Obamadrama

Nooo. Widzę, że łonet uszczęśliwił mnie na siłę i od teraz muszę zatwierdzać fermentarze, które przemianowano na ‘komentarze’! Jak ja nienawidzę dobrych wujków. Będę musiał rozkminić w wolnym czasie jak zlikwidować cenzurę na moim blogu. Cenzurą się brzydzę a opóźnieniem w komentarzach w poprzednim wpisie jestem zdegustowany jak tatarem z jednym jajem.

A teraz do rzeczy. Coraz bardziej uświadamiam sobie, że nie dorosłem do Europy. Gdybym urodził się w Stanach to mentalnie plasowałbym się na głębokim południu – gdzieś w Alabamie lub na bagnach Luizjany. Byłem dziś w knajpie na Kazimierzu. Piwo prima sorte, towarzystwo też, rozkminialiśmy czy iść na Dżango, kłentina tarantino, czy też nie, gdy nagle z ust Judasza padł zarzut, że jestem rasistą. Oczywiście zbyłbym to pogardliwym uśmieszkiem, ale ostatnio zauważyłem, że coraz więcej ludzi uważa, że Anarch nie lubi Murzynów.

No to dziejszy wpis będzie o Murzynach. Dwa tygodnie temu Obama ogłosił zamiar wprowadzenia przepisów ograniczających dostęp do broni w USA. Była to odpowiedź na masakrę w Connecticut. Prezydent USA, jak na każdego dobrego dyktatora przystało, ogłaszając zamiar ograniczenia dostępu do broni otoczył się dziećmi i rodzinami dzieci zamordowanych podczas masakry. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że postępowy plebs to kupił. Przynajmniej tak można wywnioskować z komentarzy na BBC. Europejczycy zdają się branzlować na myśl, że w Stanach nareszcie wprowadzą zakaz posiadania broni palnej. Z uporem wartym lepszej sprawy ‘postępowcy’ starają się przekonać nas, że zakaz posiadania broni równa się niższej ilości zabójstw z jej udziałem. Być może to prawda, choć w  Meksyku, w którym obowiązują bardzo restrykcyjne przepisy, ilość zabójstw jest o wiele wyższa niż w USA a w samych Stanach ilość zabójstw z użyciem broni palnej jest wyższa w tych stanach, gdzie jej posiadanie jest zabronione. Szwajcaria, w której jest najwyższy odsetek broni palnej na obywatela, jest oazą spokoju. Ale to nie trafia do świadomości postępowca. O nie! Broń równa się śmierć! To zaskakujące, że ktoś, kto uważa się za oświeconego, rozumuje w tak prymitywny sposób. Ostatnio oddawałem kuloty do pralni. Pracuje tam pewien włoski homoseksualista. Miły koleś, chyba na mnie leci. Nie wiem czy moja lepsza połówka wyjawiła mu mój stosunek do broni, czy też sam ma podobne poglądy, ale powiedział mi tak – ‘I co z tego, że zakażą dostępu do broni w USA? Jak ludzie będą chcieli się zabijać, będą się dźgać nożami jak w Anglii’. To powiedział gej, który z definicji polskiego parlamentu powinien być bezużytecznym lewakiem. Ale jednak na coś się przydał! Ma rację – broń nie zabija ludzi, to ludzie zabijają ludzi.

Niedawno oglądałem Gangstera (jest na jebtubie, więc oglądaj, Szanowny Czytelniku, zanim usuną). Jest tam scena, w której, gdy policja za bardzo zaczęła uciskać miejscowych, ci złapali za broń i postawili się stróżom prawa na usługach mafii. Gdyby w tamtych czasach rządził Obama, który odebrałby im dostęp do broni, lokalni bimbrownicy musialiby poddać się sługom Ala Capone.

Poza tym nie można ograniczać ludzkiej wolności z powodu działań kilku szaleńców. W Polsce dostęp do broni i ładunków wybuchowych jest reglamentowany a podobno Brunon K. zdobył ileś tam ton ładunków i jakiś pistolet. W Anglii w lipcu 2007 muslamscy infidele wysadzili kilka autobusów i pociągów metro. Dla chcącego nic trudnego. Szaleniec zawsze znajdzie sposób, natomiast dostęp do broni jest papierkiem lakmusowym wolności. Człowiek wolny musi mieć wolny dostęp do środków obrony przed zakusami państwa. Taka zasada przyświecała Łojcom Założycielom. Nie dziwię się, że nie rozmieją jej Europejczycy, którzy tak naprawdę wolności nigdy nie zaznali – najpierw mieli feudalizm potem klasy rządzące dały ludowi iluzję demokracji, a na koniec lud wybrał totalitaryzm, który skończył się masakrą milionów (w większości bezbronnych żydów). Stany zbudowano od podstaw a gwarantem trzymania państwa w szachu był właśnie powszechny dostęp do broni. Nic więc dziwnego, że lewacy tak bardzo chcą się go pozbyć. Jak powiadał Aleksy de Tocqueville, demokrację i socjalizm łączy jedno słowo: równość. Ale gdy demokracja dąży do równości w wolności, socjalizm w niewoli. Powszechny dostęp do broni, indywidualizm, to gwarancja wolności. Odebranie go ludziom, to gwarancja niewoli. Obama, jak na Murzyna przystało, dąży do niewoli.

