Nie mamy recesji!

Dzisiaj w robocie postanowiłem trochę pobumelować więc udałem się w moje ulubione miejsce bumelki, czyli na portal Onetu 😛

Żeby jednak nikt się nie skapnął poszedłem na strony byznesowe (jak się zarządca (czyli menedżer) doczepi zawsze mogę powiedzieć że przygotowuję bardzo ważny raport i przeszukuję wszystkie znane mi źródła). Moje zdradzieckie oko przyciągnął słynny przydomek niejakiego György Schwartza – ‘George Soros’. Ten potomek Węgrów z Góry Synaj kopsnął się do jakiejś alpejskiej dziury w Szwajcarii (bodajże Davos) gdzie przed strwożoną gawiedzią rozpostrał apokaliptyczną wizję kryzysu, w którym się znajdujemy.
Oto pan Szorosz palnął, że obecny kryzys jest poważniejszy niż ten z lat 30-tych a jak każdy szanowny czytelnik wie, kryzys z lat trzydziestych ubiegłego wieku zwany jest Wielkim Kryzysem. Okej, mogę się zgodzić, że możemy się znaleźć w gorszej sytuacji niż nasi pra-dziadkowie, ale nie dlatego że kryzys jest poważniejszy ale dlatego że niewłaściwie podejdziemy do jego rozwiązania. Jak wiadomo nawet od przeziębienia można umrzeć, jeśli się
podejmie nieodpowiednie kroki (przeziębienie przekształci się w zapalenie płuc i kaplica). Podobnie z naszą recesją… o, pardon, nie mamy recesji… Podobnie z naszą sytuacją, jeśli pozwolimy naszym politykom brnąć w drukowanie pieniądza bez pokrycia, ratować firmy-zombie, przeszczepiać wątrobę alkoholikowi to rzeczywiście wpędzimy się w jeszcze groszą sytuację, niż w latach 30-tych. Jak na razie panie Soros, zamiast straszyć szwajcarskich wieśniaków, proponuję otworzyć pierwszą lepszą gazetę z lat 30-tych i poczytać w jakiej świat był sytuacji. Weźmy np. New York Times z 6 Marcha 1933 (specjalne podziękowanie dla pana Ambrose’a Evans-Pritcharda z Daily Telegraph). Oto nagłówki z pierwszej strony: ‘Ugrupowanie Hitlera zdobywa większość w Rzeszy, przejmuje władzę w Prusiech’, ‘Japończycy nasilają krwawą kampanię. Chiny zamykają Mur. Nanking przyznaje się do porażki’, ‘Bony miejskie zastępują pieniądze’ (jak ktoś ma lepsze tłumaczenie dla ‘city scrip’ proszę smiało wrzucić w komentarzach to poprawie), ‘Prezydent wprowadza stan wojenny’, ‘Więzienie dla posiadaczy złota’.

Tak tak szanowny czytelniku, w 1933 roku świat wojował, albo szykował się do wojny, Europę ogarniał faszyzm, komunizm i narodowy-socjalizm a Franklin Delano Rosenfeld skonfiskował złoto swoim obywatelom i wprowadził surowe kary za jego posiadanie (największa grabież w biały dzień w historii krainy wolności i kowbojów. Nawet Dżesi Dżejms nie dorasta do pięt wielkiemu FDR). 

Osoby medialne uwielbiają siać panikę – dzięki temu stają się jeszcze bardziej medialne. O Sorosu było ostatnio cicho, więc musiał przyjechać do Davos i palnąć coś o czym świat będzie pisał i dyskutował. Okej! No to niech świat przeczyta to: jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż nasi pra-dziadowie w latach trzydziestych. Poza pewnymi wyjątkami świat jest spokojny, a kraje objęte kryzysem nie są ze sobą skłócone. Starają się wyjść z sytuacji nawzajem sobie pomagając (jak np. Polska Islandii). Inna sprawa że ich pomysły na wyjście z kryzysu są głupie ale jak wreszcie pójdą po rozum do głowy… albo jak my im wbijemy do głowy ja należy postępować… Handel, mimo że nadal jest objęty wieloma barierami, jest o wiele łatwiejszy niż w latach 30-tych (kiedy to kraje raczej broniły swoich rynków agresywną polityką celną). W zasadzie gdyby nie banki i politycy, świat nie popadłby w takie tarapaty. Ale skoro popadł i skoro ja też, jak by nie było, jestem w pewnym sensie osobą medialną, pozwolę sobie przejść do wyjaśnienia tytułu tego wpisu i podnieść sobie wskaźnik medialności:

Nie mamy recesji…

MAMY DEPRESJĘ

Recesja trwa z reguły 18 miesięcy po czym rynek zaczyna wychodzić na prostą. Inspirowany analizą pana Davida Rosenberga z Merrill Lynch twierdzę (a raczej powtarzam po nim swoimi słowami), że choćby skały srały, rynek nie poradzi sobie z tak ogromną ilością długu i pieniądza bez pokrycia.
Pisałem swego czasu o Volkswagenie, którego główny udziałowiec (Porsche) tak spekulował akcjami, że w pewnym momencie producent samochodów był największą firmą na świecie (pod względem kapitalizacji). Nie dlatego, że nagle VW sprzedał ogromną ilość samochodów a dlatego, że Porsche kręciło lody na obrocie trzymanymi przez siebie akcjami (m.in. poprzez swoich pośredników pożyczając akcje funduszom, które potem musiały kupić te akcje od Porsche zeby je zwrócić… komu? Porsche oczywiście!)
. Jak pisze pan Rosenberg, w latach 2002-2007 dochody firm ze spekulacji finasowych sięgały nawet 40% ich dochodu calkowitego (czyli 60% dochodu z działalności, np. ze sprzedaży samochodów, a reszta z obrotu akcjami, instrumentami pochodnymi i nadmuchiwania tym samym bańki spekulacyjnej). Zadłużenie gospodarstw domowych spowodowane głównie wywindowaniem cen nieruchomości do absurdalnych rozmiarów (ten balon już pękł) wzrosło na niespotykaną skalę. Jak pisze analityk Merrilla (ciekawe ile dostał z tych 4 miliardów rozdanych jako uznaniowa premia) obecny cykl spadkowy jest typowym zjawiskiem po okresie ‘dobrobytu na kredyt’. Dobrze się nam wszystkim żyło – ludzie bez dochodów kupowali domy za pożyczki z banków, banki włączły długi tych ludzi do ‘pochodnych instrumentów finansowych’, firmy zamiast żyć z działalności rynkowej (czyli obserwować rynek i odpowiednio reagować) inwestowały w owe instrumenty kręcąc lody i czerpiąc zyski. Totalny odlot wykresów giełdowych… Do czasu kiedy niewidzialna ręka rynku wyłożyła karty na stół i powiedziała ‘sprawdzam’. Wszyscy obudzili się z obiema rękami w nocniku a niektórzy nawet z parówką w d… Bańka pękła a obecny cykl spadkowy to poprostu powrót do średniej.

