i cisnąłem bez namysłu do wody. W tym momencie wszyscy parsknęli śmiechem a ja zorientowałem się, że 5,000 pesos to banknot… No cóż, przynajmniej chłopaki miały w łatwy zarobek moim kosztem.

O moich poparzeniach i udarze, których nabawiłem się dzień później już wiesz, szanowny czytelniku. Na tym zakończył sie mój romans z Cartageną… ale jeszcze kiedyś do niej wrócę. Poza sezonem.

Na koniec tradycyjnie muzyczka: http://www.youtube.com/watch?v=pDE8kI67cnQ

No i może coś bardziej kolumbijskiego: http://www.youtube.com/watch?v=pxLBuUwt__M

Na Dalekim Wschodzie bez zmian

No i przegłosowali ‘bail out’ w Kongresie a giełda mimo to poszła w chlapy… To się nazywa niewdzięczność! Politycy trudzą się i w pocie czoła, przyciskają przyciski do głosowania (palce im od tego puchną) a ci niewdzięczni inwestorzy sprzedają!!! Nic tylko przegłosować zakaz sprzedaży jako takiej, ewentualnie zadekretować powszechny wzrost i optymizm na giełdach – a kto się nie dostosuje ten terrorysta gospodarczy i do Głanatnamo go!

Z punktu widzenia mojego zawodu i widoków na przyszłość to nawet i lepiej – pour moi biznes znów zacznie się kręcić. Ratowaniu bankierów sprzeciwiałem się dla zasady, z wewnętrzego poczucia sprawiedliwości, ale skoro ludzie chcą inaczej? Trudno, dla mnie oznacza to korzyści materialne. Jest takie powiedzenie amerykańskie – oszukaj mnie raz to twoja hańba, twoje następne oszustwo jest moją hańbą. Banki już nie raz zrobiły ludzi w balona a ci nadal chcą im płacić. Głośne bailouty lat 80-tych i 90-tych nikogo niczego nie nauczyły dzięki czemu bankierzy kontynuowali swoją radosną twórczość… I nadal będą kontynuować bo nauka na przyszłość jest taka, że niezależnie jak spartolimy, nierząd nam pomoże. Widać taka jest wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.
A skoro lud w całej swojej mądrości zadecydował że chce przekazać swoje dolary bankierom z Walsztretu to trzeba korzystać – ja w styczniu wybieram się do Nowego Jorku i zaszastam bezwartościowymi zielonymi. Kupię se nowe skarpetki, majtki, mydło i krawat. Huzzah!

Ale ale, ja się ostatnio skoncentrowałem na tym co się dzieje na Wysypach i w Hameryce, a nic nie wspomniałem o Dalekim Wschodzie!!! Sacrebleu! A tutaj bez zmian – po decyzji Kongresu mój zausznik z Japonii donosi mi że:

Origami Bank nie może się poskładać;
Sumo Bank został wyparty z rynku;
W Karaoke Bank pracownicy śpiewają cieńkim głosikiem;
Cena akcji Kamikaze Bank ostro zanurkowała;
W Ninja Banku czarno to widzą;
Kadra Karate Bank spodziewa się mocnego ciosu od inwestorów na poniedziałkowej sesji Tokijskiej giełdy;
I na koniec – analitycy rynku donoszą, że coś śmierdzi w Sushi Bank, podobno ryba psuje się tam od głowy.


Tak więc mimo bohaterskich działań amerykańskich mężów, żon i partnerów stanu nic tak naprawdę się nie zmieniło co znakomicie odzwieciedla okładka najnowszego wydania The Economist:

 

To tyle na dzisiaj, hasłem z Ekonomisty oficjalnie zaczynam weekend!!! Huzzah!!! Huzzah!!! Huzzah!!!

Muzyczka na dzisiaj w klimatach Japońskich: http://www.youtube.com/watch?v=PQyClNEfncg

PS. Podobno w wyniku intensywnych rozmyslań nad planem Paulsona kongresmeni musieli poddać się przed głosowaniem specjalnemu zabiegowi. Zresztą taką terapię przechodzą też nasi parlamentarzyści przed każdym posiedzeniem najjaśniejszego Sejmu (stąd te wszystkie świetne pomysły):

Oto jak to robią na Zachodzie: http://www.youtube.com/watch?v=IIlKiRPSNGA

A oto jak to robią w Polsce (czyli to samo ino z tłumaczem): http://www.youtube.com/watch?v=7-3TQLTzj9I&feature=related

Zderzacz Andronów czyli jak rząd bankierów ratował

Nie tak dawno czytałem o naukowcach w Szwajcarii, którzy pod Alpami wybudowali wielki zderzacz andronów. Jego działanie polega to na tym, że tęgie głowy wyłapują po świecie przeróżne androny plecione z zapałem przez polityków, nastepnie wsadzają je do takiego wielkiego tunelu, w którym te androny krążą a ponieważ jest ciemno zderzają się ze sobą.