Na koniec, aby rozwiać wszelkie wątpliwości oświadczam – nie jestem rasistą – gdybym spotkał Obamę, potraktowałbym go tak samo jak każdego innego Czarnucha Czerwonego – zagonił batogiem na plantację bawełny.

I tradycyjnie – z dedykacją dla Obamy muzyczka z filmu the Iron Sky (słaby film ale warto obejrzeć ze względu na Renatę Richter). Auf wiederlesen!

La patrie est failli, donc nous allons à la guerre!

Nad Sekwaną biją w tarabany. Prezydent Holąd śle wici w najdalsze stony Galii, sankuloci ostrzą gilotyny a druid Getafix napełnia słynne studnie Napoleona magicznym wywarem, który dodaje mężnym Galom magicznej siły niczym sok z gumijagód. Na przedmieściach Paryża słychać tam-tamy, chłopstwo Wandei postawiło kosy na sztorc a rolnicy Bretońscy z cepami w tyłkach, wysmarowani fła gra, odprawiają dziki taniec wojny. Kto kiedy był w tych dzikich stronach, kraju pijaków, palaczy i śmierdzącego sera ten wie, że każdy Francuz, choć z wierzchu miły, pomocny i tchórzliwy, wieczorami pod kołdrą fantazjuje o czasach, kiedy la patrie przelewała krew na polach Tours, Austerlitz czy pod Jeną, tęskniąc za pięknymi czasam kiedy przed Francuzem drżał Anglik, Prusak, Austriak, nawet Bisurmanin (przed którym obecnie drży Francuz) a na widok munduru muszkietera dziewki same rozstawiały nogi. Z tymi myślami zasypia snem sprawiedliwych zgwałciwszy uprzednio świąteczne wydanie Le Figaro, a śniąc o sąsiednich krajach mamrocze przez sen: ‘nie pożyje ani chwili jak ten sędzia z Awinionu, cośmy go powiesili za śledzionę, bez pardonu’…

Niestety, po Wielkiej Wojnie, jak i po jej sequelu pod tytułem Druga Wojna Światowa, trudno w Europie o jakiś dobry casus belli. Na domiar złego, wszyscy oprócz Niemców i Polaków zostali pogonieni z kolonii co dla Republiki było traumatycznym przeżyciem – nie dość, że dostała łupnia pod Dien Bien Phu to jeszcze ośmieszyła się w Alergii czarnymi stopami. Honor Francuza to rzecz bardzo wrażliwa więc nie ma się co dziwić, że z frustracji zaczęli pić i palić samochody na przedmieściach miast.

Na szczęście historia lubi się powtarzać. Najpierw jako tragedia, potem jako farsa, potem jako operetka a na końcu jako groteska. Nauczycielka życia przyszła w sukurs Francji – tak jak kiedyś Trzecia Rzesza, teraz któraś tam z kolei Republika stoi na skraju bankructwa. Do niedawna jedynym pomysłem socjalistycznego prezy-dentka był rabunek w biały dzień, zwany w urzędowym żargonie ‘podniesieniem podatku dla najbogatszych do 75%’, co sąsiednie kraje powitały z entuzjazmem. Jak to jednak z socjalistami bywa, za co się nie wezmą to spieprzą – nie dość że najbogatsi pokazali figę panu Holądowi to jeszcze Le Tribunal Kąstitutique oświadczył, że podatek jest niezgodny z prawem (uwielbiam jak politycy uchwalają prawo niezgodne z prawem, które uchwalili – w ten iście poetycki sposób udowadniają swoją niekompetencję). Dla socjalisty (narodowego, czy miedzynarodowego) zazwyczaj oznacza to, że pokojowe możliwości zażegnania kryzysu zostały wyczerpane… A więc wojna! Już sankuloci szykowali kuloty, już miano zmieniać kalendarz na termidoriański i napaść na Księstwo Monako, gdy nagle Republika przypomniała sobie o czarnej, zapomnianej dupie świata czyli swoich byłych koloniach w Afryce. I tak pod pretekstem, że w niejakim Mali kontrolę przejmują fundamentaliści islamscy, armée française ruszyła z bratnią pomocą, jak ongiś Sowieci do Afganistanu.