Problem w tym, że banki, ludzie i firmy, jak narkomani uzależnili się od życia na kredyt. I jak narkomani potrzebują go coraz więcej. Oczywiście w demokracji politycy starają się przypodobać większości żeby zdobyć cenne głosy. Drukują więc coraz więcej pieniędzy i wymuszają na bankach udzielanie pożyczek (banki co prawda bronią się przed tym nogamy y ręcamy wydając pieniążki na premie, samoloty i luskusowe wycieczki dla dyrekcji). Jedno jest pewne – decydenci starają się przywrócić do pełnej sprawności system, który żyje już tylko dzięki pompowaniu w niego coraz większej ilości gotówki. Zanim tęgie głowy w białych domach, pałacach prezydenckich czy w innych Big Benach skapują się że nie tędy droga minie trochę czasu. Spłacenie wszystkich długów spowodowanych obecną transfuzją pieniądza do banków zajmie nam kilka pokoleń. Depresja trwa statytycznie około trzech do siedmiu lat – w naszym przypadku siedem chudych lat to optymistyczne założenie.

No! Wystarczająco posiałem panikę, powinno coś wyrosnąć. Liczę na to że jutro wszystkie gazety będą drukować ten tekst na pierwszych stronach a TVN24 zrobi specjalny program zaprosi ekspertów, którzy będą dyskutować nad moimi rewelacjami. George Soros pokaja się przede mną przyznając mi rację a ja łaskawie podam mu nogę jak Wałęsa pornogrubasowi. Może nawet nominują mnie do jakiejś nagrody tak więc z tego miejsca dziękuję wszystkim szanownym czytelnikom za wsparcie! Bez Was by mnie tu nie było. Chlip chlip smark smark!

W każdym razie nie martwiłbym się zbytnio depresją. Na szczęście świat stoi dla nas (p)otworem, możemy się wynieść masowo do Panamy, Argentyny, do Chin (wohin?) czy do Izraela. Jak chcemy siedzieć na tyłku w Polsce, możemy nie ruszając się z miejsca zainwestować np. w złoto czy kupić długi Iraku. Internet i globalizacja dają nam więcej możliwości obrony niż naszym pradziadom, którzy musieli drałować wszędzie na nogach, koleją lub fiakrem, nie mieli bankomatów i internetu, nie mieli ‘T’ jak ‘Tesco’, ‘M’ jak ‘Miłość’ ‘F’ jak ‘Francuska’ oraz świata według kiepskich… a pornografię mieli na czarno-białych zdjęciach. Jezu! Jak oni przetrwali ten Wielki Kryzys??? Książki czytali czy co?

A! No i najważniejsze – w USA mieli wtedy prohobicję! Teraz przynajmniej można się ubzdryngolić! I to jest najważniejszy powód, dla którego jest lepiej niż w latach 30-tych.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze wypociny.

Tradiszionali – sam mjuzik for relaksejszyn (jakby znowu zablokowali na obszarze III erpe – Korn ‘Word up’): http://uk.youtube.com/watch?v=1q-k-uN73Gk

Fajny film wczoraj widziałem…

Siedziałem oszołomiony. Film skończył się parę sekund temu a ja nie wstaję, kurtki nie ubieram. Siedzę i gapię się na napisy. Wpatruję się w listę nazwisk, które nic mi nie mówią, przeplataną z tłumem Hindusów tańczących na peronie dworca w Bombajo-Mumbaju i nic… Szok.

Co się przed momentem stało? Po raz pierwszy od długiego czasu oglądnąłem w kinie film, który bardzo mi się podobał. Ostatnio rzadko się to zdarzało. Jeden film głupszy od drugiego… Nawet tytułów nie pomnę, a zawsze miałem pamięć do filmów. Nie miałem ostatnio szczęścia. Dlatego na Slumdog Millionaire poszedłem z pewną taką nieśmiałościa. Poczekałem do wtorku, kiedy w miasteczku nieopodal mają w kinie tzw. cheap tuesday czyli tani wtorek. Na wypadek gdyby film okazał się totalną kichą, namówiłem kumpla z pracy żeby poszedł ze mną. Zawsze można się po filmie ubzdryngolić i razem ponarzekać. Na szczęście tym razem los się do mnie uśmiechnął ukazując mi białe zęby hinduskich aktorów.

Siedziałem więc jak wryty. Czemu ten film tak mi się podobał? Nie było golizny, seksu, motywu zemsty, juha się jakoś nie lała strumieniami, nawet kurna nie przeklinali (a jeśli już to po hindusku co na to samo wychodzi). Żeby chociaż na chwilę pojawili się piraci! Piraci zawsze są gwarantem dobrej zabawy, bo piratem być to morowa jest rzecz. Jeśli nawet w najgorszym filmie choć na pięć minut pojawią się zabijaki pływające pod banderą wesołego Rogera (arrrr! arrrr!), jest pewne jak w banku, że film będzie mi się podobał.

