Kolumbia cz. XI – na wyspach bergamutach

Ufff… Jeszcze nie ochłonąłem po gwałcie dokonanym na mnie przez trzy służki szatana na plaży w Cartagenie a już musiałem załadować się na motorówkę, która miała nas zabrać na jakąś wyspę.

Nieopodal Cartageny położone są bowiem wysepki. Na niektórych z nich stoją rezydencje miliarderów (milionerem w Kolumbii nie tak trudno zostać bo milion pesos to około 1,300 zeta), niektóre z nich są natomiast dostępne dla turystów. Biura turystyczne zabierają takich turystów motorówkami na wysepkę, turysta siada sobie na leżaku i spędza dzień wylegując się na plaży (nie jest przy tym gnębiony przez Cartageńskich sprzedawców tego i owego). Morze wokół wysepek wydaje się być o wiele czystsze niż w Cartagenie – błękit wody jest wręcz nienaturalny, tak jakby ktoś podrasował komputerowo obraz. Szczerze pisząc myślałem, że moje oczy robią mi psikusa. Różowe słonie i białe myszki, które widywałem w przeszłości nie umywają się do kolumbijskich kolorów, a tak się składa, że z tych kolorów błękit Karaibów oczarował mnie jako pierwszy.

Tak więc rozsiedliśmy się na plaży (dziewczyny na słońcu a ja z przyszłym teściem pod palmą). Kiedy tak sobie leżałem w cieniu palmy i rozkoszowałem się widokiem, teściu zwrócił się do mnie: ‘Wiesz, w Kolumbii mamy takie powiedzenie. Pracujemy przez cały rok w pocie czoła, kiedy więc przychodzi czas wypoczynku, wybieramy się w takie właśnie raje na ziemi i leżąc tak jak teraz sobie leżymy, mówimy sobie – eso es la vida que yo me merezco – oto życie na jakie sobie zasłużyłem! I żyjemy pełnią życia!’.
Bardzo mi takie podejście przypad
ło do gustu i staram się stosować do tej kolumbijskiej filozofii wypoczynku. Wykraczając nawet poza ramy przyjęte w Kolumbii. Ja pracuję więc w pocie czoła od 8:00 do 9:00 potem idę na kawę powtarzając sobie ‘oto kawa na jaką sobie zasłużyłem’ (staszna lura nawiasem mówiąc). Nastepnie od 9:30 do 12:00 znowuż w pocie czoła, potem jabłko, na które sobie zasłużyłem i zasłużona herbatka. O 13:30-14:30 delektuję się zasłużonym lanczem a o 16:00 wesoło wybiegam z roboty za zasłużony wypoczynek… Co miesiąc dostaję wypłatę, na którą sobie zasłużyłem… w tym przypadku in minus.
Generalnie podejście kolumbijskie nauczyło mnie cieszyć się tym co mam i nie narzekać, bo nawet z mojej głodowej wypłaty mogę upichcić królewskie danie jak się dobrze postaram 😛

No ale dość o sobie, wróćmy na wysepkę. Leżałem sobie na plaży i zaczynałem się trochę nudzić. Leżenie leżeniem, nic nierobienie nic nierobieniem, ale jestem na wysepce, na którą nigdy pewnie nie wrócę i powinennem zobaczyć coś więcej niż plażę. Powiedziałem więc teściowi, że pójdę się przejść i se poszłem.

Około 20 metrów wgłąb wyspy zauważyłem, że nasza plaża jest ogrodzona. Znalazłem furtkę. Na szczęście była otwarta, więc  przelazłem przez nią.
Kilkanaście metrów dalej, za laskiem leża
ła wioska. Straszna bida. Zapewne większość jej mieszkańców zajmowała się obsługą turystów wylegujących się na plaży, bo wioska świeciła pustkami. Szedłem wzdłuż ścieżki pomiędzy chatami krytymi strzechą. Dolazłem do majdanu, przy którym mieściła się budka z piwem (Costeña) i radiem, z którego na cały regulator leciała jakaś salsa.
Wokó
ł budki zgromadzeni Murzyni gorąco o czymś dyskutowali. Na mój widok zamilkli. W tym momencie zorientowałem się, że widok turysty we wsi może być niecodziennym widokiem (co innego widok turysty na plaży). Przechodząc obok zaskoczonych piwoszy skłoniłem się grzecznie, i z uśmiechem na ustach powiedziałem ‘buenas’.  Panowie zmieszani odpowiedzieli mi ‘buenas’ ale się nie kłaniali (niektórzy się uśmiechli… a jeden nawet zaksztusił się piwem), po czym ja se poszedłem dalej a oni wrócili do dyskusji. Poczyniłem taka obserwcje, że nie zauważyłem we wsi żadnego latynosa. Mieszkańcy zaliczali się do czarnej części populacji Kolumbii. Nie żeby miało to dla mnie jakiekolwiek znaczenie – moim celem nie było badanie zróżnicowania etnicznego nieznanej mi wysepki a dojście na jej drugi kraniec. Ewentualnie znalezienie jakiegoś skarbu pozostawionego przez piratów… Patrząc jednak po wsi to jedynym skarbem był tu browar i radio z salsą na cały regulator.