Ja tam szczerze pisząc mam w przysłowiowej belce w oku gdzie Francuz przelewa swoją krew. Kto chce wojny ten będzie ją miał. Natomiast w czasie przerwy w pisaniu, oprócz oglądania pornoli, przeczytałem też parę książek. Jedna, Tomasza Packenhama ‘The Scramble for Africa‘ (czyt. wyścig o Afrykę – polecam) opowiada o tym, jak imperia europejskie opanowywały Afrykę. Najczęściej odbywało się to pod pretekstem zażegnania kryzysu i bratniej pomocy. Na przykład w przypadku Tunezji, rząd francji podszepnął zaprzyjaźnionym dziennikarzom kłamliwe wieści, że lokalny watażka ogłosił dżihad i morduje tak cywilizowanych europejczyków, jak i dzikich lokalsów. Takie historyjki były w większości wysłane z palca w dupie (oprócz Sudanu, gdzie Mahdi rzeczywiście ogłosił Świętą Wojnę, jak opisał to Henryk Sienkiewicz w filmie w Pustynii i w Knieji). Standardy dziennikarstwa w XIX wieku nie wiele się różniły od współczesnych tak więc prasa bezkrytycznie połykała takie opowiastki i, jak na merdia przystało, wyolbrzymiała je, przez co przeciętny czytelnik nie tylko się moczył ze strachu ale także dopytywał kiedy to się wreszcie skończy. Goebells musiał powtarzać kłamstwo sto razy, żeby stało się prawdą. W przypadku Afyki nie jest to konieczne, bo mało kto pojedzie sprawdzić, a już szczególnie na takie zadupie jak Mali. Być może gazety w tym akurat przypadku robią wyjątek i piszą prawdę, ale zalecam sceptycyzm. Porównajmy strony konfliktu:

  • Francja stoi na skraju bankructwa, ale ma w miarę silną armię.
  • Mali jest jedym z najbiedniejszych krajów świata ale trzecim nawiększym producentem złota w Afryce. Ma też złoża uranu, który przydałby się we Francuskich elektrowniach.
  • Fanatycy islamscy – mają kałasznikowy, piasek w dupskach i zakaz picia alkoholu, co czyni ich najgroźniejszymi i najbardziej sfrustrowanymi uczestnikami konfliktu.

Stawiam dolary przeciwko korzeniom, że la Republique nie pomaga Mali z dobrego serca tylko dla świecącego kruszcu a fanatycy islamscy walczą o coś więcej niż panowanie Islamu w Afryce.

Niezależnie od moich odczuć, świat odetchnął z ulgą. Francja ma poparcie NATO a pierwszy mudżahedin RP zaoferował nawet, że mógły wysłać naszych chłopców do Mali, bo bomardowanie wiosek Pasztunów robi się nudne a poza tym należy zmienić klimat. Jednym z argumentów za interwencją była też obrona dziedzictwa kulturowego UNESCO. Jak na prawdziwych dżihadystów przystało, rebelianci z zapałem niszczyli zabytkowe błotne budowle Timbuktu i innych błotnych dziur. Zapłakał Jozin z Bazin, zapłakałem i ja bo choć w odróżnieniu od Jozina nie mieszkam na bagnach, planowałem kiedyś wybrać się do Timbuktu zobaczyć meczety z błocka. Nie posuwałbym się jednak do zabijania dla nich. Po tym jak Talibowie zniszczyli słynne posągi Buddy, moje życie nie zmieniło się ani trochę i tak samo stało się po dewastacji Timbuktu. Obiektywnie rzecz biorąc posągi Buddy, meczety Timbuktu czy inne zabytki nie mają żadnego znaczenia da świata. Tak samo jak nie było tragedii kiedy Austriacy przebudowali Wawel, rozebrali mury mojego rodzinnego miasta (nawet lepiej bo wiatr podwiewa teraz sukienki dziewczynom) czy jak Warszawiacy zniszczyli Sobór św. Aleksandra Newskiego. Gdyby wysadzono w powietrze piramidy w Egipcie, oznaczałoby to jedynie spadek sprzedaży biletów do tego kraju. No i może utratę pracy dla kilku egiptologów. Tyle. Od wieków jedne cywilizacje niszczyły dorobek innych a na ich ruinach budowały swoją potęgę (następnie upadały a w ich miejsce przychodziły nowe). Cywilizowani Europejczycy pozostawili w Afryce taki burdel, że kontynent ten, z kilkoma wyjątkami, jest obecnie na ponownym etapie tworzenia się narodów, które potem wywalczą sobie nowe granice swoich państw. Jak ten okres wygądał w Europie wie każdy, kto nie spał na lekcjach historii, i żadne interwencje tutaj nie pomogą. Mimo dwóch wojen ‘światowych’, krwawe wojny na naszym kontynencie zakończyły dopiero po rozpadzie Jugosławii. I Afryka niestety też musi spłynąć krwią. Zanim wkroczył tam Bwana Kubwa, kontynent ten był na poziomie rozwoju średniowiecznej Europy. Nie oczekujmy więc, że w 50 lat rozwiąże swoje problemy. Nawet Murzyni nie są tacy mądrzy.

I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszy wpis. À bientôt Hottentot!

A skoro jesteśmy dziś w wojennych klimatach to podzielę się z Tobą, szanowny szyperniku, wspaniałą nowiną.