No dobra, bo ja się tu rozpisuję o pierdołach a ty, szanowny czytelniku, po tylu słowach nadal nie wiesz o czym jest film. Film jest o magii kobiet. Konkretnie o tym jak kobieta potrafi mężczyźnie zakręcić w głowie. Główny bohater (Jamal) wraz z bratem i matką mieszkają sobie w slumsach Bombaju (konkretnie w Dharavi). Jak wszystkie dzieci (niezależnie od stopnia zamożności rodziców) chłopcy prowadzą beztroski żywot. Grają w palanta na pasie startowym lotniska, wynajmują Hindusom z syndromem jelita wrażliwego latryny zbite na chama z desek i z perfidną dziurą w podłodze, robią psikusy policjantom, słowem robią to co my, kiedy byliśmy dziećmi (ok, może poza wynajmem latryn – za moich czasów zbierało się butelki). Niestety, bardzo szybko okazuje się, że chłopcy muszą przejść przyspieszony kurs dorastania. W ruchawkach antymuzułmańskich ginie ich matka a oni, wraz z jedną dziewczynką, Latiką, salwują się ucieczką. Od tej pory życie nie ma dla nich taryfy ulgowej. Nie przechodzą przez ‘START’, nie dostają $200, bank nie wypła im dywidendów a karty ‘szansy’ wpędzają ich w coraz to gorsze tarapaty. Indie to nie Monopoly. 

Choć w każdym opisie filmu na sieci, przeczytasz, szanowny czytelniku, że akcja filmu toczy się wokół teleturnieju ‘Milionerzy’ (tak na marginesie, hinduski Hubert Urbański to coś co trzeba zobaczyć), ja uważam, że Milionerzy są tylko jednym z wątków (banalnych zresztą – znałem odpowiedź na wszystkie pytania oprócz ostatniego) a fabuła toczy się wokół boskiej Latiki, którą Jamal po raz pierwszy utracił jeszcze jak byli dziećmi. Chęć odnalezienia i bycia z nią determinuje wszystkie akcje Jamala (gdyby Jamal był homoseksualistą nie wystąpiłby w Milionerach a film musiałby się skończyć po dziesięciu minutach kiedy wybranek jego serca zostałby albo oślepiony albo wykastrowany… albo jedno i drugie. Choć kto wie? Może byłby motyw zemsty i juha lałaby się strumieniami?).
Taaak, Kobieta. Zresztą to żadne odkrycie – wszystko co robimy, drodzy panowie, robimy dla kobiet. To one są motorem naszego sukcesu (lub powodem naszego upadku). Bez kobiet nie mielibyśmy motywacji do zejścia z drzewa (być może po wynalezieniu alkoholu sami byśmy z niego spadli).


W Slumdog Millionaire zobaczymy piękny, kolorowy ale i brutalny i czasem przygnębiający obraz Indii (w moim odczuciu bardziej piękny niż przygnębiający). Wraz z Jamalem i jego bratem będziemy przeżywać upadki i wzloty, oprowadzać hamerykańskich turystów po pięciogwiazdkowym hotelu Taj Majal z wypasionym basenem, podróżować na dachu pociągu, zarabiać na chleb sprzedając szwarc, mydło i powidło, kraść buty, torebki, żarcie, uciekać przed gansterami i nocować na wysypiskach śmieci lub opuszczonych luksusowych hotelach. Dowiemy się, że nie wszystko złoto co sie święci, nie każdy święty jest dobrym człowiekiem i nie każdy złoczyńca jest zepsuty do szpiku kości. 

Ostatnią recenzję filmu pisałem w podstawówce i chyba dostałem tróję plus, tak więc ten tekst nie ma ambicji bycia recenzją. Piszę go pod wpływem chwili, w głowie wciąż dudni filmowa muzyka a jak zamykam oczy widze kolory Indii. Jeśli lubisz, szanowny czytelniku te klimaty, to wyciągnij kajecik i zakonotuj sobie datę 27 Luty 2009, kiedy to film wejdzie na ekrany polskich kin (tytuł polski: Slumdog. Milioner z ulicy). Satysfakcja gwarantowana. Chyba pójdę jeszcze raz…

Tutaj znajduje się trailer filmu: http://uk.youtube.com/watch?v=AIzbwV7on6Q

Tutaj tradycyjnie muzyczka dla relaksu: http://uk.youtube.com/watch?v=DciW_yuQGCw&feature=related

Acha! Na ekrany kin wchodzi też nowy film Ala Gore’a o nowym straszliwym zagrożeniu dla ludzkości. Będzie trzeba się wybrać. Oto trailer: http://uk.youtube.com/watch?v=zfGmf8L3-z0

Alkohol a potencja czyli: Jeeeezuuuuu! Czemu nie wyjechałem do Australii???

No no! Pięknie pięknie. Wychodzi na to, że nie tylko Mosieur Sarkozy i Mr Brown czytają mojego bloga (i jak na złość nie słuchają). Moja ciężka praca została ostatnio doceniona przez Hiszpanów. Oto nareszcie potomkowie generała Francy zaczynają powtarzać to co ja głoszę na łamach tego bloga od miesięcy. Właśnie wpadł mi w oko bardzo ciekawy wywiad opublikowany, o dziwo, w Koszernej. W zasadzie wydaje mi się że dziennikarze Wybiórczej starali się skontaktować najpierw ze mną ale miałem wyłączoną komórę. Następnym razem nagrajcie panowie wiadomość to oddzwonie i umówimy się na wywiad. Ale hiszpański profesór to dobra alternatywa. Polecam lekturę wywiadu!

Jeśli już skończyłeś szanowny czytelniku czytać tą ekonomiczną paplaninę, dla odprężenia proponuję lampkę wina lub kielona horyłki.

Jak donosi dzienny telegraf, australijscy (a jakże!) naukowcy odkryli, że picie alkoholu sprzyja potencji.
Jajogłowi z Keogh Institute (prostitute?) w Zachodniej Australii przebadali grupę 1,580 mężczyzn. Wyniki badań opublikowane w moim ulubionym żurnalu – Journal of Sexual Medicine – wskazują na to, że mężczyźni pijący umiarkowaną ilość alkoholu zanotowali o 30% mniej kłopotów łóżkowych od abstynentów.
Konsumenci z grupy niskiego ryzyka (jak na standardy australijskie) – wypijający góra cztery drinki dziennie przez pięć dni w tygodniu – doświadczyli korzystnego wpływu na prawidłowe funkcjonowanie ‘systemu erekcyjnego’ 😛
‘Weekendowi pijacy’ a nawet totalne ochleje (binge drinkers) odnotowali mniej problemów z erekcją od pijących raz w tygodniu lub rzadziej.
Według naukowców najgorzej w badaniach wypadli byli fanatyczni wyznawcy Opoja, którzy przestali chlać (czyli poprostu ZDRAJCY lub przechrzty), palacze oraz osoby z problemami sercowymi.
 