Podobno na początku ludzie bali się, że skutkiem działalności Szwajcarskich mędrców będzie powstanie czarnej dziury, która wessie Ziemię do środka. Naukowcy z kraju banków i czekolady wyśmiewali siewców paniki. I słusznie! Po co ludzi straszyć? Ja na ten przykład mogę na swoim pieknym ciele znaleźć kilka czarnych dziur i jakoś przez 30 lat mnie nie wessały!

Wczoraj zresztą żeby rozwiać wszelkie wątpliwości sam uruchomiłem w swojej głowie mini zderzacz andronów. Wczoraj bowiem była Środa Popijcowa – dzień intensywnych obrządków na cześć Opoja. Androny plotły się i zderzały w mojej głowie z prędkością Warp 4. Dziś mam czarną dziurę we łbie i jak widać nic się nie stało. Blog nadal funkcjonuje a ja wciąż walczę o wolność w pocie czoła i z zaciśniętymi pośladkami.

Dzisiaj rano w wiadomościach podali informację (którą potem przeczytałem też w Dziennym Telegrafie) że klienci banków masowo przenoszą swoje pieniążki do znacjonalizowanych banków. Jak wiesz, szanowny czytelniku, brytyjski nierząd przymusowo znacjonalizował dwa banki – Północną Skałę (Nothern Rock) i Brandforda i Bingleja (Bradford & Bingley – tacy mili panowie w melonikach).  Ponieważ od lat wmawia się ludziom, że państwo nie może zbankrutować (ten andron jest tak wielki że nie zmieściłby się do zderzacza, dlatego wciąż krązy po świecie), zaczęli oni masowo przenosić swoje konta do państwowych banków w nadziei bezpieczeństwa w czasach kryzysu. Żeby zatrzymać ten owczy pęd premier jej Królewskiej Mości oświadczył, że nierząd (czyli każdy podatnik w tym i Anarch) zagwarantuje wkłady do 50,000 funtów. Czyli – jeśli bank padnie, państwo pokryje straty do tej wysokości. Czyli i Anarch po części pokryje. Czuję się taki pogwałcony… nikt się mnie nie pytał czy ja chcę czy nie chcę pokrywać obcych mi ludzi! Na szczęście minister odpowiedzialny za zmuszanie mnie do pokrycia, oświadczył, że projektu ustawy jeszcze ni ma i data wejścia jej w życie jest nieznana. Jest więc nadzieja, że nie będę musiał nikogo kryć wbrew mej woli.
Powyższe oświadczenia wprowadziły jeszcze większe zamieszanie wśród brytyjskiej gawiedzi i przyspieszyło owczy pęd ku państwowym bankom. Północna Skała nie wytrzymała uderzenia fali nowych klientów i postanowiła wycofać jedną ze swoich najkorzystniejszych ofert z rynku.

Działania rządu, mające na celu pochylić się z troską i pomóc bankom, w efekcie uderzają we wszystkie banki prywatne. Nawet te, które nigdy kryzysem zagrożone nie były zaczynają obawiać się o przyszłość, bo ilość piniędzy na kontach topnieje coraz szybciej. Zastanawiam się teraz czy nierząd nie wymyśli jakiegoś zakazu albo limitu regulującego wielkośc lokaty w państwowym banku. Ha! Nie zdziwiłbym się.

Nie jest to pierwszy taki andron upleciony przez nierząd Wielkiej (?) Brytanii. Pamiętam jak w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze pan Brown był ministrem skarbu państwa wpadł on na super pomysł dywersyfikacji rezerw państwa. Ogłosił więc że Wielka Brytania sprzeda połowę (może mniej może więcej – nie pamiętam już) swoich zasobów złota i zakupi różne papiery wartościowe. Nie trzeba być zbytnio rozgarniętym, żeby przewidzieć że na takie dictum acerbum ceny złota poleciały na łeb na szyję w związku z czym nierząd sprzedał swoje zasoby za bodajże połowę zakładanej ceny. Niestety, tego co wie każde dziecko w już w ziobrówce lub pierwszej klasie szkoły podstawowej kolektywny umysł rządu nie jest w stanie pojąć. Takie są prawa natury.