Szed
łem dalej – ścieżka prowadziła mnie poza wioskę, przez krzaczory do lasku. W lasku zauważyłem że roi się tu od jakichś kolorowych jaszczurek. Dużych, małych, niebieskich, zielonych,  żółtych itd. Na szczęście wszystkie uciekały na mój widok, więc nie musiałem się obawiać, że któraś z nich (pewnie z tych większych) zechce mnie pożreć.
Doszed
łem w końcu na rozstaje ścieżek. Nie spotkałem tam diabła ani trzech Murzynek, które mnie zgwałciły poprzedniego dnia. Nie wiedziałem natomiast w którym kierunku mam iść. Na lewo, ścieżka dochodziła do krzaczorów i jeziorka. Na prawo dalej w las. Poszedłem w prawo. Po jakimś czasie doszedłem do murku. Murek był w ruinie i nie stanowił żadnej przeszkody – przeszedłem więc przez jedną z wielu dziur i znalazłem się na polance. W oddali, między dwoma drzewami ktoś leżał w hamaku a jeszcze dalej stały jakieś domki. Idąc sobie dalej przez polankę usłyszałem, że gościu z hamaka coś tam do mnie krzyczy. Pomachałem mu i pokazałem, w którym kierunku idę. Gościu przestał krzyczeć a ja ruszyłem w poszukiwaniu drugiego końca wyspy. Zacząłem się jednak trochę martwić, że wyspa jest większa niż sądziłem, i że nigdy nie dojdę co celu przed końcem dnia (a przecież trzeba było jeszcze wrócić). Na domiar złego zza pagórka wyskoczył wielki Murzyn z maczetą. Podbiegł w moim kierunku i poddenerwowany zapytał czego ja tu szukam. Starałem się mu wytłumaczyć łamaną hiszpańczyzną że nie szukam żadnych kłopotów i że chcę przejść całą wyspę wzdłuż lub wszerz. Mój rozmówca na szczęście zrozumiał o co mi chodzi, spokojniejszym już głosem powiedział, że jest to teren prywatny i żebym sobie poszedł, a żeby przejść na drugi koniec muszę obejść jeziorko, ale że nie warto bo nic tam nie ma. Podziękowałem mu za radę, przeprosiłem za najście i se poszedłem.
Za murkiem opróżni
łem gatki z tego co do nich narobiłem podczas niespodziewanej szarży czarnego machetero.
Doszed
łem do jeziorka, ale tam ścieżka okazała się być strasznie zarosnięta. Próbowałem się przedzierać przez krzaczory ale bez maczety nie miałem wielkich szans. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wrócić do Murzyna i poprosić go żeby mi pożyczył maczetę, ale na samo wspomnienie jego groźnej twarzy znowu musiałem czyścić gatki (tym razem w wodzie jeziorka).
Ponadto przy jeziorku strasznie zaczęły mnie ciąć komary. Przypomniałem sobie co mi pan doktór w Polsce powiedział o malarii i postanowiłem wziąć nogi za pas.

Z porotem w wiosce spotka
łem przyszłych teściów, którzy zaniepokojeni wybrali się na poszukiwania zaginionego Anarcha. Wróciliśmy razem na plażę. Teściowie z ulgą, że nic mi się nie stało a ja z satysfakcją, że zobaczyłem kawał wyspy i nawet potrafiłem się dogadać z facetem i jego maczetą wykazując się bohaterską odwagą.

W nagrodę, że się nie zgubiłem teściowie zabrali mnie do akwarium, mieszczącego się na jednej z wysepek.

Można tam zobaczyć płaszczki, ryby co piły i ryby co nie piły (tzw. ryby abstynentki), płaszczki, młota

  

rekiny, jakieś ryby z wielkimi warami i delfiny! Ach delfiny! Zrobiły na mnie największe wrażenie – oddzieliłem się od grupy jak tylko je zobaczyłem. Poszedłem do barierki, a te na mój widok podpłynęły do mnie, i jeden z nich przepływając przede mną zapozował do zdjęcia:  

Super! Oczywiście potem były pokazy dla turystów, delfinki zaprezentowały swoje zdolności akrobatyczne, ale dla mnie nic nie przebije tych kilku chwil kiedy sam na sam mogłem sobie poobcować z tymi wdzięcznymi rybami (ok ok! ssakami!). Oprócz psa nie widziałem nigdy takiego przyjacielskiego zwierzaka.

Wracając spowrotem do Cartageny zatrzymaliśmy się na chwilę w wodach zatoki, w której m
łodzi chłopcy nurkowali po monety wrzucane do wody przez turystów. Każdy coś rzucał, więc żeby nie odstawać od grupy też postanowiłem coś rzucić. Oczywiście musiałem się zbłaźnić! Wyciągnąłem 5,000 peses i cisnąłem bez namysłu do wody. W tym momencie wszyscy parsknęli śmiechem a ja zorientowałem się, że 5,000 pesos to banknot… No cóż, przynajmniej chłopaki miały w łatwy zarobek moim kosztem.

O moich poparzeniach i udarze, których nabawiłem się dzień później już wiesz, szanowny czytelniku. Na tym zakończył sie mój romans z Cartageną… ale jeszcze kiedyś do niej wrócę. Poza sezonem.

Na koniec tradycyjnie muzyczka: http://www.youtube.com/watch?v=pDE8kI67cnQ

No i może coś bardziej kolumbijskiego: http://www.youtube.com/watch?v=pxLBuUwt__M

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s