Cudownie! Nareszcie będziemy mogli
tłumaczyć wybrankom naszych serc, że pijemy z miłości 😉
No to panowie! Na zdrowie! Opojowi nich będą dzięki!!!

http://uk.youtube.com/watch?v=TehFZ38kt6o

  

Trochę optymizmu na nowy rok.

Popijałem sobie wczoraj winko ku czci Opoja. Modlitwa zawsze wprowadza mnie w radosny nastrój więc postanowiłem dzisiaj nie narzekać i zająć się sprawami radosnymi. Rok 2009 przyniósł nam już kilka dobrych rzeczy.

Niedawno doszły mnie wieści że papież zniósł klątwę z lefebrystów. Huzzah dla papieża! Co prawda nie wiem kim są ci lefebryści i za co byli przeklęci, ale klątwa to straszna rzecz (wiem bo oglądałem klątwę czarnej perły) i nikomu jej nie życzę. Uwolnienie kogoś od klątwy zawsze oznacza trochę więcej wolności na świecie.

Kolejną dobrą nowinę przyniósła nam Obama. Wprawdzie pokręciła coś z przysięgą ale  zaraz potem podpisała dokument zakazujący tortur w Guantanamo. Ponadto, za rok więźniowie mają wyjść na wolność (nie wiem za co muszą odsiedzieć jeszcze rok, ale lepiej sie siedzi znając datę oswobodzenia. Najgorsza jest zawsze niepewność). Jeszcze tylko musi Baraka znieść wizy dla Polaków i chcąc niechcąc, Benedictus siedzący na tronie Piotrowym będzie musiał pod naciskiem Donka, najlepszego premiera od czasu Jarosława Kaczyńskiego (który z kolei był najlepszym premierem w okresie pomiędzy rządami Marcinkiewicza i Tuska), wynieść Obamę na ołtarze. Coś mi się wydaje że Obama będzie najlepszą czarną prezydent w historii Stanów Zjednoczonych. Huzzah dla Obamy!

Wczoraj Daily Telegraph łupnął jeszcze jedną dobrą wiadomość. 1,000 nielegalnych imigrantów, dało dyla z ośrodka dla imigrantów na włoskiej wyspie o pięknej nazwie Lampedusa. W ośrodku zaprojektowanym na maksymalnie 850 pensjonariuszy przetrzymuje się 1,800 afrykańskiego luda, głównie z Libii i Tunezji (bliżej z Lampedusy do tych krajów niż do macierzy). Nie wiem co się obecnie dzieje z uciekinierami. Gazeta donosi, że wymusili otwarcie bram zakładu i poszli protestować przeciwko złemu traktowaniu przez włoskie władze. I bardzo dobrze. Włochy uważają się za kraj cywilizowany, za kolebkę naszej kultury. Wiadomo, wieczne miasto, Vaticano, karczma ‘Rzym’, San Marino, Zbigniew Boniek, zabytki, pierwszy uniwersytet, Traktaty Rzymskie itd. Jak na cywilizowany kraj przystało podpisały międzynarodowe konwencje praw człowieka i niedawno potwierdziły swoją troskę o postęp w tych sprawach podpisując Kartę Praw Podstawowych. Karta ta głosi m.in. że ‘zakazana jest wszelka dyskryminacja ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne lub społeczne, cechy genetyczne, język, religię lub światopogląd, opinie polityczne lub wszelkie inne, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną’ (special thanx to don Basil, który zadał sobie trud przestudiowania tekstu tego dokumentu). Nie może być tak, że w kraju tak cywilizowanym i postępowym niektórzy ludzie traktowani są gorzej od zwierząt (jak się coś podpisuje to trzeba tego przestrzegać). Świnia, krowa, a nawet kurczak mają lepsze warunki bytowania niż ludzie spoza EU (na szczęście ludzi spoza EU się nie jada). I to nie tylko we Włoszech. To samo ma miejsce we Francji czy w Hiszpanii, gdzie ludzie muszą koczować pod namiotami, nie mają dostępu nawet do lekarza, a prasa nie ma wstępu do ośrodków. Nie wspomnę już o Wlk. Brytanii, gdzie ukrytą kamerą udokumentowano przypadki strażników wykorzystujących seksualnie ponętne nielegalne Brazylijki oczekujące na deportacje. Dlatego Huzzah dla 1,000 uciekinierów! Powodzenia na wolności! Nie dajcie się znowu zamknąć.   

Już miałem kończyć ten wpis, kiedy google gadgets, czyli zupełnie niepotrzebna funkcja w Łyndołsach Wiśta Wio, wyszukało dla mnie informacje ze stanu Kwara w Nigerii o zatrzymaniu przez straż obywatelską złodzieja Mazdy 323. Tunde Mohammed, rzecznik policji stanowej w Kwara poinformował, że patrolujący okolicę strażnicy obywatelscy zauważyli zakapturzonych mężczyzn próbujących ukraść samochód. Na widok patrolu mężczyźni wzięli nogi za pas. Straż obywatelska udała się w pogoń. Tunde Mohammed powiedział agencji Reutersa że ‘jednemu z mężczyzn udało się uciec, natomiast drugi zmienił się w kozę’. Rzecznik policji potwierdził, że zwierzę zostało zatrzymane i znajduje się obecnie w areszcie. Jeśli mam jakichś szanownych czytelników w Nigerii apeluję o pomoc w skazaniu złodzieja. Jeśli ktokolwiek widział tego osobnika kręcącego się w środę w okolicach Anifowose Ipata/Oloje proszony jest o kontakt z policją.

 

Ech! ciekawie się zapowiada ten nowy rok 🙂

A na koniec tradycyjnie muzyczka: http://uk.youtube.com/watch?v=08e9k-c91E8

PS. Dzisiaj zaczął się nowy chiński rok – rok wołu. Tak więc szczęśliwego nowego roku!!!

Merrill Lincz!!! Lincz!!! Lincz!!!

Dywan do biura – $87,784;

XIX-wieczny kredens – $68,179;

2 krzesła – $43,892/sztuka;

Komoda – $35,115;

4 pary firanek – $28,091;

Mahoniowy stół – $25,713;

Żydrandol – $19,751;

Krzesło w stylu Jerzego IV – $18,468;

Materiał na zasłowny – $10,967

Zasłony – $7,315

Stolik do kawy – $5,852

6 kinkietów – $2,741

Pergaminowy kosz na śmieci – $1,405


Satysfakcja z wydawania cudzych pieniądzy – bezcenne.