Tak
w
łaśnie w krótkim skrócie wygląda działanie państwa – za co się nie zabierze, zawsze spartoli. Może zamiast andronów powinniśmy powsadzać do zderzacza polityków, niech se tam biegają i zderzają się bez wystawiania nas na działanie ich głupawych pomysłów.

Koniec i bomba.

A na koniec piosenka, którą dedykuję sobie – nie było u nas lata a już zaczęła się jesień. Więc piosnka o lecie:

http://www.youtube.com/watch?v=u7Ac3eRarGI


Cuda na kiju, duby smalone i bajtloki z ciasta! Czyli pozytywnie i niepolitycznie o Chorwacie co się kulom nie kłaniał.

Dzisiaj nie będzie o polityce, wystarczy że wysłuchałem przemówienia lidera Torysów, Dejwida Kamerona, który słowa ‘bezpieczeństwo’ i ‘ochrona’ odmienił przez wszystkie przypadki. No mas! Ya basta! Po co zajmować się tymi smutnymi panami, zarabiającymi na życie taplaniem się w gnoju – kij im dzisiaj w oko! I na wieki wieków amen!

A skoro amen to opowiem Ci dzisiaj historię pewnego cudu:

W Zagrzebiu żył sobie pan Cavlović z panią Cavloviciową. Żyli se tak nasi prości Chorwaci spokojnie i bez stresów aż pewnego dnia przechadzając się ulicami Zarzebia spotkali znajomego pana Cavlovicia.
Znajomek jednak okaza
ł się czarnym charakterem tej opowieści. Oskarżył pana Cavlovicia że ten nie oddał mu pieniędzy, które podobno mu kiedyś pożyczył. Wywiązała się dyskusja, która szybko przemieniła się w szarpaninę. Ostatecznie znajomek spod ciemnego Andrzeja Gwiazdy wyciągnął spluwę i oddał strzał z nikąd z bezpośredniej odległości. Policyjni eksperci ocenili potem, że strzał oddany z tej odległości powinien zabić jeśli nie obu to przynajmniej jednego z małżonków.
Kula zrykoszetowała jednak od kości policzkowej pani Cavlowiciowej i trafiła pana Cavlovicia w szczękę. ‘Myślałem że już po mnie’ opowiadał później nasz bohater ‘nawet nie widziałem jak kula trafiła w moją żonę – jedyne co pamiętam to błysk lufy i to, że coś rąbnęło w mój sztuczny ząb. Wyplułem gorący ołów – bolało jak diabli ale wciąż żyłem!’. Tak tak! Rzeczywistość pisze lepsze historie od scenarzystów w holiłód. Pamiętam te wszystkie tanie filmy z Hong Kongu, które oglądałem za młodu (wąsy domalowywane pisakiem, pudła kartonowe itd). Tam mistrzowie kung-fu dopiero po latach treningu i medytacji łapali kule w zęby – nasz Chorwat był amatorem bez przygotownia! A zęba miał sztucznego! Cud!

Niedoszły zabójca zwiał z miejsca cudu ale wkrótce został aresztowany i zostanie wkrótce osądzony jak na załączonym obrazku (
http://www.youtube.com/watch?v=UIrX_di3J9s&feature=related).

Eksperci policyjni z niedowierzaniem łapali się za głowy – w końcu doszli do wniosku, że pocisk musiał stracić impet na gładkim policzku piękniejszej połówki Cavlovicia i dzięki temu super ząb był w stanie ją zatrzymać.