Za wszystko inne zapłacą podatnicy.

Wyżej wymienione przedmioty to część zakupów pana Johna Thaina, byłego prezesa Merrill Lynch. Pan prezes wynajął sobie słynnego dekoratora wnętrz, który za drobną opłatą $800,000 zaprojektował mu biuro. Poprzednie miejsce urzędowania Thaina musiało wyglądać tragicznie i wywoływać traumę skoro w czasie kiedy jego firma notowała 15 miliardów zielonych straty, zdecydował się wydać około $1,220,000 na jego przedekorowanie (interesujące jest to, że ten sam projektant urządza obecnie Obamie biały dom za ośmiokrotnie niższą opłatą).
Na dodatek, menedżerowie Merrill Lynch musieli mieć deprechę i skłonności samobójcze, bo pan Thain, na trzy dni przed przejęciem upadającej firmy przez Bank of America, rozdał im na pocieszenie 4 miliardy dolarów w ramach tzw. premii uznaniowych (czyli może dać komu chce i ile chce).
Bank of America za bardzo się tymi wydatkami nie przejął bo wynegocjował sobie z rządem, że dostanie 20 miliardów dolarów w ramach bejl ałtu, oraz gwarancje pokrycia toksycznych aktywów do sumy 118 miliarów dolców.
 
Brytyjski Northern Rock, niedawno znacjonalizowany wypłaci premie swoim pracownikom za ich osiągnięcia (doprowadzenie banku do upadku?).

Prezesi AIG, w momencie kiedy rząd drukował dla nich pieniądze polecieli sobie firmowym odrzutowcem do Anglii na polowanie (a kiedy rząd postanowił dodrukować im więcej kasiory – posłali swoich pracowników do luksusowego spa w Kalafiorni).

Zarząd Bank of Scottland, kiedy prasa doniosła, że po uzyskaniu pieniędzy od rządu dyrektorzy urządzają sobie ekskluzywny zjazd, odwołali zjazd po czym… urządzili go w tajemnicy w innym miejscu.

Takich historii jest więcej, ale jak zaczne je opisywać podniesie mi się cisnienie i nie zasnę w nocy. Przejdźmy więc do konkluzji:
Jakoś dziwnie łatwo przychodzi wydawanie pieniędzy w upadających firmach z gatunku ‘za duże żeby upaść’.

W czasach studenckich, kiedy byłem jeszcze młody, jurny, a moje bujne włosy były powodem westchnień niewiast oraz bi- i homoseksualistów, postanowiłem otworzyć mój własny, mały geszeft, żeby sobie dorobić i zdobyć jakieś doświadczenie (choćby na papierze). Z biznesem jak to z biznesem, raz na wodzie raz pod wodą, w miesiącach grubych pieniążki wędrowały do skarpety, w miesiącach chudych pieniążki wypływały ze skarpety. Całymi wieczorami siedziałem i kalkulowałem, drukowałem zestawienia dzienne, tygodniowe miesięczne, wyliczałem ile haraczu mam zapłacić państwu (za ten haracz nic nie dostałem w zamian. Po studiach państwo agresywnie wyszminkowanymi ustami pani urzędniczki oznajmiło mi, że ponieważ byłem studentem i miałem ulgi – nic mi się od państwa nie należy… problem w tym, że student nie pracujący i nie płacący podatków też miał ulgi). Musiałem starannie planować swoje wydatki, żeby nie popaść w długi, szczególnie że klienci płacili z opóźnieniem, ba niektórzy wcale.

Każdy z szanownych czytelników, którzy kiedykolwiek prowadzili własną działalność na pewno się ze mną zgodzi. Na własny geszefcik, niezależnie od jego wielkości, musimy chuchać i dmuchać, i w zasadzie pracujemy siedem dni w tygodniu, bo albo trzeba nadrobić z pracą, albo coś poobliczać, albo poprostu stresujemy się czy biznes przetrwa następny tydzień. Po czterech kieliszkach 40% jestem na 100% pewien że żaden z nas nie marnuje zarobionych pieniędzy, szczególnie kiedy trzeba zaciskać pasa. Jakoś jak idę do pralni, piekarni czy magla nie widzę mahoniowej lady lub smietnika z pergaminu za $1,405 (ja miałem plastikowy za 5 zeta i działal bez zarzutu).

Każdy z nas ma więcej odpowiedzialności od tych super mega wykształconych i świetnie opłacanych specjalistów. Nie widze powodu dla którego każdy z nas miałby płacić miliardy na ratunek firm specjalnej troski. Mimo miliardów zapomogi toksyczne aktywa zmieniły sie w aktywa radioaktywne. Prezesi nadal lekką ręką szastają na prawo i lewo. Tylko NAM ograniczono dostęp do gotówki.
Moim zdaniem pompowanie pieniędzy podatników do chorych instutucji ma taki sam sens jak przeszczepianie wątroby alkoholikowi – przedłuży to trochę agonię, ale skutek będzie ten sam. Nie utrzymujmy tych banków-zombie przy życiu sztucznymi metodami. Pozwólmy im upaść, a presesów wyślijmy na Madagaskar.

Na koniec – w Grudniu, przed moim wyjazdem, The Reserve Bank of Zimambwe skomentował plan Paulsona i Bernankego w USA oraz Mr Browna w Zjednoczonym Królestwie następującymi słowami:

‘U nas w Zimambwe kilka lat temu musieliśmy zmierzyć się z problemem upadających banków. W odpowiedzi na kryzys stworzyliśmy Fundusz Pomocy Zakłopotanym Bankom (Troubled Bank Fund) co spotkało się z krytyką pewnych międzynarodowych instytucji, które teraz siedzą cicho kiedy banki centralne w Zjednoczonym Królestwie i USA stosują te same metody co my żeby zwalczyć ten sam problem. Jest to kolejny przejaw hipokryzji i stosowanie zasady ‘co dobre dla gąski nie jest dobre dla gąsiora’. Jako instytucja polityki monetarnej pochwalamy naszych odpowiedników na całym świecie, którzy przejrzeli na oczy i dostrzegli potrzebę wprowadzenia elastycznych i praktycznych działań wspierających kluczowe sektory gospodarki w niecodziennych okolicznościach’.

Wogóle polecam lekturę komunikatów i oświadczeń Banku Zimbabwe. Używają bardzo zabawnego tonu, można się posmiać. Trochę śmiechu nie zaszkodzi zanim nas wszystkich cholera weźmie kiedy już nam zrobią drugie Zimbabwe.

No! Koniec i bomba. I tak z tej pisaniny nic nie wyniknie a z czytania może tylko cisnienie skoczyć. Tradycyjnie proponuję muzyczkę dla relaksu: http://uk.youtube.com/watch?v=dnT21hmlT4o

Jak to się robi w Santander…

Booooooże!!!! Ale kicha! Od dwóch dni tylko Obama i Obama. W koło Macieju – Obama bahama mama, ‘piersi czarny’, ‘imię jego Kaliber 44’, ‘drugi Kennedy’, ‘cała nadzieja w Obamie’, ‘jes łi ken’… tak się nią podniecają że aż mi się udzieliło i miałem dzisiaj erotyczne sny, których miejscem akcji był owalny gabinet! Cholera! Co oni jakieś przekazy podprogowe emitują? Chcą żebym został Obamoseksualistą? (Z drugiej strony lepsza Obama niż Mr Brown (brrrr!) czy jakiś Ćwiąklański czy jak tam zwą tego eksministra sprawiedliwości społecznej…)
Jeszcze nie zdążyła objąć urzędu, a już ją media wyniosły na ołtarze. Jak spieprzy ludzie nie uwierzą. Pomyślą, że mają Obamy… 
No ale pal tam licho Obamę, Browna i Ćwirkalskiego, niech idą sobie zrobić to co mi robiła Obama w moim śnie, koszmarnym śnie.

Dzisiaj chciałem opowiedzieć Ci, szanowny czytelniku, o pewnej krainie, w której mam zamiar pewnego pięknego dnia zamieszkać.
Zacznę od tego, że cała moja kolumbijska rodzinka to z dziada pradziada i krwi i kości Santanderianos czyli mieszkańcy Santander. Za każdym razem jak odwiedzam Kolumbię wybieramy się na rodzinną farmę, gdzie mogę sobie popracować
trochę jako vaquero (kowboj), rozładować (wspólnie z pewnym słynnym wegetarianinem) pięć ton piachu z 50-letniej ciężarówki forda, pomalować ogrodzenie czy poprzenosić ciężkie bale z miejsca A do miejsca B… Mogę też podoić krowy ale tego zajęcia unikam ze względów estetycznych.
Wieczorem, po ciężkiej pracy popijając zimne piwko i wylegując się w hamaku przy profesjonalnie rozpalonym przez podróżnika z wegetarii ogniu słuchamy sobie rodzinnych opowieści.

Pewnego wieczoru rozmawialiśmy sobie o poprawie bezpieczeństwa w Kolumbii. Żona opowiedziała nam, a teściu z dumą potwierdził, że nawet w najgorszych czasach, kiedy guerilla kontrolowała 80% kraju a resztą rządziła mafia Pablo Escobara, na rodzinej farmie wśród wzgórz Santander, z dala od cywilizacji, ZAWSZE czuli się bezpiecznie.

Santanderianos to bowiem ludzie twardzi i hardzi. Lepiej nie wchodzić im w kabałę. Kiedy Santanderiano ma problem nie siada na tyłku i biadoli, nie głowi się jak tu wybrnąć z sytuacji, nie robi w portki. Nawet jeśli rozwiązanie problemu polegać będzie na wysłaniu kogoś na łono Abrahama, to Santanderiano go rozwiąże. I basta! 
Mieszkańcy Santander NIGDY nie pozostawiają nierozwiązanych problemów. Przyponimają mi trochę bohaterów westernów które oglądałem jako dzieciak (i które wciąż oglądam jako dorosły dzieciak). Cenią sobie swoje słowo i swoją godność. Spróbuj tylko zarzucić im kłamstwo! W sprawach błahych zazwyczaj używa się pięści, ale standardowe wyposażenie ‘Santanderianina’ obejmuje kij (służący jako podpóka, pomagający również w przeganianiu bydła z miejsca na miejsce), maczetę u pasa (do cięcia chwastów na pastwisku lub krzaczorów na drodze), strzelbę na ramieniu lub rewolwer w kaburze (dla szpanu), zimne piwo w lodówce lub guarapo w bukłaku (dla kurażu) i koń (koń do czego służy każdy widzi).
Dzięki cechom charakteru i wyżej wymienionemu standardowemu wyposażeniu, Santander był (i nadal jest) jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Kolumbii. Żeby polskiego czytelnika jeszcze bardziej zadziwić pozwolę sobie zaznaczyć, że przez jakieś 20 lub 30 lat w departamencie Santander nie było ani armii ani policji (ok. przesadzam, na pewno nie było ich w tej części departamenu, z której pochodzi moja rodzina (południe), na pewno Bucaramanga, stolica departamentu licząca miliom mieszkańców, policję i wojsko miała zawsze, ale za południową część departamentu ręczę nogamy y ręcamy – sam byłem tam kilka razy w czasach kiedy nie było policji). Mimo to guerilli nie udało się opanować tych rejonów mimo że próbowała.

Zastanawiasz się zapewne, szanowny czytelniku, jak to się mogło udać. Jak wieśniacy rozproszeni po górzystym terenie, uzbrojeni po zęby i odurzeni guarapo, zdołali przez tyle lat dawać odpór policji, armii i partyzantom i zapewnić sobie spokój? Otóż mieszkańcy Santander podobnie jak bohaterzy westernów potrafią się zorganizować, żeby się wspólnie bronić. Znają swoje tereny i siebie nawzajem, od razu rozpoznają obcego kręcącego się po okolicy. Ponieważ, jak już pisałem, Sanatanderianos nie lubią kłopotów, od razu wezmą takiego delikwenta na spytki i jak mu nie uwierzą poproszą, żeby się wyniósł z okolicy. Jeśli to nie rozwiąże problemu… to przepędzą siłą. Dlatego guerilleros nigdy nie udało się wejść w okolice o których mowa, mimo że parokrotnie próbowali.