Ja mam jednak inną teorię – po prostu ich czas jeszcze nie nadszedł. Tylko tyle i aż tyle – nie wszystko można racjonalnie wytłumaczyć.
Czasem znajdujemy się w, jakby się wydawało, tragicznej sytuacji a los czy jakaś siła wyższa (nie ważne czy ją zwiemy Opojem, Allachem, Jahwe, Buddą, Fortuną czy Rozumem) wyciąga nas z tarapatów zaprzeczając wszelkim zasadom logiki, fizyki, rozumu czy fiki miki. I bądź tu mądry, szanowny czytelniku!
Pesymiści powiadają, że nadzieja jest matką głupich ale ja zaprawdę powiadam – niezależnie w jakie głębokie łajno wdepnąłeś, nie ważne jak źle się sprawy mają – nie trać nadzieji i ciesz się życiem wbrew wszytkiemu. Jeśli nawet prawdą jest, że nadzieja jest matką g
łupich to pamiętaj, że głupi ma zawsze szczęście… i że mądry głupiemu ustępuje, a skoro siła wyższa (Opój czy Pan Bóg) są kwintesencją mądrości – ustąpią nam.

Ok! Starczy tych moich kiblowych mądrości. Każdy sobie zinterpretuje to zdarzenie po swojemu – ja tylko chciałem przekazać coś optymistycznego w czasach kiedy wszyscy zdają się emitować negatywne fluidy – kryzys na łolstrit, rządy Browna, nacjonalizacja banków w Europie, zemsta rządu na esbekach (ciekawe czemu nie na członkach Wehrmachtu? Z powodu dziadka?), Kaczyński kontra Sikorowski, Berlusconi kontra Cyganie, kontra w rowerze kontra pedały… Może w tym wszystkim ząb Cavlovicia przekaże jakiś znak pokoju… albo przynajmniej kogoś rozbawi (ja ryczałem ze śmiechu czytając tą wiadomość).
W każdym bądź razie ja w czasie kryzysu sie nie łamię – znalazłem sobie nową pracę w Kanadzie:

http://www.youtube.com/watch?v=41v_01_V1ic&feature=related

PS. Na koniec mam jeszcze kilka świńskich zdjęć penisów, żeby wkurzyć cenzorów i wywołać trochę kontrowersji, gdyż tylko w ten sposób można zmusić publiczność, aby ruszyła swoje jebane dupska od magnetowidów i skłonić ją do pójścia do kina. Rodzinna rozrywka? Bzdura. Wszyscy chcą tylko świństw. Ludzie rżną się piłami łańcuchowymi, spedaleni senatorowie dźgają opiekunki do dzieci, straż obywatelska dusi kurczęta, krytycy teatralni mordują kozły mutanty. Po co komu jakieś kino. Oto na czym stoimy. Czas na finałową melodię. Dobranoc.’

http://www.youtube.com/watch?v=jHPOzQzk9Qo&feature=related

Aaaaaa cholera! Jak się już ubzdryngoliłem to się jeszcze podzielę mądrościami pana z lodówki: http://www.youtube.com/watch?v=OcTHBOjnUss

A tutaj tłumaczenie:

Ilekroć życie panią rani,
proszę pani,
a wszystko wokół to dno,
bo ludzie są głupi i robią na złość,
pani zaś czuje, że ma już dość!

Pamiętajmy, że żyjemy na planecie,
co wiruje:

900 mil w godzinę kręci się.
I podobno orbituje
19 mil w sekundę wokół Słońca,
co energii źródłem jest.
Słońce, ty i ja, i wszystkie gwiazdy wokół nas
miliony mil robią w jeden dzień.
Na kosmicznym nieboskłonie
przez galaktykę sobie mkną,
która Mleczną Drogą zowie się.

Ta galaktyka składa się ze stu miliardów gwiazd
i ma rozpiętość stu tysięcy świetlnych lat.
W środku wybrzuszona i bardzo gruba jest,
choć szerokości w latach świetlnych mało ma.
Daleka bardzo droga od jej centrum dzieli nas,
a okrążenie jej trwa miliony lat.
A tylko jedną jest z milionów miliardów
galaktyk tworzących cały świat.

A wszechświat się rozciąga i rozrasta, i rozrasta
we wszystkich kierunkach jakie są.
Tak szybko jak chce,
z prędkością światła mknie,
12 milionów mil w minutę – naprzód wciąż.

Więc pamiętaj, gdy niepewnie i bezradnie czujesz się,
jak cudownie i nieprawodopodnie było urodzić się tu.
I módl się żebyś znalazła w Kosmosie lepszy świat,
bo na ziemi ubóstwo jest i smród.

PS 2. Kruca bomba – jak szukałem piosnki znalazłem skecz, którego nie znałem:

http://www.youtube.com/watch?v=DuIjDRCzAFY