A czemu przez tyle lat nie było tam również armii i policji? Jak już pewnie sam, szanowny czytelniku, wykoncypowałeś czytasz o ludziach, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać. Policja i armia mogły sobie tam przebywać dopóki nie wchodziły nikomu w kabałe. Jednakże pewnego dnia dawno dawno temu, pewien zły policjant nadużył swojej władzy (tego że policja a nawet straż miejska (np. w Krakowie wymyślając sobie fikcyje mandaty) ma skłonnosci do nadużywania władzy nie muszę chyba tłumaczyć) w wyniku czego lokalny chłop stracił życie. W odwecie Santanderianos zaatakowali posterunek policji, zabijając wyżej wymienionego policjana i trzech innych broniących posterunku. Przywódcy ‘powstania’ poinformowali także gubernatora stanu, żeby wycofał policję i armię bo jak nie to kęsim! A ponieważ charakter Santanderianos jest w Kolumbii powszechnie znany (tak jak u nas charakter górali co to ‘ciupaską bez plery’) władze postanowiły nie wywoływać sobie kolejnego konfliktu. Dopiero dwa lata temu, i tylko dlatego, że gubernator stanu pochodził z okolic, o których piszę, ludzie zgodzili się na powrót policji na ich teren. Ale jeśli będziesz kiedyś zwiedzał Kolumbie, szanowny czytelniku, zauważysz, że w Santander policja nie stoi na widoku. W całym kraju od groma mundurowych na drogach i ulicach miast, żeby ludzie czuli się bezpiecznie. Tutaj siedzą po posterunkach i starają się nie wchodzić ludziom w drogę… żeby ludzie nie czuli się nękani przez władzę.

Acha, zapewne zapytasz ‘a co z wymiarem sprawiedliwości’? No cóż nie znam statystyk. Teściu opowiadał mi o dwóch strzelaninach, w których brał udział, z czego jedna była pomiędzy dwiema licznymi grupami ludzi a druga ‘dwóch na jednego to banda łysego’. W żadnej z nich nic się nikomu nie stało, mimo, że strzelali się krewcy maczo! ‘Jak to?’ spytałem, ‘tak źle tu strzelają?’. ‘Nie’ odpowiedział teściu, ‘poprostu nikt nie chce być mordercą, wszyscy strzelają w powietrze. Na wiwat, żeby odstraszyć’. To zrozumiałe – ludzie, nawet najbardziej hardzi, nie są przecież zwyrodnialcami. Co innego dać komuś w mordę a co innego zabić. Zresztą, nawet jakby ktoś nawet chciał zabić, musi liczyć się z tym że rodzina zabitego (zawsze liczna) czy okoliczni mieszkańcy (zawsze pomocni) wcześniej czy później go dopadną. Wszyscy się znają, wszyscy są uzbrojeni, jak ktoś chce rozrabiać czy kraść musi jechać do Bogoty.

Gdyby tego było mało – w czasach kiedy państwo tresuje nas na potęgę, wprowadza coraz to nowsze i głupsze zakazy, nakazy, monitoringi, Santanderianos wytresowali sobie państwo. Niech tylko policja (raczej siedząca na posterunkach) spróbuje wyjść i egzekwować zakaz palenia w miejscach publicznych, albo zakaz produkcji i sprzedaży guarapo! Oj znowu byłoby kęsim. Państwo jest ostrożne do tego stopnia, że kiedy kładziono asfalt na drodze przebiegającej przed naszą rodzinną farmą, sąsiadka nie zgodziła się aby przed jej domem wyremontowano drogę. Powiedziała władzom, że asfalt umożliwi samochodom jazdę z dużą prędkością i że poprzejeżdżają jej kury, krzątające się przed chatą… W efekcie przed jej domem asfaltu nie ma (i dobrze, bo samochody nie zdążą się rozpędzić przed naszą farmą i nie poprzejeżdżają Polacos krzątających się przed bramą).

Tak to się robi w Santander. I dlatego tak mi się tam podoba. A poza tym piekne widoki:

 
 

 

Na koniec muzyczka dedykowana wszystkim czytającym ten tekst Santanderianos: http://uk.youtube.com/watch?v=YGbiWnoWTto

Anarch iz back!!!

Ech! Święta święta i po świętach. I spowrotem w naszym europejskim grajdołku. Muszę przyznać, że za każdym razem jak wracam z Kolumbii, czuję się jakbym wracał do domu wariatów. Przez miesiąc nie miałem kontaktu ze światem, nie włączałem telewizji, a na internet wchodziłem ino po to, żeby se sprawdzić maila i czy mój blog jeszcze istnieje…

Okazuje się jednak, że bez Anarcha ludzkość nie może się obejść. Nie ma mnie parę tygodni i jaki burdel się zrobił! Na pięć minut nie można ich zostawić…
Oto wracam sobie zrelaksowany do Anglii, a tu już na Hisroł z lotniskowych ekranów dochodzą mnie wieści, że mieszkańcy Judei i okolic (tzw. Judejczycy) zdradziecko zaszli mieszkanców Moskwy i okolic (tzw. Moskali) od tylca i rzucili się na ichnie Gazy. Gazy te Ruskie bezpardonowo puszczją na Zachód, który za dużo się ich nawdychal i się od nich uzależnił. Tak więc Europa spanikowała. Żeby nie być oskarżoną o antysemityzm obwiniła Rosję i zagroziła karami.
Nie żeby mnie to obchodziło, gazów nie wącham, ale w sobotę, w centrum Londynu, protestujący przeciwko akcji Izraela, splądrowali kawiarnię Starbucks’a. Kurna chata! Może powiniennem się jednak zacząć interesować konfliktami na bliskim i dalekim wschodzie? Jak dotąd zawsze uważałem człowieka przywłaszczającego sobie coś co do niego nie należy za złodzieja… A tu popatrz szanowny czytelniku, wystarczy się drzeć ‘precz z Izraelem’, ‘precz z kapitalizmem’ czy ‘wolność dla Pikusia’, żeby móc sobie kraść jako bojownik o sprawę…
W sumie w waruknach wojennych armia może nam wejść do domu i skonfiskować nasze żarcie, przeznaczyć nasz salon na sztab generalny a świerszczyki schowane za szafą rozdać sierżantom i kapralom w celu podniesienia ich… morale. No to co się dziwić że i bojownicy rekwirują.
Ja też jestem w jakimś stopniu skonfliktowany, pójdę se więc jutro do supermarketu i zaprotestuję zabierając przy tym artykuły spożywcze, napoje alkoholowe tudzież jakieś czipsy, płyn do mycia naczyń, srajtaśmę i co mi się jeszcze nawinie. Tak! Jutro, w samo południe przed supermaketem PROTEST przeciwko Tybetu! Zapraszam wszystkich szanownych czytelników. Takie protesty są bardzo potrzebne, zwłaszcza w dobie kryzysu.

A teraz zupełnie z innej beczki. Przed świętami pisałem m.in. że nierząd brytyjski (ten tolerancyjny, zatroskany i walczący z dyskryminacją) zamierza zaostrzyć przepisy regulujące przyznawanie brytyjskiego obywatelstwa? Przepisy mówią, że na obywatelstwo trzeba sobie będzie zasłużyć. Trzeba będzie m.in. udzielać się w organizacjach charytatywnych czy pracować na rzecz lokalnych społeczności. Wszystko to piękne i szlachetne, nierząd daje wyraźny sygnał – jesteśmy tolerancyjni, nie dyskryminujemy, ale nie będziemy akceptować byle brudasów i darmozjadów, którzy myślą jedynie o pracy na siebie i swoją rodzinę. W związku z tym nasuwa mi się takie pytanie – czy ustawa będzie przewidywać też odbieranie obywatelstwa Bytyjczykom, którzy na nie nie zasługują? Np. przestępcom, bezrobotnym, ludziom na zasiłkach, ludziom kaleczącym mowę ojczystą czy nieznającym historii własnego kraju (cudzoziemiec w takich przypadkach obywatelstwa nie dostanie a może nawet zostać deportowany). I może pan Brown powinien sporządzić jasny system, który pozwiliłby wyliczyć kto i co komu jest winien – np. ile z moich podatków poszło na utrzymanie bezrobotnych, ile dopłaciłem do szkolnictwa wyższego (studia żony, z racji tego że jest spoza UE kosztują dwa razy drożej niż studia Brytyjczyka czy Polaka), kto jest płatnikiem netto a kto jest beneficjentem. Pozwoliłoby to wyliczyć kto jest największym darmozjadem Zjednoczonego Królestwa. Na podstawie tego systemu będzie se można ustalić komu nadać obywatelstwo, a komu odebrać i wydalić z kraju. Obawiam się jednak, że nierząd nigdy takiego systemu nie stworzy a parlament nie przegłosuje. Okazałoby się bowiem, że Pan Brown, jego ministrowie, koalicjanci, opozycjoniści, radni miejscy i wiejscy i cała ta hołota pasożytująca na naszej ciężkiej harówce, z rodziną królewską na czele, musiałaby sobie poszukać innego kraju… Wątpię, żeby ktokolwiek chciałby ich przyjąć i utrzymywać – prawdopodobnie musieliby sobie zbudować bazę na księżycu.
Co więcej, uważam że człowiek powinien udzielać się charytatywnie z dobrego serca a nie dla jakiegoś zysku (co najwyżej satysfakcji że się komuś pomogło). Nie można ludzi zmuszać do pomocy innym, bo będą to robić nieszczerze i na odwal się. Takie podejście niczego nikogo nie nauczy – obcokrajowcy będą walić drzwiami i oknami żeby odbębnić robotę, a dla ludzi z powołaniem nie będzie miejsca. Śmiem twierdzić, że każdy imigrant, niezależnie od intencji, zostanie wrzucony do jednego wora. Nie ważne jak silna będzie jego potrzeba pomocy innym, otoczenie będzie postrzegać go jako cwaniaczka, pomagającego tylko po to, żeby dostać paszport i przywileje.

Przywileje! W kraju walczącym z dyskryminacją. W kraju, w którym za użycie złego sformułowania grożą mi konsekwencje prawne za ‘mowę nienawiści’. W tym samym kraju minister spraw wewnętrznych mówi, że zaostrzą przepisy imigracyjne, żeby to Brytyjczycy, a nie barbarzyńcy pierwsi otrzymali pracę w momencie kiedy kraj zacznie wychodzić z kryzysu. Znowu mamy do czynienia z zasadą ‘co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie’. Ja nie należę do takich, którzy używają słów typu ‘czarnuch’ ale jeśli użyję go w stosunku do Murzyna, to co najwyżej sprawię, że chłopu będzie przykro albo obije mi mordę. Ani nie straci przez to pracy, ani nie deportują go za to do Afryki, ani nawet moje słowa nie spowodują jego gorszej stuacji na rynku pracy i nieruchomości. Natomiast decyzja tolerancyjnego itd. nierządu kulturalnie i tolerancyjnie uderza w miliony czarnych, żółtych, sinych itd. W każdego niebrytyjczyka.
Właściciel knajpy nie może sobie wywiesić tabliczki np. ‘Nur für Deutsche’ bo go zamkną. Nierząd na granicy Zjednoczonego Kurestwa wywiesza tabliczkę ‘nur für Briten’ i uchodzi mu to na sucho.

Ale dobrze. Ja tu i tak nie zamierzam zostać zbyt długo. Nawet nie z powodu głupich pomysłów nierządu, politycy już tacy są, jak karaluchy lub zaraza. Jak się ich wytepi przyjdą inni, zmutowani, jeszcze groźniejsi.
Do życia z politykami trzeba się przyzwyczaić tak jak do sydntromu jelita wrażliwego.
Na wyspach poprostu nie odpowiada mi klimat, no i nie mają dobrej wołowikni (nawet najdroższa, organiczna, nie umywa się do przeciętnej kolumbijskiej (trzy razy tańszej)).
Kumpel mojej piekniejszej połowy skończył magisterkę na LSE, nikt go tutaj nie chciał zatrudnić. Natomiast w Kolumbii i USA się o niego bili. Tylko czekam aż żonka skończy studia – znajdzie sobie pracę w Bogocie a ja zostanę kowbojem. Hurra!  

Na koniec kawałek, który obecnie jest na topie kolumbijskich list przebojów: http://uk.youtube.com/watch?v=Pd-A72BP2xQ